Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Krwawe znamię.djvu/59

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    włościach, że pani z polowania wraca, ale nim kobiety i dzieci na gościniec wybiegły, by ją zobaczyć, już orszak się przesunął, a po nim tylko niedogasłe szczęty gdzieniegdzie dymiąc konały.
    Ludzie co ją otaczali, mówili, że mimo zapału myśliwskiego, nigdy jej nie słyszeli mówiącej, nigdy nie widzieli uśmiechniętej wesoło....
    Ze zsuniętą brwią jechała, goniła, strzelała, spoglądała na ubitego zwierza i powracała do zamku nieznużona, nie dając znaku po sobie, że w lesie kilkanaście godzin spędziła na skwarze, zimnie lub słocie.
    I tego dnia, którego się spodziewano powrotu Eugeniusza z zagranicy, chcąc na jego spotkanie wyjechać, pani wzięła z sobą myśliwych i popędziła konno, a dopiero gdy syn się ukazał, z nim do powozu się przesiadał.
    Mimo poszanowania jakie obudzała, charakter pani Brygidy nie mógł jej serc zjednać; była dobrą dla otaczających, ale obcą wszystkim. Prędzej sam Spytek rozmową, słowom, uśmiechem zbliżył się do kogo i dowiódł, że z nim czuje się członkiem jednej wielkiej ludzkiej rodziny; pani spełniała jak najściślej obowiązki swoje, wymagała od drugich ich spełniania nieubłaganie, ale jej serce kobiece zdawało się żelazną blachą w piersiach zabite. Nie okazywała ani szczęścia ani bólu, zawsze była jedna, milczącą, poważną i jakby całemu światu zupełnie obcą, żyła tylko w sobie. Dla męża powolna, stosująca się do jego rozkazów, uległa rozporządzeniom, również była zimną i nieprzystępną.
    Gdy pan Bóg dał jej syna, zdawało się że te lody pękną. Chwyciła dziecię namiętnie przyciskając je do łona... chciała je kochać, rozwiązały się usta, zabiło serce, ale lekarze nie dozwolili karmić jej samej, dziecię potem odesłano pod cieplejsze niebo, wydarto jej tę pociechę.
    Naówczas, choć po zbladłem licu, widać było ślady niezmiernego cierpienia i walki, z ust jej nie wyrwała się skarga, jęk, ani prośba. Uległa, z nową