Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Krwawe znamię.djvu/40

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    obchodzi, że się uwędzisz dla spadkobierców, których nie znasz? Rób jak ci lepiej, to do mnie nie należy.
    — Zagaduje do worka! to nie bez kozery! — rzekł w duchu Repeszko — tem już coś jest... ale gdyby nawet i bizunami zagroził... ha! stań się wola Twoja... że nie dam, to nie dam.
    Drżał w duchu nieborak jednakże.
    — Trzebaż mi było z tą głupią ciekawością do Mielsztyniec jechać i na karczemkę powracać, włóczyć się nie wiedząc po co i wpaść w taką matnię.
    Szli tymczasem ścieżynką i minąwszy gąszcze, znaleźli się przed ocalonem owem skrzydłem zamkowem, które dziwnie wyglądało, pysznie i odrapano, pańsko i nędznie... Jaksa stanął i świsnął przeraźliwie; nadbiegły brytany i charty, a w chwilę i stary Zacharyasz nadszedł kulejąc. Stali przed głównem wnijściem, nad którego szerokiemi drzwiami herb Firlejów jeszcze był znaczny; gnieździły się w nim wróble. Godzina może była trzecia z południa.
    — Zacharyaszu mój — rzekł Jaksa — masz co jeść? bo oto mój gość głodny, a jam go zaprosił i nakarmić choćby przyszło pieczeń z wierzchowca mojego zrobić. Byłaby łykowata nieco, bo stary... Spytaj Barbary, co się tam święci... a prędko.
    — Jam się już dowiedział — mruknął Zacharyasz — boć wiedziałem, że gość będzie.
    — Ha no, i cóż? — spytał Jaksa.
    — Idźcie no na górę... idźcie — mruknął stary sługa — jakoś to będzie, z głodu nie pomrzecie.
    — A więc dawać do stołu.
    Zacharyasz ramionami ruszył i nic nie odpowiedział, gospodarz wszedł do sieni. Była obszerna, pusta, trochę słomy dla psów w kącie, okna powybijane; wschody z marmurową balustradą, ale połamane i zgniłe, prowadziły na pierwsze piętro. Znowu sień ogromna ze ścianami, na których deszcz zaciekając pokreślił zielone pasy... Drzwi nie szczelne, ale nie-