Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Krwawe znamię.djvu/43

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Repeszce tokaj smakował, ale naleganie napełniało go obawą, do czego to zmierzało.
    — Pij wino! nie rychło się z podobnem spotkasz... ażebyś zaś strachu daremnego nie miał, powiem ci od razu, pocom cię sprowadził.
    Repeszko, który już był kieliszek ujął, postawił go zwolna.
    — Słuchaj, życie mi tu obrzydło! — zawołał Jaksa. — Ja ludzi nienawidzę tu, oni mnie nie cierpią. Odłączony, samotny, zabijam się myślami; nie mam czem żyć, bo mi brak celu, nadziei jutra... Chcę pójść gdzieś w świat, daleko... Zostało mi z dawnej zamożności ot to gniazdo, które burza rozbiła; trzymam się w niem długo, myślałem że tu umrę i że trumnę moją wrzucą do pustej kaplicy ostatnią. Ale już mi wyżyć ciężko, muszę to raz skończyć. Nie doczekam, czego czekałem. Sprzedam ci zamek cały, jak go widzisz, dwór, ogród grunta... Kupuj!...
    Repeszko, słuchając usta otworzy. Propozycya była tak w swoim rodzaju dziwna, niespodziewana, osobliwsza, iż z razu nie umiał na nią wcale odpowiedzieć.
    Upłynęła długa chwila milczenia.
    — Ale szanowny kasztelanicu — odezwał się rozważywszy nieco, o co szło, pan Repeszko — chciej z łaski swej, nie obrażając się, pomiarkować, na co się mnie to zdało?
    — Jakto? zamek taki przepyszny?...
    — Ale choćby w istocie najwspanialszy, cóż ja z nim robić będę? Od Studzienicy ogromny kawał... ni przypiął, ni przyłatał. Toż naturalnym nabywcą powinien być albo dziedzic teraźniejszy Rabsztyniec...
    Jaksa ramionami ruszył i splunął.
    — No... albo Spytkowie, którymby to fundum mogło z biedy do Mielsztyniec...
    Począł to mówić Repeszko w najniewinniejszej myśli, nie przewidując wcale, iż samo imię Spytka zrobi na Jaksie wrażenie tak okropne, tak niespodziane, iż nie dokończywszy, pan Nikodem struchlały, zamilkł.