Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Krwawe znamię.djvu/129

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — A jednak moglibyście odwrócić niebezpieczeństwo — rzekł Jaksa — ale musicie zerwać z przeszłością, poświęcić mi Spytków, być moją, oddać mi rękę...
    Spytkowa zmierzyła go okiem groźnem.
    — Tak — rzekła z uśmiechem gorzkim — wprowadzić was na ten zamek, uczynić ojczymem dziecka, którego nienawidzisz... spodlić się przed światem... Sądzisz mnie do tego zdolną?... Nie! raczej umrzeć!...
    — Więc wyście pragnęli tylko, w imię dawnej miłości, rzucić mi jaki ochłap swojego bogactwa, jak nędzarzowi, jak rozbójnikowi, i odpędzić precz? Wytargować za uśmiech swobodę, mienie, przebaczenie, i pozbyć się Jaksy natrętnego? To się tylko w sercu i głowie niewiasty urodzić mogło... Znacież mnie takim, jakim kilkanaście lat chłosty mię uczyniły? wiecież wy, żem wściekły, zły, żem ostygły i że nawet reszta miłości dla was zapłynęła żółcią, tak, że miłość jest goryczą i rozdzielić ich już nie można? Baranka łagodnego chcieliście mieć ze mnie, ale jam wilczysko wściekłe!
    — Chcecie mnie zastraszyć — odparła wdowa. — Powinniście pamiętać, że i ja nie jestem tą słabą łzawą niewiastą jaką byłam... i ja...
    Ale gdy to mówiła, łzy popłynęły jej z oczów i łkanie przerwało mowę. Jaksa patrzył milczący. Czego wspomnienia nie dokonały, to cudownie łza jedna spełniła; serce się jego poruszyło, zmiękł, posmutniał, zmienił się. Konia swego zbliżył ku wdowie, zamyślony, posępny, ale widocznie wzruszony.
    — Jeszczeżby — pomyślał — mieli mnie i przez nią starzy wrogowie nasi zwyciężyć? i przez nią... przez tę, która była moją... którą mi odebrali, aby ją przeciwko bezsilnemu obrócić?.. Powiedz — począł z cicha — powiedz mi, nie maszże ty litości żadnej? chcesz bym się wyrzekł zemsty, nadziei, bym dla twego spokoju, dla ocalenia ich, poświęcił się... zaparł, ginął?... Cóż mi dasz w zamian?... trochę litości i wiele pogardy... Ależ każdy ma swą chwilę zwycięstwa w życiu,