Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Krwawe znamię.djvu/35

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Ponieważ myśliwym nie jesteś, to ci szkody nie zrobię.
    — A zwierzyna? spytał z cicha Repeszko.
    — Zwierzynę będę jadł, odparł Iwo, i waści jej dawać nie myślę, raz, że na nią będę pracował, powtóre, że ty, słyszę, mięsa nie używasz i w tygodniu sześć dni jadasz z postem, a siódmego z suchotami.
    — Wolno mi przecież uczynić uwagę, że kto nabywa majątek, ten ma w nim i własność zwierzyny. Słusznaby więc była...
    — Kręcicielu stary, rozśmiał się Iwo. Miły ci spokój, to mi się nie sprzeciwiaj. Popytaj ludzi.
    — Ale ja nie odmawiam bynajmniej miłemu i kochanemu sąsiadowi tej maleńkiej przysłużki, zawołał Repeszko, spojrzawszy z ukosa na bat pleciony, którym Iwo poklaskiwał niby od niechcenia: Spuszczam sią na jego wspaniałomyślność, iż kiedy niekiedy kapnie mi co do kuchni... co się zaś tyczy skóreczek... gdyby Pan Bóg dał lisa, wilczka lub inne stworzenie... na te ja stawiam żelaza i zwykłem je sprzedawać...
    — Ani mi się tego czynić waż! — odparł Iwo... — przestrzegam cię kochanie, polowanie w twoich lasach biorę w arendę.
    — W kwocie? — spytał Repeszko żywo.
    — A, skąpczysko stare! — przerwał Życki, jeszczebyś z tego chciał coś wyssać. Nie darmo nam cię tu tak odmalowano jako liczykrupę.
    — Mnie! Chryste Jezu miłosierny! — krzyknął Repeszko, otóż to języki ludzkie i złośliwość! Miły Boże! Mnie, który przez całe życie poświęcam się dla ludzi, odejmując od ust sobie.
    Iwo zaczął się śmiać.
    — Paradny! — rzekł — ale wracajmy do arendy. Otóż umowa taka: będę polował, zabijał, plądrował, ale za to dopilnuję ci lasów i pierwszego złodzieja, którego w lesie spotkam, powieszę na dębie.
    — Jezu miły! a zlituj że się! Nuż z tego proces wyniknie.