Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Krwawe znamię.djvu/45

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Repeszko, nieco ochłonąwszy, począł z jak największemi szczegółami opowiadać bytność swoją w Mielsztyńcach, jak go wprowadzono, co widział, a nareszcie kogo wychodząc spotkał. Iwo słuchał z nadzwyczajną uwagą, a gdy przyszło do ostatka, twarz jego nabierać zaczęła coraz straszniejszego wyrazu, oczy płonęły — rozśmiał się dziko i rzucił tylko pytanie:
    — Prawda? piękna pani! śliczna pani! i wygląda dziwnie młodo i śmieje się tak wesoło... jakby nigdy w życiu nikogo nie zabiła...
    Wyrazy te, które mu się mimowolnie wymknęły, chwycił Repeszko chciwie, zadrżał i nie mógł się wstrzymać od wykrzykniku:
    — Jakto? zabiła?
    Ale kasztelanic był już panem siebie; posępne wejrzenie zwrócił na pytającego?
    — Któż ci to powiedział? gdzieś to słyszał? Milcz! słyszysz! milcz! lub....Jam tego nie powiedział, to fałsz!... Zapomnij o tem... to szaleństwo moje... a jeśli odważysz się kiedy...
    Kasztelanic kielich, który trzymał w ręku zgniótł na miazgę, rzucił okruchy na stół i spojrzał milcząco na Repeszkę, który drżąc jak liść, ust już nie śmiał otworzyć. Potem nalał sobie wina szklankę, wypił duszkiem i rzekł:
    — Kupujesz, czy nie? Pokażę ci co mam na sprzedaż, chodź... Sprzedam tanio, z warunkiem tylko, by nigdy odprzedanem nie było do Mielsztyniec. Weźmiesz, za co zechcesz.
    — Ale ja... ja nie jestem kupcem...
    — Obejrzno — zawołał kasztelanic — dam za bezcen, bo muszę ztąd uciec... muszę! Jużem się dosyć namęczył, a nie doczekam niczego...
    To mówiąc, Iwo otworzył drzwi.
    — Chodź — rzekł.
    Nie z wielką ochotą poszedł za swym przewodnikiem Repeszko, ale go podtrzymywała nadzieja, że się wprost później do swojego wózka dostanie i uciec