Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Krwawe znamię.djvu/68

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Tu łza się jej zakręciła w oku, ale śmiech dziecka rzucił w nią jakiś promień radości i uśmiechnęła się także.
    — Nie spytałeś o swego konia, — zawołała.
    — A! prawda, mój koń, mój arab! Matko każ wyprowadzić araba! niech Tamara za szyję uścisnę. Czy on też mnie pozna?... czy zarży do mnie?
    I klasnął w ręce i pobiegł do dzwonka na stoliku, a w chwilę słudzy się zbiegli i do stajen posłano, aby Tamar przyszedł młodemu panu sobą się pochwalić...
    Gdy tu tak się kończyła rozmowa, w pokoju pana Spytka ks. de Bury, chcąc jak najtrafniej pochwalić się postępami wychowańca, pojętemi wedle swych zasad, każdym rysem, każdem słowem raził ojca, który bladł, czerwieniał, nie śmiał się jeszcze sprzeczać, ale przekonywał się coraz bardziej, iż wychowanie syna było chybionem, że człowiek któremu je powierzono, niewtajemniczony, pełen wiary w siebie, poprowadził je koleją wieku, do którego należał i kraju, którego był dzieckiem. Nie czas już było walczyć, cofać się, gniewać, potrzeba było kielich goryczy, najcięższy w życiu, wypić do dna, nie zmrużywszy oka, nie jęknąwszy nawet. Stało się.
    Blady pan Spytek, z załamanemi rękami, słuchał milczący świergotliwego opowiadania, a oblicze jego tak straszna jakaś napiętnowała boleść, że wchodząca po półgodzinnej niebytności żona przelękła się na widok jego, nie śmiąc jednak dać poznać po sobie, że to widziała... bo nie wolno jej było pytać. Siedziała milcząca. Eugenek tylko pobiegł do ojca, chwaląc araba, którego wyściskał i na którego już siąść pragnął...
    Na skinienie Spytka, który widocznie cierpiał bardzo, pani Brygida wywiodła ks. de Bury i syna. Gdy drzwi się zamknęły, stary pochwycił się za krzesło, nogi pod nim drżały, wziął się za czoło palące, a potem powlókł do klęcznika i padł na kolana.