Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Krwawe znamię.djvu/145

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    niewiasta, którą niegdyś marmurową zwano w Mielsztyńcach, aby nie upaść pod ciężarem. Dość przypomnieć czem był Jaksa, do czego ona była nawykła, jakim smutkiem poiło ją nieustannie wspomnienie opuszczonego dziecka i niepokój o los jego...
    Eugeniusz wyjeżdżając z Mielsztyniec, bo do tego przyzwoitość go zmuszała, nierad je wszakże opuszczał. W ostatnich czasach zrósł się on z niemi i z przodkami, rozczytawszy się w podaniach, nasłuchawszy powieści ludzi, związawszy się temi wspomnieniami jakąś miłością, tem większą, że się czuł sierotą i samotnym.
    Mówiliśmy o jego wychowaniu, było ono tak poprowadzone, że miało go bronić od marzeń, rozczarowywać i studzić. Dopóki żył w obcym kraju, był Eugenek w istocie wychowańcem ks. de Bury i nowej epoki... ale w Mielsztyńcach owładnęły nim tradycye i pod wpływem ich, stał się jakby napowrót dzieckiem kraju i rodziny. Targały nim te dwa prądy na przemiany i czyniły go tak nieszczęśliwym, jak są zwykle ludzie rozpołowieni życiem, którzy do zupełnej z sobą zgody nigdy przyjść nie mogą.
    Eugenek często śmiał się sam z siebie i z swych zabobonów, to znów oburzał się na suche i zimne niedowiarstwo swoje. Pod cieniem tych murów, gdyby tam dłużej zamieszkał, niechybnie ostygłyby i zwietrzały wonie obcej nauki, wróciłby do dziecinnego myśli wątku; ale przewidzieć też łatwo, że opuszczając starą siedzibę, rzucając się w świat, musiał równie łacno dać sobie odżywić światu ziarna pierwszego wychowania, zgodne z duchem epoki.
    Tak się też stało... Poczuł Eugeniusz oddalając się od tych biednych, smutnych, osierociałych Mielsztyniec, że widma i strachy, które tam serce jego uciskały, na jasnym dniu pierzchały powoli.
    Całą drogę przedumał biedny, usiłując sobie wyrobić pewien plan na przyszłość i przyrzekając nie odstąpić od niego. Czuł, że za słabym byłby, zdając się nieopatrznie na wypadki.