Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Krwawe znamię.djvu/160

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    wiona, bez okrzyku, milcząca wyszła wprost do niego i zarzuciła na jego ramiona ręce wychudłe, całując twarz jego ze łzami.
    Wpatrzyła się weń długo, długo, drżąca, i strumień łez polał się z wypłakanych oczów.
    — Dziecko moje! — odezwała się nareszcie, postrzegłszy znamię śmierci na jego czole — i ty!...
    Nie mogła dokończyć, ucisk gorący zamknął jej usta.
    — Przyszedłem zapóźno — odezwał się Eugeniusz — nic nie wiedziałem, nic! Przybyłem podać mu rękę...
    — Pomódl się na mogile — smutnie odpowiedziała matka. — On wszystkim przebaczył, żałował za wszystko... a Bóg mu życia przedłużyć nie chciał... Wszystkie te mogiły sypią się na sercu mojem i coraz większym ciężarem je gniotą, aż i ono pęknie! A! ty jeszcze nie wiesz, ilem przebyła boleści... chodź!
    I podała mu rękę, na palcach wracając do pokoju z którego wyszła. Z obawą niewysławioną Eugeniusz szedł z nią, nie wiedząc, dokąd go prowadzi.
    Cicho stąpając, doszli tak do przyćmionego kątka. Tu stało łóżeczko małe, a na ciemnej jego obsłonie leżała uśpiona kilkoletnia dzieweczka. Tylko anioły na starych mistrzów obrazach mają ten niebiański wdzięk, pełen słodyczy i pokoju, świadczący o nieśmiertelności, wyznawający Boga... jaki miało to dziecię blade, śliczne, z którego wpół przymkniętych ustek dobywał się oddech krótki, ciężki, jakby na tym świecie powietrza czystym tym piersiom brakło.
    Leżała na białej poduszce z włosami jak złote pasmo rozsypanemi po niej, niby jasnem otoczona niebem, ze złożonemi na piersiach białemi, cudownych kształtów rączkami, w sukience jasnej i lekkiej. Eugeniusz z przestrachem ujrzał na odsłonionej jej szyjce jakby koralową przepaskę. Było to znamię takie właśnie, jakie na portrecie kobiety w Mielsztyńcach się znajdowało.
    — Bóg — szepnęła wdowa — naznaczył ją piętnem śmierci. On zrządził, by w ten dom wniosła przy-