Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Krwawe znamię.djvu/162

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    stniały, oddech stawał się coraz mniej wyraźnym... pocałunek śmierci skończył jej życie wiosenne, uwiędła jak kwiatek poranny...
    Od tego łóżeczka wstała niezłamana wdowa, bez łzy, bez jęku, podniosła córkę, przycisnęła ją do piersi i u stóp tej nowej ofiary uklękła modlić się Bogu.
    W kilka dni potem Eugeniusz w krześle u okna, patrząc na słońce zachodzące, pożegnał matkę uśmiechem... Nie żal mu było życia. Dobył w ostatniej chwili na piersi noszoną zeschłą cyprysu włoskiego gałązkę, pamiątkę jakiejś chwili złotej, popatrzył na nią, pocałował, potem schylił się ku łonu matki i... zasnął, by się nie przebudzić...




    Wdowa przeżyła wszystkich... Na pogrzebie dzieci widziano ją jak słup stojącą prosto, niezłamaną bólem, z zaciśniętemi usty, w koronie białych włosów pod czarną zasłoną... Odtąd już oczy jej ludzkie nie postrzegły więcej, aż w lat kilkanaście na śmiertelnym katafalku... Resztę życia spędziła zamknięta w Rabsztyńcach z jedną sługą, która nie wchodziła do jej pokoju, zamurowanego jak cela, i jedzenie jej tylko przez zostawiony otwór podawała. W żałobie, włosiennicy, na nagiej ziemi, bez pościeli, łamiąc się z resztkami życia, spędziła jeszcze długie lata, aż Bóg wreszcie litościwy, w rocznicę śmierci męża, i ją do siebie powołał.

    KONIEC.