Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Krwawe znamię.djvu/75

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    ze zgodności przekonań i charakterów. Było coś wytężonego, przymusowego w tem szczęściu pozornem; czuć było z jednej strony uczynioną i dotrzymaną, ale ciężką ofiarę. Miała się li ona aż za grób przeciągnąć?
    Pani Spytkowa liczyła wprawdzie lat trzydzieści kilka, ale wyglądała młodo, bo duszy jej nawet ta walka lat kilkunastu nie zużyła i nie złamała. Zachowała się całą, z sercem młodem, z głową może pełną marzeń; tak przynajmniej czarne, ogniste jej oczy mówić się zdawały.
    Było coś strasznego, ale uroczo pociągającego w tej kobiecie, milczącej, zadumanej, poważnej, tajemnicą okrytej i tak władającej sobą, że najsilniejsze uczucie drgnienia z niej nie wywołało.
    Słudzy, szanując ją, lękali się jej więcej daleko niż samego pana, a niektórzy przewidywali, że pod jej panowaniem Mielsztyńce nie mogą już pozostać tą pustką klasztorną, jaką były. Ale nikt się nie ważył ani o tem przebąknąć; myślano i czekano.
    W parę miesięcy ks. de Bury wyjechał do Francyi z powrotem, a do Eugenka przywieziono z Warszawy młodego człowieka, który się wychowywał za granicą. Był to młodzieniec wielkich nadziei i świetnych talentów, pan Tadeusz Zaranek, protestant. Pani Spytkowa, mając go sobie poleconym jak najkorzystniej, nie dowiadywała się nawet o wyznanie; dopiero w Mielsztyńcach okazało się, że był uczniem genewskiego mistrza i gorliwym zwolennikiem Kalwina. Zgorszono się niepomału, iż pomimo to Zaranek został przy uczniu. Prawda, iż z tą swą wiarą bardzo się wstrzemięźliwie zachowywał i nawracać na nią nikogo nie myślał.
    Eugeniusz potrzebował towarzystwa; ku końcowi więc żałoby, powoli, nieznacznie, dom się otwierać, ożywiać zaczął. Matka nic przeciw temu nie miała. Zmiana więc, choć przychodziła nieznacznie i stopniowo, dawała się już czuć w domu, a po pierwszych do niej krokach wiele wróżyć było można. To też wróżono.