Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Krwawe znamię.djvu/118

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Przychodzę ze złą wprawdzie wiadomością, a przynajmniej z kłopotem — rzekł — ale w istocie nie jest to nic nowego, choć wygrzebanego z nowem przygotowaniem groźnem. Będziemy mieli proces...
    — Z kim? o co? — zapytała wdowa. — Pan wiesz, że wszelkiego powodu do spierania się po sądach mąż mój unikał. Cóż się stało? co zaszło?
    — Jest to rzecz stara, śmieszna, przedawniona, a jednak mogąca wiele kosztować i pieniędzy i pokoju. Zrobić nam nic nie zrobią, ale męczyć mogą.
    — Któż? co? za co?
    — Proces to kilkadziesiąt letni, zgrzybiały, ale nudny być może w nowych rękach zapobiegliwego i zręcznego człowieka. Spytkowie, nabywając Mielsztyńce dwieście temu lat z okładem, niedopilnowali się należycie. Majątek był prawie jeszcze niepodzielony; brat który go sprzedawał, choć nim władał, nie miał ustępstwa formalnego od rodziny. Sprzedaż była w dobrej wierze zrobiona ze stron obu, ale nieprawna. Rodzina sprzedającego po jego śmierci wytoczyła proces o Mielsztyńce, o posiadanie nielegalne. Walczyliśmy o to; ale sprawa gaszona, tłumiona, przewlekana, nigdy całkiem nie była ukończoną. Nie wiem jaką drogą owa pretensya do Mielsztyniec, przeszła w ręce ojca Jaksy.
    — Więc to pan Jaksa? — spytała wdowa żywo.
    — Nie, nie on, jak się zdaje — rzekł Dzięgielewski — ale ktoś co nabył czy dostał prawa jego, zapewne dawniej, czy teraz, nie wiem... p. Repeszko — dodał pełnomocnik. — Repeszko jest sąsiadem Mielsztyniec, homo novus; niedawno tu przybył i mało go znamy, ale dotąd nie z najlepszej strony. Jest chciwy, przebiegły, twardy... Proces z nim to może być rzecz wiekuista. Wygramy go, ale nas będzie ciągał po trybunałach bez końca...
    — Wszakżeby go można pewnie załagodzić czemś — spytała wdowa trochę niespokojnie.
    — Tak i ja sądziłem — odparł Dzięgielewski, który chłodno brał rzeczy i strwożonym się być nie zda-