Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Krwawe znamię.djvu/86

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Mylisz się waćpan... ojciec nie byłby mnie zmusił do mimowolnego małżeństwa, bo ja tylko sobie przyznaję prawo rządzenia sobą. Nic mnie nie mogło skłonić do przeniewierstwa i fałszu, do przysięgi na zimno... Waćpan sam pchnąłeś mnie i zmusiłeś do tego kroku, który opłaciłam życiem.
    — Ja? — podchwycił Iwo — ja?... Nie! pozory omyliły was... Byłem i jestem niewinny... posłuchajcie mnie do końca... Ojciec mój był naówczas już chory i dogorywający; dobiło go to, że przewidywał nieuchronny upadek rodziny, a czuł iż ja nie zniosę cierpliwie nędzy i upokorzenia. Doszły go wieści o moich częstych do domu waszego wycieczkach... dwa ubóstwa przerażały go... Nie chciał tego małżeństwa, nie taił tego bynajmniej przedemną. Kochałem ojca, ale byłbym się mu oprzeć potrafił, gdybym go na śmiertelnem łożu nie zastał. Znalazłem go zmienionym straszliwie, zeschłym, zniszczonym gorączką wewnętrzną. Ledwiem na próg wszedł, jak gdyby się lękał, że mu czasu zabraknąć może na pohamowanie mnie i obrócenie mną wedle swej woli, chwycił mnie za ręce, posadził przy sobie, odegnał wszystkich... i począł tę straszną spowiedź swojego życia i historyą rodziny, która i silniejszego odemnie złamaćmy musiała. Był nielitościwym dla siebie, oskarżał się, płakał, winę teraźniejszości brał całą na stare barki... Począłem płakać z nim razem. Cóż chcesz pani, byłem młody, serce żyło jeszcze we mnie i kochałem ojca. Człowiek ten prócz tego dla obcych nawet miał dar przekonywania i urok ogromny słowa, cóż dopiero dla syna, gdy słowom tym towarzyszyło łkanie, gdy po za niemi widać było i czuć śmierć nadchodzącą, gdy uroczysta godzina konania namaszczała go na patryarchę...
    ...Otóż — mówił dalej kasztelanic — pod jakiem wrażeniem musiałem w słowach się wyrzec mojej miłości, moich nadziei, szczęścia, a przyrzec ojcu, że poślubię naznaczoną mi przez niego córkę jego przyjaciela, jedynaczkę i dziedziczkę ogromnego mienia, które nas od ruiny ratować miało.. Ojciec się uspo-