Jądro ciemności/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Jądro ciemności
Pochodzenie Młodość, Jądro ciemności
Data wydania 1930
Wydawnictwo Dom Książki Polskiej Spółka Akcyjna
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Aniela Zagórska
Źródło Skany na Commons
Inne Cała książka
Pobierz jako: Pobierz Cała książka jako ePub Pobierz Cała książka jako PDF Pobierz Cała książka jako MOBI
Indeks stron
JĄDRO CIEMNOŚCI
Jacht krążowniczy Nellie obrócił się na kotwicy bez najlżejszego trzepotu żagli i stanął bez ruchu. Przypływ się skończył, wiatr ucichł prawie zupełnie, a że jacht kierował się w dół rzeki, nie pozostawało nic innego tylko zatrzymać się i czekać odpływu.

Przymorski obszar Tamizy rozciągał się przed nami jak początek nieskończonego wodnego szlaku. Morze i niebo w oddali spajały się z sobą bez śladu, a w świetlistej przestrzeni wysuszone na słońcu żagle szkut, dryfujących w górę z przypływem, zdawały się tkwić spokojnie w kępkach czerwonych, mocno napiętych płócien, błyskając pokostowanemi rejkami. Na niskich brzegach stała mgła ścieląca się ku morzu coraz cieńszą warstwą. Powietrze było ciemne nad Gravesend, a jeszcze dalej wgłąb zdawało się zgęszczać w ponury mrok, skupiony w posępnym bezruchu nad najbardziej rozległem i najpotężniejszem miastem świata.
Naszym kapitanem i gospodarzem był dyrektor różnych towarzystw. Wszyscy czterej spoglądaliśmy ku niemu serdecznie, gdy stał na baku tyłem do nas, patrząc w stronę morza. Na całej rzece nie było ani w części czegoś tak wybitnie marynarskiego. Przypominał pilota, który dla marynarza jest wcieleniem wiarogodności. Trudno było zdać sobie sprawę że teren jego pracy nie leży het tam, u świetlanego ujścia rzeki, lecz w górze Tamizy wśród posępnego mroku.
Jednoczyła nas — jak już gdzieś powiedziałem — więź morza. Nietylko że nie pozwalała abyśmy o sobie zapomnieli w czasie długich okresów rozstania, ale uczyła nas wzajemnej pobłażliwości dla naszych opowiadań — a nawet poglądów. Prawnik — najmilszy z towarzyszy — miał, ze względu na pokaźną ilość lat i cnót, jedyną poduszkę na pokładzie i leżał na jedynej derce. Buchalter wydobył już pudełko z dominem i zabawiał się ustawianiem domków z kostek. Marlow siedział, skrzyżowawszy nogi, w głębi rufy, oparty o tylny maszt. Miał zapadłe policzki, żółtą cerę, proste plecy, wygląd ascety, a ze swemi obwisłemi ramionami i rękoma leżącemi na kolanach dłonią ku górze podobny był do bożka. Dyrektor, upewniwszy się że kotwica dobrze trzyma, przyszedł na rufę i zasiadł między nami. Zamieniliśmy leniwie kilka słów. Potem zapadło na jachcie milczenie. Dla jakiejś tam przyczyny nie rozpoczynaliśmy partji domina. Opanowała nas zaduma i byliśmy zdolni tylko do spokojnego patrzenia przed siebie. Dzień się kończył wśród cichej pogody, wspaniałej, nieskazitelnej. Woda jaśniała spokojnie; niebo, bez żadnej plamki, było dobrotliwym bezmiarem nieskalanego światła; nawet mgły na mokradłach Essexu wyglądały jak zwiewna, promienista tkanina, która zwisała z lesistych wyniosłości w głębi lądu, układając się na niskich brzegach w fałdy przejrzystej draperji. Tylko ku zachodowi mrok tkwił posępnie nad górnym biegiem rzeki i ściemniał się z każdą minutą, jakby rozgniewany zbliżaniem się słońca.
Wreszcie słońce zsunęło się nisko, zakreślając niedostrzegalny łuk, i od gorejącej białości przeszło w ciemną czerwień bez promieni i bez ciepła, jakby miało nagle zagasnąć, rażone śmiercią przy zetknięciu z owym mrokiem, ścielącym się posępnie nad ciżbą ludzi.
Woda uległa zmianie natychmiast a pogoda stała się mniej świetną lecz jakby się pogłębiła. Stara rzeka, rozlana szeroko, wypoczywała bez ruchu na schyłku dnia — po całych wiekach dzielnej służby u rasy zaludniającej jej brzegi — rozpostarta spokojnie w swej godności wodnego szlaku, wiodącego do najdalszych krańców ziemi. Nie patrzyliśmy na czcigodną rzekę z punktu widzenia krótkiego, wartkiego dnia, który zjawia się i odchodzi na zawsze, ale widzieliśmy ją we wzniosłem świetle trwałych wspomnień. I zaiste, nic łatwiejszego dla ludzi, którzy — jak to się mówi — „poświęcili się morzu“ z szacunkiem i przywiązaniem, niż wywołać wielkiego ducha przeszłości na przymorskim obszarze Tamizy. Przypływ i odpływ biegną tam i zpowrotem w nieustającej służbie, przepełnione wspomnieniami o okrętach i ludziach, których niosły ku domowemu wytchnieniu lub ku walkom na morzach. Prądy te znały wszystkich mężów, którymi szczyci się naród i służyły im wszystkim — od Sir Francisa Drake’a do Sir Johna Franklina — rycerzom utytułowanym lub nie — wielkim błędnym rycerzom morza. Prądy te dźwigały wszystkie statki, których imiona są jak drogocenne kamienie błyszczące w pomroce wieków, od Złotej Łani powracającej z łonem pełnem skarbów — statku, co po odwiedzinach Jej Królewskiej Mości znika z gigantycznej opowieści — aż do Erebu i Terroru, które puściły się na inne podboje — aby nigdy nie wrócić. Prądy te znały i okręty i ludzi. Znały tych co wypłynęli z Deptford, z Greenwich, z Erith — awanturników i osadników; znały okręty królewskie i okręty finansistów, kapitanów, admirałów; znały ciemne figury z handlu ze wschodem i upełnomocnionych „generałów“ Wschodnio-Indyjskich flot. Łowcy złota lub łowcy sławy, wszyscy płynęli tą rzeką, dzierżąc miecz a często i pochodnię — wysłannicy potęgi z głębi kraju, niosący iskry świętego ognia. Któraż wielkość nie płynęła z prądem tej rzeki, dążąc ku tajemnicy nieznanych ziem!... Marzenia ludzkie, nasiona rzeczypospolitych, zarodki cesarstw.
Słońce zaszło; zmierzch padł na rzekę i światła zaczęły się ukazywać wzdłuż brzegu. Latarnia morska Chapmana, stojąca na trzech nogach wśród błotnej ławicy, rzucała silny blask. Okrętowe światła dążyły żeglownym szlakiem — odbywał się wielki ruch światełek w górę i wdół rzeki. A dalej na zachód, nad górnym biegiem, leże potwornego miasta znaczyło się wciąż złowieszczo na niebie — posępną mgłą w słońcu, mętnym blaskiem pod gwiazdami.
— A i to miejsce — rzekł nagle Marlow — było ongi jednym z mrocznych zakątków ziemi.
On jeden jedyny z pośród nas wciąż jeszcze „służył na morzu“. Najgorszy zarzut jaki mógł spotkać Marlowa to ten, że nasz kolega nie był typowym przedstawicielem swego zawodu. Był to marynarz, ale był to również wędrowiec, gdy tymczasem większość marynarzy prowadzi, jeśli można się tak wyrazić, życie osiadłe. Ich usposobienie należy do kategorji domatorskich, a dom zawsze jest z nimi — okręt; taksamo jak ich kraj — morze. Jeden okręt jest bardzo podobny do drugiego, a morze zawsze jest jednakowe. Wśród niezmienności otoczenia obce wybrzeża, obce twarze, zmienny ogrom życia, przesuwają się koło nich, przesłonięte bynajmniej nie poczuciem tajemnicy lecz nieco pogardliwą niewiedzą; gdyż niema dla marynarza nic tajemniczego — chyba samo morze, które jest władcą jego istnienia, władcą równie niezbadanym jak los. Co zaś do reszty świata, przypadkowy spacer poza godzinami służby lub przypadkowa pijatyka na wybrzeżu wystarcza aby odsłonić przed marynarzem tajemnicę całego kontynentu, i marynarz uważa naogół że tajemnica nie była warta poznania. Opowiadania żeglarzy są proste i bezpośrednie, i zbytkiem sensu nie grzeszą. Lecz Marlow nie był typowym żeglarzem (wyjąwszy jego skłonność do opowiadań) i według niego sens jakiegoś epizodu nie tkwił w środku jak pestka — lecz otaczał z zewnątrz opowieść, która tylko rzucała nań światło — jak blask oświetla opary — na wzór mglistych aureoli, widzialnych czasem przy widmowem oświetleniu księżyca.
Uwaga Marlowa nie zaskoczyła nas wcale. To było zupełnie w jego stylu. Przyjęliśmy ją w milczeniu. Nikt nie zdobył się nawet na mruknięcie, a on wkrótce zaczął znów mówić powoli —
— Mam na myśli bardzo dawne czasy, kiedy Rzymianie przybyli tu po raz pierwszy, tysiąc dziewięćset lat temu — wczoraj... Światło biło później z tej rzeki — wspominaliście o rycerzach? Tak; ale to wszystko jest jak blask przebiegający równiną, jak błyskawica wśród chmur. Żyjemy w tym błysku — oby trwał póki stara ziemia toczyć się będzie! Lecz wczoraj była tu ciemność. Wystawcie sobie uczucia dowódcy pięknej — jak to się nazywało? — tryremy na morzu Śródziemnem, dowódcy odkomenderowanego nagle na północ: przebiega Galję w pośpiechu; powierzają mu jeden z tych statków, które legjoniści — musieli to być cudowni ludzie, i bardzo obrotni — budowali, jak się zdaje, całemi setkami w przeciągu miesiąca lub dwóch, jeśli można wierzyć temu co się czyta. Wyobraźcie go sobie tam: istny koniec świata, morze barwy ołowiu, niebo barwy dymu, okręt o zwartości concertina — a dowódca prowadzi go w górę rzeki, wioząc zapasy, czy rozkazy, czy co tam chcecie. Ławice piasku, bagna, lasy, dzicy ludzie — znikoma ilość pożywienia odpowiedniego dla cywilizowanego człowieka, a do picia nic prócz wody w Tamizie. Falerneńskiego wina ani śladu; wysiadać na brzeg nie można. Tu i tam obóz wojskowy zagubiony w dziczy jak igła w kopcu siana — zimno, mgła, burze, choroby, wygnanie i śmierć, śmierć czatująca w powietrzu, w wodzie, w gąszczu. Musieli tu ginąć jak muchy. Ale z pewnością dowódca poprowadził bardzo dobrze tę wyprawę, niewiele o tem myśląc — chyba może później, kiedy się chełpił wszystkiem co przeszedł swojego czasu. Byli to ludzie dość mężni by stawić czoło ciemności. A może takiemu dowódcy dodawała ducha nadzieja że dostanie się z czasem do floty w Rawennie — jeśli miał dobrych przyjaciół w Rzymie i jeśli wytrzymał straszny klimat.
— Albo wyobraźcie sobie że przyzwoity, młody obywatel w todze — może cokolwiek za gorliwie uprawiający grę w kości — zjawia się tutaj w świcie jakiegoś prefekta, albo poborcy podatków, albo wreszcie kupca — by los swój poprawić. Ląduje na trzęsawisku, maszeruje przez lasy i osiadłszy na jakiejś placówce w głębi lądu, czuje że dzicz, ostateczna dzicz zamknęła się wkoło niego — tajemnicze życie dziczy które tętni w lesie, w dżungli, w sercach dzikich ludzi. Niema wtajemniczenia w takie misterja. Nasz obywatel musi żyć wpośród niepojętego, które jest także obrzydłem. A jednocześnie to niepojęte ma czar, który zaczyna na niego działać. Czar ohydy, rozumiecie? Wyobraźcie sobie rosnący w tym człowieku żal, pragnienie ucieczki, bezsilny wstręt, poddanie się, nienawiść.
Zamilkł.
— Zważcie — zaczął znów, i siedząc ze skrzyżowanemi nogami, podniósł rękę obróconą dłonią nazewnątrz — zupełnie jak Budda nauczający w europejskiem ubraniu i bez lotosa — zważcie że żaden z nas nie czułby zupełnie taksamo. Ratuje nas wiara w skuteczność naszej pracy — poświęcenie się dla niej. Ale tamci ludzie nie przedstawiali doprawdy nic nadzwyczajnego. Kolonistami nie byli; podejrzewam że ich administracja nie różniła się niczem od ucisku. Byli zdobywcami, do tego zaś potrzeba tylko bezmyślnej siły — i niema się czem szczycić jeśli się ją posiada, ponieważ siła ta jest poprostu przypadkiem i wypływa ze słabości innych. Zagarniali co mogli — ze zwykłej chciwości. Była to poprostu kradzież z włamaniem, masowe morderstwo na wielką skalę, a ludzie rzucali się w to naoślep — jak przystoi tym którzy napastują mrok. Zdobywanie ziemi — polegające przeważnie na tem, że się ją odbiera ludziom o odmiennej cerze lub trochę bardziej płaskich nosach — nie jest rzeczą piękną, jeśli się w nią wejrzy zbyt blisko. Odkupia ją tylko idea. Idea tkwiąca w głębi; nie sentymentalny pozór tylko idea; i altruistyczna wiara w tę ideę — coś co można wyznawać, i bić przed tem pokłony, i składać ofiary...
Urwał. Płomyki ślizgały się po rzece: małe zielone płomyki, czerwone płomyki, białe płomyki, które się ścigały nawzajem, dopędzały, łączyły, krzyżowały — aby się rozstać śpiesznie lub powoli. Ruch handlowy wielkiego miasta trwał na bezsennej rzece wśród gęstniejącego mroku.
Przypatrywaliśmy się, czekając cierpliwie — nic innego nie można było robić aż do końca przypływu; lecz dopiero po dłuższem milczeniu Marlow rzekł wahająco: „Pamiętacie pewno, koledzy, że byłem czas jakiś marynarzem na słodkich wodach“ — i wówczas wiedzieliśmy już, że jest nam sądzone — nim odpływ się zacznie — wysłuchać jednej z rozlicznych przygód Marlowa, nie doprowadzających do żadnej konkluzji.
— Nie chcę nudzić was długo tem co spotkało mnie samego — zaczął, zdradzając tą uwagą słabość właściwą wielu gawędziarzom, którzy tak często zdają się nie wiedzieć co ich słuchaczy najbardziej interesuje — lecz aby zrozumieć wpływ, jaki to na mnie wywarło, musicie wiedzieć jak się tam znalazłem, co zobaczyłem, jak popłynąłem w górę rzeki aż do miejsca gdzie spotkałem się po raz pierwszy z tym nieborakiem. Był to najdalszy punkt mojej wyprawy i kulminacyjny punkt mych przeżyć. Rzucił jakgdyby pewien rodzaj światła na to co mnie otaczało — i na moje myśli. Wszystko to było dość ponure — i żałosne — i wcale nie nadzwyczajne — i nie bardzo jasne bynajmniej. Nie, nie było bardzo jasne. A jednak zdaje mi się że rzuciło pewnego rodzaju światło.
— Powróciłem wówczas, jak pamiętacie, do Londynu po dłuższej żegludze na oceanie Indyjskim, Spokojnym, na morzach Chińskich — po porządnej porcji wschodu — trwało to około sześciu lat. Wałęsałem się tu i ówdzie, przeszkadzając kolegom w pracy i nachodząc wasze domy, zupełnie jakby mi niebo poruczyło misję aby was cywilizować. Przez pewien czas bardzo to było przyjemne, lecz wkrótce zmęczyłem się wypoczynkiem. Wówczas zacząłem rozglądać się za okrętem — co jest chyba najcięższą pracą na świecie. Ale okręty nie chciały nawet na mnie patrzeć. I ta zabawa zmęczyła mię również.
— Otóż — kiedy byłem małym chłopczykiem, miałem namiętność do map. Wpatrywałem się godzinami w południową Amerykę, lub Afrykę, lub Australję, pogrążając się we wspaniałościach odkrywczych podróży. W owych czasach było jeszcze wiele miejsc pustych na ziemi, a jeśli które z nich wydawało mi się na mapie szczególnie ponętne (ale one wszystkie tak wyglądają), kładłem nań palec i mówiłem: „Pojadę tam jak dorosnę“. Pamiętam że biegun północny należał do tych miejsc. No, nie zajechałem tam jeszcze, a teraz już próbować nie będę. Czar prysł. Inne znów miejsca były rozrzucone w okolicach równika i po wszelkich szerokościach geograficznych obu półkul. Zwiedziłem niektóre z nich i ... no, nie będziemy o tem mówili. Ale było tam jedno — największe, najbardziej puste — że tak powiem — do którego ciągnęło mię najsilniej.
— Prawda że w owej chwili to miejsce nie było już puste. Od czasów mego dzieciństwa zapełniły je rzeki, i jeziora, i nazwy. Przestało być próżną przestrzenią pełną rozkosznej tajemnicy — białą plamą, budzącą w chłopcu wspaniałe marzenia. Przeobraziło się w miejsce gdzie panuje mrok. Ale była tam przedewszystkiem jedna rzeka, wielka, potężna rzeka, którą się oglądało na mapie, podobną do olbrzymiego, wyciągniętego węża, ze łbem w morzu, z ciałem wijącem się poprzez rozległą krainę, z ogonem zagubionym w głębi lądu. A gdy przyglądałem się mapie przez okno sklepowej wystawy, przykuwała mię ta rzeka jak wąż przykuwa wzrokiem ptaszka — niemądrego, małego ptaszka.
— Przypomniałem sobie, że istnieje wielkie towarzystwo, spółka dla handlu na tej rzece. Do licha! Przyszło mi na myśl, że przecież nie mogą prowadzić handlu bez posługiwania się jakiemiś statkami na tej ogromnej wodnej przestrzeni — bez parowców! Dlaczegobym nie miał się postarać o dowództwo któregoś z nich? Szedłem dalej przez Fleet Street, ale nie mogłem się pozbyć tych myśli. Wąż mnie oczarował.
— To handlowe towarzystwo było spółką z kontynentu; ale mam mnóstwo krewnych na kontynencie, ponieważ — jak mówią — taniej tam i wcale nie tak nieprzyjemnie jakby się zdawało.
— Z przykrością muszę wyznać, że zacząłem swych krewnych nudzić. Już to samo było dla mnie czemś zupełnie nowem. Rozumiecie, nie miałem zwyczaju w taki sposób brać się do rzeczy. Szedłem zawsze swoją własną drogą, na własnych nogach, tam dokąd miałem ochotę. Nie byłbym wierzył że jestem zdolny do czegoś podobnego, tylko że — widzicie — jakoś czułem że muszę się tam dostać — tak czy inaczej. Więc ich zanudzałem. Mężczyźni mówili: „Mój drogi“ — i nic nie robili. Wówczas — czy uwierzycie? — wziąłem się do kobiet. Ja, Charlie Marlow, zaprzągłem do roboty kobiety — aby dostać posadę. Słowo daję! No, widzicie — prześladowała mię ta myśl. Miałem ciotkę, zacną, entuzjastyczną duszę. Napisała mi: „To będzie cudowne. Gotowam zrobić dla ciebie wszystko, wszystko. Myśl jest wspaniała. Znam żonę jednego z członków administracji, postawionego bardzo wysoko; znam także człowieka, który ma wielkie wpływy“ — i t. d. i t. d. Postanowiła póty suszyć głowę ludziom, póki mnie nie mianują kapitanem rzecznego parowca — ponieważ taką jest moja fantazja.
— Dostałem nominację, oczywiście; i dostałem ją bardzo prędko. Zdaje się że towarzystwo dowiedziało się o śmierci jednego z kapitanów, który został zabity w bójce z krajowcami. To było moje szczęście, i tembardziej zachciało mi się jechać. Dopiero w długie miesiące potem, gdym usiłował odzyskać ciało owego kapitana, dowiedziałem się, że źródłem kłótni było nieporozumienie co do kur. Tak, dwóch czarnych kur. Fresleven — tak się ów człowiek nazywał — Duńczyk, uważał że go pokrzywdzono przy kupnie, wysiadł więc na ląd i zaczął okładać laską naczelnika wsi. Ach, nie zdziwiłem się wcale, gdy mi to opowiadali, zaznaczając równocześnie, że Fresleven był najłagodniejszą, najspokojniejszą istotą pod słońcem. Było tak z pewnością; ale przecież znajdował się tam już od paru lat, służąc wzniosłej idei, i prawdopodobnie uczuł nareszcie potrzebę stwierdzenia w jakikolwiek sposób szacunku dla siebie samego. Dlatego też łupił bez litości starego Murzyna; naokoło gapił się tłum skamieniałych krajowców, aż wreszcie jeden z nich — podobno syn naczelnika — słysząc z rozpaczą wrzaski starca, rzucił w białego włócznią dla próby — i oczywiście włócznia uwięzła z łatwością między łopatkami. Potem cała ludność uciekła do lasu w oczekiwaniu wszelkich możliwych klęsk, zaś parowiec dowodzony przez Freslevena odpłynął również w wielkim popłochu, pod komendą maszynisty, o ile sobie przypominam. Później nikt już nie zdawał się troszczyć o szczątki Freslevena, póki się tam nie znalazłem jako jego następca. Nie mogłem tej sprawy zaniedbać, ale gdy wreszcie nastręczyła mi się sposobność zetknięcia z mym poprzednikiem, trawa rosnąca między jego żebrami dość była wysoka aby zasłonić kości. Zostały wszystkie na miejscu. Nikt nie tknął nadnaturalnej istoty leżącej na ziemi. Wieś opustoszała, chaty stały otworem, czarne, butwiejące, krzywe wśród rozwalonych płotów. Klęska spadła istotnie na wieś. Ludność znikła. Obłąkany strach rozproszył wszystkich — mężczyzn, kobiety i dzieci; zaszyli się w gąszcz i nie wrócili już nigdy. Nie wiem doprawdy co się stało z kurami. Przypuszczam że sprawa postępu pozyskała je jakoś dla siebie. Tak czy owak, wskutek tej sławnej afery dostałem nominację, nim się jeszcze zacząłem prawdziwie jej spodziewać.
— Latałem na wszystkie strony jak warjat aby się przygotować do wyjazdu, i przed upływem czterdziestu ośmiu godzin jechałem już przez kanał dla pokazania się pryncypałom i podpisania kontraktu. W bardzo niewiele godzin przybyłem do miasta, które przypomina mi zawsze grób pobielany. Z pewnością to uprzedzenie. Znalazłem bez trudu biura kompanji. Był to największy budynek w mieście, i każdy kogo tylko spotkałem mówił o tem towarzystwie. Spółka miała się zabrać do założenia zamorskiego cesarstwa i zdobyć niezliczone mnóstwo pieniędzy zapomocą handlu.
— Wąska, opustoszała uliczka w głębokim cieniu, wysokie domy, niezliczone okna o weneckich żaluzjach, martwa cisza, trawa między kamieniami, imponujące wjazdowe arkady na prawo i lewo, olbrzymie, masywne, nieco uchylone podwoje. Wślizgnąłem się przez jedną ze szpar, wszedłem po zamiecionych, nagich schodach, jałowych jak pustynia, i otworzyłem pierwsze z napotkanych drzwi. Dwie kobiety, jedna tęga a druga szczupła, siedziały na krzesłach wyplatanych słomą, robiąc coś na drutach z czarnej wełny. Szczupła podniosła się i szła wprost na mnie ze spuszczonemi oczyma — nie przestając poruszać drutami — i dopiero gdy pomyślałem że trzeba ustąpić jej z drogi jak lunatyczce, zatrzymała się i podniosła oczy. Miała suknię prostą jak futerał od parasola; odwróciła się bez słowa i zaprowadziła mię do poczekalni. Wymieniłem swoje nazwisko i zacząłem się rozglądać. W środku był stół z sosnowego drzewa, zwykłe krzesła stały pod ścianami; w jednym końcu pokoju wisiała wielka, błyszcząca mapa, znaczona wszystkiemi kolorami tęczy. Była tam wielka ilość czerwieni — którą zawsze miło jest widzieć, ponieważ z góry wiadomo że bardzo konkretna praca tam się odbywa — całe mnóstwo błękitu, trochę zieleni, pasma pomarańczowe, a na wschodniem wybrzeżu purpurowa łata, aby pokazać gdzie weseli pionierzy postępu popijają wesołe piwo lagrowe. Ale nie wybierałem się do żadnego z tych kolorów. Wybierałem się do żółtego. W samym środku mapy — jak strzelił. I rzeka była tam także — przykuwająca — śmiertelna — niby wąż. Brr!
— Otworzyły się drzwi, ukazała się białowłosa głowa sekretarza o współczującym wyrazie twarzy, i kościsty palec kiwnął na mnie. Wszedłem do sanktuarjum. Światło tu było przyćmione, a ciężkie biurko przykucnęło w środku pokoju. Doznałem wrażenia że za tym gmachem tkwi blada otyłość w surducie. Był to ów wielki człowiek we własnej osobie. Liczył zapewne jakieś pięć stóp sześć cali, a dzierżył w ręku bardzo wiele miljonów. Podał mi dłoń, o ile pamiętam, szepnął coś nieokreślonego, wyraził uznanie dla mojej francuszczyzny. Bon voyage.
— Po upływie czterdziestu pięciu sekund mniej więcej znalazłem się znów w poczekalni w towarzystwie współczującego sekretarza, który — strapiony i pełen sympatji — dał mi do podpisania jakiś dokument. Zdaje mi się że między innemi zobowiązałem się do zachowania wszystkich handlowych sekretów. No i nie zamierzam ich zdradzić.
— Zacząłem odczuwać lekki niepokój. Wiecie że nie jestem przyzwyczajony do takich ceremonij, a przytem w tej atmosferze było coś złowieszczego. Zupełnie jakby mnie wtajemniczono w jakiś spisek — nie umiem tego określić — jakby coś było niezupełnie w porządku; cieszyłem się kiedym się stamtąd wydostał. W przyległym pokoju owe dwie kobiety robiły gorączkowo na drutach coś z czarnej wełny. Zjawiali się interesanci, i młodsza z kobiet, wprowadzając ich, chodziła tam i napowrót. Stara siedziała na krześle. Płaskie sukienne pantofle oparła o ogrzewacz do nóg, a na jej kolanach spoczywał kot. Na głowie miała jakąś białą, wykrochmaloną historyjkę, brodawkę na policzku i okulary w srebrnej oprawie zsunięte na koniec nosa. Popatrzyła na mnie z nad szkieł. Zmieszał mię obojętny spokój tego szybkiego spojrzenia. Wprowadzano właśnie dwóch młodzików o głupkowatych, wesołych twarzach, a stara rzuciła im takie samo szybkie spojrzenie, mądre i obojętne. Zdawało się że wie o nich wszystko, a także i o mnie. Poczułem zabobonny lęk. Wydała mi się niesamowitą i złowrogą. Często — gdy byłem już tam daleko — myślałem o tych dwóch kobietach, odźwiernych u wrót Ciemności, robiących na drutach jakby ciepły całun z czarnej wełny; wspominałem jak jedna z nich wprowadza, wprowadza bez końca w nieznane, a druga bada obojętnie staremi oczami wesołe i głupie twarze. Ave! stara pracownico, migająca drutami nad czarną przędzą. Morituri te salutant. Niewielu z tych, na których spojrzała, zobaczyło ją znowu — znacznie mniej niż połowa.
— Czekała mię jeszcze wizyta u doktora. „Prosta formalność“, zapewnił mię sekretarz z takim wyrazem twarzy, jakgdyby brał głęboki udział we wszystkich moich strapieniach. Jakiś młodzik w kapeluszu naciśniętym na lewą brew, zapewne urzędnik — musieli tam być i urzędnicy w tej spółce, choć dom był cichy jakby się znajdował w mieście umarłych — zeszedł skądś z góry i poprowadził mnie. Obszarpany był i zaniedbany, rękawy kurtki miał poplamione atramentem, a pod jego brodą, przypominającą czubek starego buta, tkwił wielki, falisty krawat. Na doktora było jeszcze trochę zawcześnie, więc zaproponowałem żebyśmy się czegoś napili, dzięki czemu mój towarzysz puścił wodze swej wesołości. Gdyśmy już siedzieli przy kieliszkach wermutu, zaczął się unosić nad interesami spółki; od słowa do słowa, wyraziłem mimochodem zdziwienie, że on sam się do Afryki nie wybiera. Ochłódł natychmiast i stał się bardzo opanowany.
— „Nie taki dureń ze mnie na jakiego wyglądam, rzekł Platon do swych uczniów“ — powiedział sentencjonalnie i wychylił kieliszek z wielką stanowczością, poczem wstaliśmy z miejsc.
— Stary doktór wziął mię za puls, myśląc najwidoczniej zupełnie o czem innem.
— „W porządku, może pan jechać“ — mruknął i zapytał z pewną skwapliwością, czybym mu nie pozwolił zmierzyć swej głowy. Odrzekłem: dobrze — nieco tem zaskoczony, a on wyciągnął coś w rodzaju cyrkla i zrobił pomiary z tyłu, z przodu, i ze wszystkich stron, notując starannie. Był to nieogolony człowieczek w wytartym kaftanie, podobnym do opończy, i pantoflach; wyglądał na nieszkodliwego durnia.
— „W interesie nauki“ — rzekł — „proszę zawsze tych którzy tam jadą, aby mi pozwolili zmierzyć swe czaszki“.
— „A gdy wracają, robi pan to samo?“ — zapytałem.
— „Ach, nigdy się już z nimi nie stykam“ — zauważył; — „a przytem, widzi pan, zmiany zachodzą w środku“. Uśmiechnął się, jak po wypowiedzeniu przyjemnego żartu. — „Więc pan tam jedzie. Świetnie. To bardzo zajmujące“. — Spojrzał na mnie badawczo i znów coś zanotował. „Czy nie było kiedy w pańskiej rodzinie wypadku obłąkania?“ — zapytał rzeczowym tonem.
— Zaczynało mnie to mocno drażnić.
— „Pan pyta o to również w interesie nauki?“
— „Byłoby rzeczą zajmującą“ — odrzekł, nie zwracając uwagi na moje rozdrażnienie — „gdyby można dla celów naukowych śledzić tam na miejscu zmiany psychiczne zachodzące w jednostkach, ale... “
— „Czy pan jest psychjatrą?“ przerwałem.
— „Każdy lekarz powinien być trochę psychjatrą“ — odparł z niewzruszonym spokojem oryginał. — „Mam pewną teoryjkę, do której udowodnienia wy panowie, udający się tam, musicie mi pomóc. To jest mój udział w korzyściach, jakie kraj mój powinien osiągnąć z posiadania tej wspaniałej kolonji. Bogactwa zostawiam innym. Proszę mi wybaczyć te pytania, ale pan jest pierwszym Anglikiem, który się dostaje pod moją obserwację“...
— Pospieszyłem go zapewnić, że nie jestem bynajmniej typowym.
— „Gdyby tak było“ — rzekłem — „nie rozmawiałbym z panem w ten sposób“.
— „To co pan mówi jest dość głębokie i prawdopodobnie błędne“ — rzekł ze śmiechem. „Niech pan się wystrzega irytacji jeszcze bardziej niż przebywania na słońcu. Adieu. Jak to mówicie po angielsku, co? Good-bye. Aha! Good-bye. Adieu. Pod zwrotnikami trzeba przedewszystkiem zachowywać spokój“... Podniósł ostrzegawczo palec... — „Du calme, du calme. Adieu“.
— Pozostawało mi jeszcze jedno — pożegnać się z moją zacną ciotką. Zastałem ją tryumfującą. Wypiłem filiżankę herbaty — ostatnią filiżankę porządnej herbaty na długi przeciąg czasu — i w pokoju — który wyglądał właśnie tak jak sobie wyobrażamy kobiecy salon, co podziałało na mnie niezmiernie kojąco — ucięliśmy przy kominku długą, spokojną gawędę. W ciągu tych zwierzeń zrozumiałem, że opisano mnie żonie wysokiego dygnitarza — i poza tem Bóg raczy wiedzieć ilu innym osobom — jako wyjątkową i szczególnie obdarzoną istotę, człowieka opatrznościowego dla spółki, jakiego się często nie spotyka. Miłosierny Boże! a ja miałem objąć komendę na jakimś tam marnym rzecznym parowcu, zaopatrzonym w taniutką gwizdawkę. Okazało się przytem że jestem także Działaczem, przez duże d, — rozumiecie. Niby wysłańcem światła, niby apostołem pośledniejszego gatunku. W owych czasach rozpuszczano masę takich bredni w druku i słowie, i zacna moja ciotka, żyjąca w pośrodku tej całej blagi, straciła równowagę. Póty rozprawiała o tem, że „trzeba odzwyczaić miljony tych ciemnych ludzi od ohydnego ich życia“, aż wreszcie — daję wam słowo — zrobiło mi się jakoś głupio. Ośmieliłem się nadmienić, że przecież spółka została założona dla zysku.
— „Zapominasz, kochany Charlie, że każda praca zasługuje na zapłatę“ — rzekła wesoło.
— To ciekawe, jak dalece kobiety nie mają poczucia rzeczywistości. Żyją we własnym świecie, który właściwie nigdy nie istniał i istnieć nie może. Jest na to o wiele za piękny, a gdyby można taki świat zbudować, rozleciałby się przed zachodem słońca. Pierwszy lepszy nieznośny fakt, z którym my mężczyźni współżyjemy zgodnie od chwili stworzenia, wyrwałby się i dałby w łeb całej historji.
— Zostałem uściskany, przykazano mi abym nosił flanelę, abym często pisywał i tak dalej — i pożegnałem się. Na ulicy — nie wiem dlaczego — opanowało mię dziwne wrażenie iż jestem oszustem. Szczególna rzecz, że ja, który przywykłem był wyruszać w jakąkolwiek stronę świata w przeciągu dwudziestu czterech godzin, poświęcając temu mniej uwagi niż inni przejściu na drugą stronę ulicy, miałem chwilę — nie powiem wahania, ale ociągania się i lęku wobec takiej zwykłej historji. Najlepiej wam to wytłumaczę, gdy powiem że przez parę sekund doznałem uczucia, jakbym się wybierał nie do środka jakiegoś kontynentu ale do środka ziemi.
— Wsiadłem na francuski parowiec, który zajeżdżał do wszystkich zakazanych portów jakie Francuzi mają tam po drodze — jedynie po to, o ile się mogłem połapać, aby wysadzać na ląd żołnierzy i urzędników komory celnej. Przypatrywałem się wybrzeżu. Obserwowanie brzegu, który przesuwa się koło okrętu, przypomina rozwiązywanie zagadki. Oto leży przed wami wybrzeże — uśmiechnięte, chmurne, powabne, wspaniałe, nędzne, banalne, albo dzikie — a zawsze nieme, choć zdaje się szeptać: chodź i przekonaj się. Ten zaś brzeg był prawie zupełnie bez charakteru, jakby się jeszcze nie ukształtował, a wygląd miał ponury i monotonny. Skraj olbrzymiej dżungli — o zieleni tak ciemnej, że wydawała się prawie czarną — obramowany białą frendzlą nadbrzeżnych fal, biegł prosto, jak nakreślony przy pomocy linji — daleko, hen, daleko wzdłuż błękitnego morza, którego połysk, był przyćmiony przez pełzającą mgłę. Słońce paliło okrutnie, ziemia zdawała się błyszczeć i ociekać kroplami pary. Gdzieniegdzie popielatawo-białawe plamki ukazywały się grupkami na wybrzeżu poza białą linją fal; czasem flaga powiewała nad niemi. Były to osady liczące po kilka wieków, a jednak nie większe niż główki od szpilek na nietkniętej przestrzeni kraju. Statek sunął ciężko wzdłuż brzegu, zatrzymywał się, wysadzał żołnierzy; jechał dalej, wysadzał urzędników komory celnej, aby pobierali cło na wybrzeżu które wyglądało jak pustka zapomniana przez Boga, z zagubioną w niej blaszaną szopą i słupem od flagi; i znów wysadzał żołnierzy — prawdopodobnie aby pilnowali urzędników komory celnej. Mówiono mi że kilku z nich utonęło w nadbrzeżnych falach, ale nikt nie zdawał się o to troszczyć. Wyrzucono ich tam poprostu i jechaliśmy dalej. Dzień po dniu brzeg wyglądał taksamo, jakbyśmy nie poruszali się wcale; przejeżdżaliśmy koło różnych miejsc — osad handlowych — o nazwach takich jak Gran’ Bassam, Little Popo; nazwach które zdawały się należeć do jakiejś plugawej farsy odgrywanej na tle posępnej kurtyny. Bezczynność pasażera, osamotnienie wśród tych wszystkich ludzi z którymi nie miałem żadnych punktów stycznych, oleiste i leniwe morze, jednostajna posępność wybrzeża, trzymały mię jakby zdala od rzeczywistości — uwikłanego w sieci żałosnej i bezsensowej ułudy. Głos nadbrzeżnych fal, dochodzący niekiedy, stanowił dla mnie prawdziwą przyjemność, jak odezwanie się brata. Był to objaw naturalny, coś co miało swoją przyczynę i jakieś znaczenie. Niekiedy łódź z wybrzeża dawała mi chwilowy kontakt z rzeczywistością. Wiosłowali w niej czarni ludzie. Można było dojrzeć zdaleka połyskujące białka ich oczu. Krzyczeli, śpiewali; ciała ich oblewał pot, twarze przypominały groteskowe maski; ale mieli kości, muskuły, dziką żywotność, intensywną energję w ruchach, co było równie naturalne i prawdziwe jak fale rozbijające się o brzeg. Ich obecność nie wymagała usprawiedliwienia. Widok tych ludzi stanowił wielką pociechę. Przez pewien czas czułem że należę jeszcze do świata prostych faktów; ale to nie trwało długo. Zawsze coś zaszło i przepłoszyło to uczucie. Raz, pamiętam, natknęliśmy się na statek wojenny zakotwiczony daleko od brzegu. Na lądzie nie było nawet szopy, a jednak statek obrzucał gąszcz pociskami. Okazało się że Francuzi prowadzą wojnę w tamtych okolicach. Flaga statku zwisała jak łachman; lufy długich, sześciocalowych armat wystawały ze wszystkich stron niskiego kadłuba; statek wznosił się leniwie i opadał na tłustej, mulistej fali, chwiejąc cienkiemi masztami. Wśród niezmierzonej pustki ziemi, nieba i wody tkwił ten niepojęty okręt i strzelał w głąb kontynentu. Bum! odzywała się jedna z sześciocalowych armat; drobny płomyk wyskakiwał i znikał, niewielki kłąb białego dymu rozpływał się w powietrzu, drobny pocisk zaskrzeczał słabo — i nic nie następowało. Nic nastąpić nie mogło. Było w tem coś obłąkanego, widok ten przypominał ponurą krotochwilę, i nie rozproszył tego wrażenia jakiś człowiek z pokładu, zapewniający mię poważnie że tam jest obóz krajowców — nazywał ich nieprzyjaciółmi! — ukryty gdzieś w głębi.
Doręczyliśmy wojennemu statkowi listy (mówiono mi że ludzie na tym samotnym okręcie umierają na febrę przeciętnie po trzech dziennie) i popłynęliśmy dalej. Odwiedziliśmy jeszcze kilka innych miejscowości o nazwach jak z farsy, gdzie śmierć i handel wiodą wesoły taniec wśród cichej atmosfery nasyconej zapachem ziemi, niby w przegrzanych katakumbach; płynęliśmy wzdłuż bezkształtnego wybrzeża, obramionego pianą niebezpiecznych nadbrzeżnych fal, jakby sama przyroda usiłowała odeprzeć intruzów; wjeżdżaliśmy w ujścia rzek — strumieni śmierci toczących się wśród życia — których brzegi rozpadały się w błoto, których wody, zgęszczone w szlam, ogarniały poskręcane mangrowje, zdające się wić przed naszym wzrokiem w ostatecznej, bezsilnej rozpaczy. Nie zatrzymaliśmy się nigdzie tak długo aby można było doznać jakichś oddzielnych wrażeń, ale ogólne uczucie nieokreślonego i dotkliwego zdziwienia wciąż we mnie wyrastało. Była to niby uciążliwa pielgrzymka wśród zapowiedzi nocnych zmór.
— Minęło z górą trzydzieści dni nim zobaczyłem ujście wielkiej rzeki. Zapuściliśmy kotwicę naprzeciw rządowej siedziby. Ale moja praca miała się zacząć dopiero o jakieś dwieście mil dalej. To też wyruszyłem możliwie najprędzej do miejscowości położonej trzydzieści mil w górę rzeki.
Odbyłem drogę na małym morskim parowcu. Kapitan, Szwed, wiedział że jestem marynarzem i zaprosił mię na mostek. Był to człowiek młody, szczupły, nasępiony blondyn; włosy miał rzadkie i powłóczył nogami. Gdyśmy odbijali od lichego, małego pomostu, wskazał pogardliwie głową na brzeg.
— „Tam pan mieszkał?“ — zapytał.
— „Tak“, — odpowiedziałem.
— „Niezłe okazy, ci rządowi faceci — co?“ — mówił dalej po angielsku z wielką precyzją i głębokiem rozgoryczeniem. — „To ciekawe czego się niektórzy ludzie nie podejmą za parę franków na miesiąc. Chciałbym wiedzieć co się dzieje z takimi osobnikami, kiedy się znajdą tam w górze rzeki?“
— Odrzekłem, źe mam nadzieję wkrótce się o tem przekonać.
— „Więc, to ta—a—ak!“ — wykrzyknął. Przeszedł wpoprzek statku, powłócząc nogami, i zerkając czujnie ku przodowi. — „Niech pan nie będzie zanadto pewien siebie“ — mówił dalej. — „Parę dni temu odczepiłem człowieka który się powiesił na drodze. Był to także Szwed“.
— „Powiesił się! Dlaczego, na miłość Boską?“ — wykrzyknąłem. Kapitan patrzył wciąż bacznie ku przodowi.
— „Któż to wie? Może nie mógł znieść tutejszego słońca, a może i kraju“.
— Wreszcie dotarliśmy do miejsca gdzie rzeka się rozszerzała. Ukazało się skaliste urwisko, wały wydobytej ziemi na brzegu, domy na wzgórzu; inne domki o żelaznych dachach tkwiły wśród pustki porytej wykopanemi jamami, lub przywierały do stoku. Nieustanny szum bystrego nurtu rzeki unosił się nad tym wizerunkiem zamieszkanej pustyni. Gromada ludzi, przeważnie czarnych i nagich, roiła się jak mrówki. Pomost wstępował w rzekę. Od czasu do czasu oślepiające słońce zalewało nagle to wszystko wzmocnionym jeszcze blaskiem.
— „Oto stacja waszej spółki“ — rzekł Szwed, wskazując trzy drewniane budynki, podobne do baraków, stojące na skalistej pochyłości. — „Odeślę tam panu rzeczy. Cztery skrzynie, tak? Dobrze. Żegnam pana“.
— Natknąłem się na kocioł poniewierający się w trawie i znalazłem ścieżkę prowadzącą na wzgórze. Skręciłem w bok z powodu leżących na drodze głazów i małego wagonika przewróconego do góry kołami. Jednego z nich brakowało. Ten wagonik wyglądał tak martwo jakby był trupem jakiegoś zwierzęcia. Natrafiłem znów na rozlatujące się maszyny, na stos zardzewiałych szyn. Po lewej stronie kępa drzew rzucała nieco cienia, w którym jakieś ciemne kształty zdawały się lekko poruszać. Przymrużyłem oczy; ścieżka była stroma. Na prawo zadźwięczał róg, i spostrzegłem że czarni się rozbiegają. Ciężki i głuchy huk wstrząsnął ziemią, kłąb dymu wydobył się ze skały, i to było wszystko. Żadna zmiana w skale nie zaszła. Budowano tam kolej. Owa skała nie mogła przeszkadzać w robocie, ale bezcelowe jej wysadzanie było całą pracą jaką wykonywano.
— Usłyszałem za sobą lekki brzęk i odwróciłem głowę. Sześciu czarnych ludzi szło ścieżką gęsiego, dążąc z trudem pod górę. Szli powoli, wyprostowani, niosąc na głowie małe kosze pełne ziemi, a brzęk towarzyszył miarowo ich krokom. Wkoło bioder mieli przepaski z czarnych łachmanów, których krótkie końce chwiały się z tyłu jak ogony. Można było policzyć wszystkie żebra tych ludzi, stawy ich członków wyglądały jak węzły na linie; każdy miał na szyi żelazną obrożę a wszyscy byli połączeni łańcuchem, którego ogniwa kołysały się między nimi z rytmicznym dźwiękiem. Drugi wybuch rozległ się od strony tej samej skały i przypomniał mi nagle ów statek wojenny, któremu się przypatrywałem gdy strzelał w głąb kontynentu. Był to ten sam rodzaj złowieszczego huku; ale tych ludzi żadną miarą nie można było nazwać nieprzyjaciółmi — nawet przy największym wysiłku wyobraźni. Nazwano ich zatem zbrodniarzami, a pogwałcone przez nich prawo, tak jak i pękające pociski, przybyły z za morza — niezbadane, tajemnicze. Wychudłe piersi Murzynów dyszały razem, rozdęte gwałtownie nozdrza drgały, oczy patrzyły kamiennym wzrokiem w górę przed siebie. Przeszli o sześć cali ode mnie, nie rzuciwszy mi nawet spojrzenia, z zupełną, śmiertelną obojętnością dzikich, którzy są nieszczęśliwi. Wślad za tym surowym materjałem jeden z nawróconych krajowców — rezultat działania nowych sił — wlókł się zgnębiony, trzymając przez środek strzelbę. Miał na sobie mundurową kurtkę, u której brakowało guzika, i spostrzegłszy na ścieżce białego, podniósł z pośpiechem broń na ramię. Była to zwykła ostrożność; nie mógł poznać odrazu kim jestem, ponieważ biali są na dystans bardzo do siebie podobni. Uspokoił się szybko i wykrzywił twarz, pokazując białe zęby w szerokim, łotrowskim uśmiechu, przyczem ogarnął spojrzeniem powierzonych mu ludzi, jakby poczuwał się ze mną do koleżeństwa w pełnieniu wzniosłych obowiązków. Przecież ja byłem również cząstką wielkiej przyczyny, wywołującej to wyższe i sprawiedliwe postępowanie.
— Zamiast iść w górę, odwróciłem się i zacząłem schodzić na lewo. Chciałem aby ci więźniowie skuci łańcuchem zniknęli mi z oczu, zanim znów zacznę się wspinać. Wiecie, że specjalnie czuły nie jestem; wypadało mi nieraz i zadawać ciosy, i odpierać je. Czasem musiałem się bronić, a czasem atakować — co jest tylko pewną formą obrony — nie zastanawiając się wiele, zgodnie z wymaganiami życia w jakie wdepnąłem. Widywałem szatana przemocy, i szatana chciwości, i szatana pożądliwości; ale, na Boga! byli to silni, jurni szatani o ognistych ślepiach, którzy rządzili i powodowali ludźmi — ludźmi, mówię wam. Lecz stojąc tam na zboczu wzgórza, poczułem że pod oślepiającym blaskiem słońca w tym kraju zapoznam się z rozlazłym, kłamliwym, bladookim djabłem, opiekunem drapieżnej i bezlitosnej głupoty. Jak chytrym umiał być także, przekonałem się dopiero po kilku miesiącach i o tysiąc mil dalej. — Zatrzymałem się, przerażony, jakgdyby mię ktoś ostrzegł. Wreszcie zacząłem schodzić naukos ze wzgórza, kierując się ku drzewom które przedtem widziałem.
— Obszedłem wielką dziurę, wykopaną przez kogoś na zboczu w celu niemożliwym do przeniknięcia. Nie wyglądała w każdym razie ani na kamieniołom, ani na jamę z której wybrano piasek. Była to poprostu dziura. Może miała coś wspólnego z filantropijnym zamiarem aby dostarczyć zbrodniarzom jakiegoś zajęcia. Nie wiem. Potem znów o mało co nie wpadłem do bardzo wąskiej szczeliny wyglądającej na zboczu jak nieznaczna blizna. Odkryłem że wrzucono tam całe mnóstwo rur sprowadzonych dla zdrenowania osady. Potłukły się co do jednej. Był to objaw rozpasanego niszczycielstwa.
— Dotarłem wreszcie do drzew. Zamierzałem powałęsać się trochę w ich cieniu; ale ledwie się tam znalazłem, wydało mi się że przestąpiłem ponury krąg jakiegoś Inferno. Wartkie prądy poblizkiej rzeki wytwarzały nieustanny, jednostajny, ślepy, gwałtowny hałas, przepełniający tajemniczym rytmem żałobny spokój gaju, jakgdyby szarpiący krok rozpędzonej ziemi stał się nagle słyszalny wśród drzew, gdzie się nie czuło najlżejszego powiewu, gdzie nie drgnął żaden listek.
— Czarne kształty czołgały się, leżały, siedziały między drzewami, opierając się o pnie, tuliły się do ziemi — to widzialne, to przesłonięte mętnym półmrokiem — we wszelkich możliwych pozach wyrażających ból, zgnębienie i rozpacz. Wybuch miny w skale dał się znów słyszeć i ziemia wzdrygnęła się lekko pod memi nogami. Praca posuwała się naprzód. Praca! A tutaj było miejsce, gdzie niektórzy jej wykonawcy usunęli się aby umrzeć.
— Umierali powoli — to nie ulegało wątpliwości. Nie byli nieprzyjaciółmi, nie byli zbrodniarzami, nie zostało w nich już nic ziemskiego — były to tylko czarne cienie choroby i głodu, leżące bezwładnie w zielonawym mroku. Ściągnięci ze wszystkich zakątków wybrzeża na podstawie legalnych kontraktów, rzuceni w nieodpowiednie warunki, żywieni nieodpowiednią strawą — osłabli, stali się niezdolni do pracy; pozwolono im wreszcie odpełznąć i wypoczywać. Te konające postacie były wolne jak powietrze — i prawie równie niematerjalne. Zacząłem rozróżniać połysk oczu pod drzewami. Potem, spojrzawszy w dół, zobaczyłem twarz tuż koło mej ręki. Czarny szkielet leżał wyciągnięty na ziemi, opierając się ramieniem o drzewo; powieki jego podniosły się zwolna i zapadłe oczy spojrzały na mnie, olbrzymie i nieprzytomne — w głębi orbit zatliło się jakby ślepe, białe światełko i gasło powoli. Ów człowiek wyglądał na młodego — był to prawie chłopiec — ale wiecie że trudno się w nich połapać. Nie miałem pojęcia cobym mógł zrobić dla niego, i tylko podałem mu suchar ofiarowany mi na okręcie przez zacnego Szweda. Palce biedaka zamknęły się powoli wkoło suchara i trzymały go — był to ostatni ruch który dostrzegłem, ostatnie spojrzenie. Naokoło szyi miał zawiązane pasemko białej wełnianej przędzy. Dlaczego? Skąd je wydostał? Czy to był jakiś znak szczególny — czy ozdoba — czy amulet — czy akt błagalny? Czy była wogóle jakaś myśl z tem związana? Ta odrobina białej przędzy z za mórz wyglądała dziwnie niepokojąco na czarnej szyi.
— Niedaleko tego samego drzewa jeszcze dwie wiązki kątów ostrych siedziały z podciągniętemi nogami. Jeden z tych Murzynów oparł brodę o kolana, patrząc w próżnię w przerażający, nieznośny sposób; bratnia jego mara podtrzymywała sobie czoło, jakby owładnięta wielkiem znużeniem; inne jeszcze były rozrzucone wokoło, poskręcane we wszelkich możliwych pozach pełnych wyczerpania, jak na obrazie rzezi lub moru. Gdy stałem, porażony zgrozą, jedna z tych istot zwlokła się na ręce i kolana i popełzła na czworakach w stronę rzeki aby się napić. Chłeptała wodę z dłoni, potem usiadła na słońcu, skrzyżowawszy przed sobą piszczele, a w chwilę później wełnista jej głowa opadła na piersi.
— Miałem już dosyć tego wałęsania się w cieniu i pośpieszyłem ku stacji. W pobliżu zabudowań spotkałem białego, ubranego z tak nieoczekiwaną elegancją, że w pierwszej chwili wziąłem go za coś w rodzaju wizji. Zobaczyłem wysoki, nakrochmalony kołnierzyk, białe mankiety, lekką alpagową kurtkę, śnieżne spodnie, jasny krawat i lakierki. Kapelusza nie miał. Włosy jego były rozdzielone, wyczesane i wypomadowane, a w dużej białej ręce niósł parasol z zieloną podszewką. Był zdumiewający; za jego uchem tkwiło pióro.
— Uścisnąłem dłoń temu cudowi i dowiedziałem się że to jest główny buchalter spółki i że całą księgowość prowadzi się właśnie na tej stacji. Powiedział iż wyszedł tylko na chwilę aby „odetchnąć świeżem powietrzem“. To wyrażenie brzmiało bardzo dziwacznie, budząc asocjacje biurowego, siedzącego życia. Nie byłbym wam wcale wspomniał o tym urzędniku, ale z jego ust usłyszałem po raz pierwszy nazwisko agenta, który tak nierozerwalnie się łączy z memi wspomnieniami z tego okresu. A przytem czułem dla tego faceta szacunek. Tak; czułem szacunek dla jego kołnierzyków, szerokich mankietów, wyczesanej czupryny. Wyglądał niewątpliwie jak lalka od fryzjera, ale wśród wielkiego rozprzężenia w całym kraju dbał o swą powierzchowność. To się nazywa trzymać fason. Jego nakrochmalone kołnierzyki i gorsy od koszul były wynikiem siły charakteru. Bawił tu już blisko trzy lata; i nie mogłem się kiedyś powstrzymać od zapytania, skąd wytrzasnął taką bieliznę? Zaczerwienił się leciutko i rzekł skromnie:
— „Wyuczyłem jedną z tutejszych kobiet, kręcących się przy stacji. To było trudne. Nie smakowała jej ta robota“.
— Takim sposobem człowiek ten rzeczywiście czegoś dokazał. A przytem był szczerze oddany swoim księgom, które utrzymywał we wzorowym porządku.
— Pozatem wszystko na stacji było w nieładzie — głowy, rzeczy, budynki. Długie sznury pokrytych kurzem Murzynów o płaskich stopach przybywały i odchodziły; potok wszelakiej manufaktury, lichych perkali, paciorków i miedzianego drutu odpływał w głąb ciemności, skąd sączyła się wzamian drogocenna kość słoniowa.
— Musiałem czekać na stacji przez dziesięć dni — całą wieczność. Mieszkałem w chacie na dziedzińcu, ale żeby się wyrwać czasem z tego chaosu, zawadzałem o biuro buchaltera. Zbudowane było z poziomych desek tak licho dopasowanych, że gdy buchalter pochylał się nad wysokim swoim pulpitem, poprzekreślany był od stóp do głów wąskiemi paskami światła. W pokoju było jasno bez otwierania wielkiej okiennicy. Przytem panował tam upał; wielkie muchy brzęczały szatańsko i nie kłuły lecz raniły. Siadywałem zwykle na podłodze, podczas gdy buchalter o nieskazitelnej powierzchowności (nieco nawet uperfumowany) sterczał na wysokim stołku i pisał, pisał. Czasem wstawał aby rozprostować kości. Gdy wtaczano łóżko na kółkach z chorym (jakimś agentem który zasłabł w okolicach górnej rzeki) przejawiał lekkie rozdrażnienie.
— „Jęki chorego“ — mówił — „rozpraszają moją uwagę. A bez tego niezmiernie jest trudno ustrzec się błędów w tym klimacie“.
— Pewnego dnia zauważył, nie podnosząc głowy:
— „Tam w głębi kraju spotka się pan z pewnością z Kurtzem“. Gdy zapytałem kim jest Kurtz, odrzekł że to jeden z głównych agentów; spostrzegłszy iż ta informacja rozczarowała mię, dodał powoli, odkładając pióro: „Bardzo wybitny człowiek“. Dowiedziałem się dalej od niego że Kurtz jest kierownikiem handlowej stacji, bardzo ważnej stacji, we właściwym kraju kości słoniowej, w samem centrum. Przysyła tyle kości słoniowej co wszyscy inni razem wzięci...
— Zaczął znów pisać. Z chorym było tak źle że nawet nie jęczał. Muchy bzykały wśród wielkiego spokoju.
— Nagle usłyszałem wzrastający gwar i głośny tupot kroków. Przybyła karawana. Gwałtowny bełkot złożony z dziwacznych dźwięków wybuchnął po drugiej stronie desek. Wszyscy tragarze mówili jednocześnie a wśród tego hałasu rozległ się żałosny głos głównego agenta, który wołał po raz dwudziesty tego dnia, że „ma już tego dosyć“... Wstał powoli z krzesła.
— „Cóż to za okropny hałas“ — powiedział. Przeszedł pocichu przez pokój aby spojrzeć na chorego i rzekł do mnie, wracając: „On nie słyszy“.
— „Jakto, umarł?“ — spytałem przestraszony.
— „Nie, jeszcze nie“ — odrzekł z wielkim spokojem. Potem dodał, kiwnąwszy głową w stronę zgiełku na dziedzińcu: „Kiedy człowiek musi wciągać jak się należy pozycje, zaczyna czuć do tych dzikich nienawiść — śmiertelną nienawiść“. Zamyślił się na chwilę. „Jak pan zobaczy Kurtza“, ciągnął dalej — „niech mu pan powie ode mnie, że wszystko tutaj“ — spojrzał na pulpit — „jest w zupełnym porządku. Nie lubię pisać do niego — z tymi naszymi posłańcami niewiadomo nigdy, komu list może się dostać — tam na tej stacji centralnej“. Patrzył we mnie przez chwilę łagodnemi, wypukłemi oczyma. „O, ten to zajdzie daleko, bardzo daleko“ — zaczął znów. „Zajmie wkrótce ważne stanowisko w administracji. Postanowili tak ci u góry — rada spółki w Europie, rozumie pan“.
— Zabrał się znów do pracy. Hałas nazewnątrz ustał; wychodząc z chaty zatrzymałem się na progu. Wśród spokojnego brzęczenia much agent wracający do kraju leżał czerwony i nieczuły na wszystko; drugi zaś, pochylony nad swemi księgami, wciągał poprawnie pozycje różnych idealnie poprawnych tranzakcyj; a czterdzieści stóp poniżej progu chaty widać było nieruchome wierzchołki drzew z gaju śmierci.
— Następnego dnia opuściłem nareszcie stację razem z karawaną złożoną z sześćdziesięciu ludzi, wyruszając na dwustomilowy marsz piechotą.
— Nie warto rozwodzić się nad tem. Wszędzie ścieżki i ścieżki; wydeptana sieć ścieżek snujących się po pustym kraju przez wysoką trawę, przez spaloną trawę, przez gąszcz, na dół i w górę przez chłodne wąwozy, w górę i na dół po kamienistych pagórkach rozprażonych przez upał; a przytem samotność, zupełna samotność — nikogo, ani jednej chaty. Ludność wyniosła się stamtąd już dawno. Gdyby tak cała masa tajemniczych Murzynów, uzbrojonych w straszliwy oręż wszelakiego rodzaju, zaczęła nagle podróżować drogą między Deal a Gravesend, łapiąc parobków na prawo i lewo do dźwigania ciężkich juk, wyobrażam sobie że każdy folwark i każda wieś w tych okolicach opróżniłyby się bardzo szybko. Ale tutaj i zabudowania znikły również. Przechodziłem jednak przez kilka opuszczonych wsi. Jest coś wzruszająco dziecinnego w ruinach ścian z trawy. Dzień po dniu słyszałem za sobą tupot i szelest sześćdziesięciu par bosych nóg, a każda para dźwigała sześćdziesięciofuntowy ciężar. Rozbijanie obozu, gotowanie, sen, zwijanie obozu, marsz. Od czasu do czasu znajdowaliśmy Murzyna spoczywającego w wysokiej trawie blisko ścieżki — tragarza który padł martwy w uprzęży, a obok niego pustą tykwę na wodę i długi kij. Wielka cisza naokoło nas i w górze. Niekiedy wśród spokojnej nocy drganie dalekich bębnów, to wznoszące się, to opadające, drganie rozległe i słabe; dźwięk dziwaczny, pociągający, wymowny i dziki — o znaczeniu może równie głębokiem jak dźwięk dzwonów w kraju chrześcijańskim.
— Spotkaliśmy raz białego w rozpiętym mundurze, obozującego na ścieżce ze zbrojną eskortą złożoną z wychudłych Zanzibarczyków; bardzo był gościnny i podochocony — żeby nie powiedzieć pijany. Oświadczył że pilnuje porządku na drogach. Nie mogę powiedzieć abym widział jaką drogę lub jakikolwiek porządek, chyba że ciało Murzyna w średnim wieku — z dziurą od kuli w czole — o które dosłownie potknąłem się trzy mile dalej, można uznać za trwałe zaprowadzenie porządku.
— Podróżował ze mną także pewien biały, niezły sobie człowiek, ale nieco zbyt otyły; miał przytem nieznośny zwyczaj: mdlał na rozpalonych zboczach, w odległości całych mil od najmniejszego skrawka cienia i od wody. Przyznacie że można się czuć rozdrażnionym, kiedy trzeba trzymać własną marynarkę niby parasol nad czyjąś głową, póki ten ktoś nie przyjdzie do siebie. Nie mogłem się raz powstrzymać od zapytania, po co on się tu wogóle wybrał.
— „Żeby zrobić pieniądze, naturalnie. A cóż pan sobie myśli?“ — odrzekł pogardliwie.
— Potem dostał gorączki i trzeba go było nieść w hamaku zawieszonym na tyce. Ponieważ ważył dwieście dwadzieścia cztery funty, miałem ciągłe awantury z tragarzami. Narowili się, uciekali, wymykali się ze swemi jukami w ciemność — coś zupełnie podobnego do buntu. Tedy pewnego wieczoru wyciąłem do nich po angielsku mowę z gestami, z których ani jeden nie uszedł sześćdziesięciu parom oczu patrzących we mnie, i następnego dnia wyprawiłem hamak jak się patrzy na czele karawany. W godzinę później natknąłem się na ten cały interes porzucony w krzakach — na mego towarzysza, hamak, jęki, kołdry, przerażenie. Ciężka tyka zdarła mu skórę z biednego nosa. Nalegał usilnie abym kogoś zabił, ale w pobliżu nie było ani śladu tragarza. Przypomniałem sobie starego doktora: „Z punktu widzenia nauki byłoby ciekawem śledzić na miejscu zmiany psychiczne, zachodzące w jednostkach“. Czułem że staję się interesującym dla nauki. Ale to nie należy do rzeczy.
— Piętnastego dnia ujrzałem znów wielką rzekę i dowlokłem się, kulejąc, do stacji centralnej. Znajdowała się nad małą zatoczką, wśród krzewów i lasu; z jednej strony przylegało do niej miłe, woniejące bagno, z trzech pozostałych była otoczona popękanym płotem z sitowia. Zaniedbany otwór w płocie stanowił jedyną bramę, i wystarczało rzucić okiem, aby się przekonać że to rozlazły djabeł tu włada. Biali ludzie z długiemi kijami w ręku wysunęli się ospale z pośród budynków, przywlekli się aby na mnie spojrzeć, i znikli z widoku. Jeden z nich, tęgi, porywczy facet o czarnych wąsach, dowiedziawszy się kim jestem, poinformował mię bardzo potoczyście, odbiegając często od tematu, że parowiec mój znajduje się na dnie rzeki. Spiorunowała mię ta wiadomość. Co? Jakto, dlaczego? O, „wszystko w porządku“. „Sam dyrektor“ był przy tem. Niema pola do żadnych zarzutów. „Wszyscy zachowali się wspaniale, wspaniale! Musi pan pójść i zobaczyć się natychmiast z głównym dyrektorem“ — ciągnął podniecony. — „On czeka na pana!“
— Nie odrazu zrozumiałem właściwe znaczenie tego rozbicia. Mam wrażenie że już teraz rozumiem, ale pewny nie jestem — bynajmniej. Kiedy o tem myślę, wydaje mi się że ten wypadek był naprawdę zbyt niedorzeczny aby być zupełnie naturalnym. A jednak... Ale w owej chwili wyglądał poprostu jak jakaś przeklęta przeszkoda. Parowiec zatonął. Przed dwoma dniami wyruszyli w nagłym pośpiechu w górę rzeki z dyrektorem na pokładzie, pod komendą jakiegoś ochotniczego kapitana, i zanim upłynęły trzy godziny, wybili o kamienie dno statku, który zatonął przy południowym brzegu.
— Zapytałem siebie co tu mam właściwie do roboty, teraz gdy statek mój przepadł. A w rzeczywistości czekała moc pracy przy wyławianiu z rzeki mego dowództwa. Musiałem wziąć się do tego zaraz na drugi dzień. Wydobycie statku a potem naprawa, gdy już sprowadziłem na stację wszystkie części parowca, trwały kilka miesięcy.
— Pierwsza moja rozmowa z dyrektorem była ciekawa. Nie poprosił wcale abym usiadł, choć przeszedłem tego ranka dwadzieścia mil. Miał pospolitą cerę, pospolite rysy, maniery i głos. Wzrostu był średniego, budowy przeciętnej. Jego oczy, zwykłego niebieskiego koloru, były zapewne szczególnie zimne, a spojrzenie — gdy chciał — spadało na człowieka ostre i ciężkie jak topór. Ale nawet i wówczas reszta jego osoby zdawała się temu przeczyć. Tylko na jego ustach błądził jakiś nieokreślony, nikły wyraz — coś ukradkowego — uśmiech, nie uśmiech; pamiętam go, ale nie umiem wytłumaczyć. Ten uśmiech był nieświadomy, choć stawał się wyraźniejszym na chwilę, gdy dyrektor coś kończył mówić. Zjawiał się jak pieczęć przyłożona do słów, aby znaczenie najzwyklejszego zdania uczynić zupełnie nieprzeniknionem. Ów dyrektor, był to zwykły sobie kupiec, pracujący od dzieciństwa w tych okolicach — i nic więcej. Słuchano go, ale nie wzbudzał ani przywiązania, ani trwogi, ani nawet szacunku. Wzbudzał niepokój. Otóż to właśnie! Niepokój. Nie było to wyraźne niedowierzanie — poprostu niepokój, nic więcej. Nie macie pojęcia, jak skuteczną może się stać taka... taka... właściwość. Nie miał zmysłu organizacyjnego, ani inicjatywy, ani nawet zamiłowania do ładu. Wychodziło to na jaw w takich rzeczach jak naprzykład opłakany stan stacji. Nie był wykształcony, nie był inteligentny. Dlaczego dostał się na swoje stanowisko? Może dlatego że nigdy nie chorował... Przesłużył w tamtych okolicach trzy okresy po trzy lata... Dlatego, że świetne zdrowie wśród ogólnego pogromu organizmów jest już samo przez się rodzajem potęgi. Gdy udawał się do kraju na urlop, hulał wystawnie — na wielką skalę. Niby marynarz na urlopie — z pewną jednak różnicą — czysto zewnętrzną. Można było się tego domyśleć z jego przygodnych opowiadań. Nie potrafił nic stworzyć, umiał tylko trzymać się rutyny — i to wszystko. Ale był wielki. Był wielki dzięki drobnej rzeczy, polegającej na tem, że niepodobna było dociec, co może mieć władzę nad takim człowiekiem. Nie zdradził nigdy tej tajemnicy. A może nie tkwiło w nim poprostu nic. Takie podejrzenie trzymało człowieka w szachu — bo zewnętrznych hamulców nie było. Raz, kiedy przeróżne tropikalne choroby położyły prawie wszystkich „agentów“ na stacji, usłyszano jak dyrektor mówił:
— „Ludzie, którzy tu przyjeżdżają, nie powinni mieć wnętrzności“.
— Przypieczętował właściwym sobie uśmiechem tę enuncjację, jakby to były drzwi otwierające się na ciemność, przy których pełnił funkcję odźwiernego. Zdawało się człowiekowi że coś ujrzał — ale leżała na tem pieczęć. Gdy mu dokuczyły ustawiczne kłótnie białych o pierwszeństwo przy stole, kazał zrobić olbrzymi okrągły stół, dla którego trzeba było oddzielny dom zbudować. Była to jadalnia stacji. Tam gdzie siedział dyrektor znajdowało się pierwsze miejsce — reszta się nie liczyła. Czuło się że to niezłomne jego przekonanie. Nie był ani uprzejmy, ani nieuprzejmy. Był spokojny. Pozwalał aby jego „boy“ — spasiony młody Murzyn z wybrzeża — traktował białych w jego obecności z wyzywającą zuchwałością.
— Zobaczywszy mię, dyrektor zaczął natychmiast mówić. Moja podróż przeciągnęła się bardzo długo. Nie mógł już czekać. Musiał wyruszyć beze mnie. Trzeba było zluzować ludzi na stacjach położonych wyżej nad rzeką. Tak długo się już zwlekało, że nie wiadomo kto umarł a kto żyje, jak tam sobie radzą — i tak dalej, i tak dalej. Nie zwracał uwagi na moje wyjaśnienia, i bawiąc się laską wosku, powtórzył kilka razy że sytuacja jest „bardzo, bardzo groźna“. Rozeszły się pogłoski iż bardzo ważna stacja znajduje się w niebezpieczeństwie, a jej kierownik, Kurtz, leży chory. Dyrektor ma nadzieję że to nieprawda. Kurtz jest... Czułem się zmęczony i zirytowany. Do djabła z tym Kurtzem! Przerwałem, oświadczając że słyszałem już o tym Kurtzu na wybrzeżu.
— „Ach tak! więc mówią tam o nim — szepnął sam do siebie“. — Po chwili milczenia ciągnął znów dalej, zapewniając mię że Kurtz jest najlepszym jego agentem, że jest to człowiek wyjątkowy, na którym towarzystwu jaknajbardziej zależy; to też rozumiem chyba jego niepokój — dyrektora. Jest bardzo, ale to bardzo niespokojny. I rzeczywiście wiercił się wciąż na krześle, wykrzykując; „Ach ten Kurtz!“ aż wreszcie laska wosku złamała mu się w rękach, co wprawiło go jakby w osłupienie. Następnie zażądał ode mnie informacji „ile czasu potrzeba, ażeby...“ Przerwałem mu znowu. Widzicie, byłem głodny, a że w dodatku nie proszono mnie bym usiadł, więc zaczynałem się wściekać.
— „Skądże mam wiedzieć?“ — odrzekłem. — „Jeszcze nawet nie widziałem tego statku. Zapewne kilka miesięcy“. — Cała ta gadanina wydawała mi się zupełnie jałową.
— „Kilka miesięcy“ — powtórzył. — „No dobrze, powiedzmy trzy miesiące zanim będziemy mogli wyruszyć. Tak. To powinno wystarczyć“.
— Wypadłem z jego chaty (mieszkał sam jeden w glinianej lepiance, przy której było coś w rodzaju werandy), mrucząc pod nosem co o nim myślę. Gadatliwy idjota! Potem zmieniłem zdanie, uprzytomniwszy sobie z lękiem, jak dokładnie ocenił czas potrzebny na tę „historję“.
— Następnego dnia wziąłem się do pracy, odwróciwszy się tyłem, że tak powiem, do stacji. Wydało mi się, że jedynie w ten sposób pozostanę w kontakcie ze zbawiennemi faktami życia. Jednak trzeba było się czasem rozejrzeć, i wówczas widziałem tę stację, tych ludzi wałęsających się bez celu po dziedzińcu w blasku słońca. Zapytywałem siebie niekiedy, co to wszystko ma znaczyć. Wędrowali tu i tam ze swemi idjotycznemi, długiemi kijami w ręku, jak banda niewiernych pielgrzymów, zaczarowanych w obrębie zbutwiałego płotu. Słowo „kość słoniowa“ rozlegało się w powietrzu, rozchodziło się szeptem, ulatywało jak westchnienie. Można było pomyśleć że się do niego modlą. Zaraza głupiej chciwości przenikała to wszystko jak trupi zapach. Słowo daję, nie widziałem jeszcze nigdy w życiu czegoś równie nierealnego. A głucha dzicz, otaczająca tę polankę, uderzyła mnie jak jakaś niezwyciężona wielkość — zło czy prawda — czekająca cierpliwie na zniknięcie bezsensowej inwazji.
— Och, te miesiące! No, mniejsza z tem. Wydarzyły się w tym czasie różne rzeczy. Pewnego wieczoru szopa z trawy pełna kretonu, perkali, paciorków i nie wiem już czego, buchnęła płomieniem tak nagle, iż można było pomyśleć że ziemia się rozstąpiła, aby pozwolić mściwemu ogniowi pochłonąć wszystkie te śmiecie. Paliłem spokojnie fajkę obok mego ogołoconego parowca i patrzałem na nich wszystkich, jak fikali w świetle ognia z podniesionemi wysoko ramionami; wtem ów tęgi człowiek o czarnych wąsach nadbiegł, pędząc ku rzece z blaszanem wiadrem w ręku, zapewnił mię, że „wszyscy się zachowują wspaniale, wspaniale“, nabrał mniej więcej kwartę wody i popędził zpowrotem. Spostrzegłem że dno jego wiadra jest dziurawe.
— Poszedłem zwolna ku szopie. Pośpiech był zbyteczny. Uważacie, zajęło się to jak pudełko zapałek. Rzecz była przesądzona od samego początku. Płomienie skoczyły wysoko, odepchnęły wszystkich, oświetliły wszystko — i zapadły się. Szopa była już kupą rozżarzonych węgli. Niedaleko chłostano Murzyna. Powiedzieli mi że to on ogień wywołał w jakiś tam sposób; tak czy owak, wrzeszczał najokropniej. Widywałem go później przez kilka dni siedzącego w skrawku cienia; wyglądał na bardzo chorego i usiłował się wylizać; wreszcie wstał i odszedł — a dzicz przyjęła go bezgłośnie zpowrotem na swoje łono.
— Gdy wyszedłszy z ciemności, podszedłem do żarzących się zgliszcz, znalazłem się za plecami dwóch ludzi którzy z sobą rozmawiali. Usłyszałem nazwisko Kurtza a potem słowa: „...wyciągnąć korzyść z tego nieszczęśliwego wypadku“. Jednym z tych ludzi był dyrektor. Powiedziałem mu dobry wieczór.
— „No widział pan kiedy coś podobnego? to nie do wiary“ — rzekł i odszedł.
— Drugi pozostał. Był to jeden z głównych agentów, człowiek młody, elegancki, o obejściu dość powściągliwem; miał małą, rozwidloną bródkę i haczykowaty nos. Traktował z wysoka innych agentów, którzy ze swej strony twierdzili, że odgrywa rolę szpiega przy dyrektorze. Co do mnie, nigdy prawie przedtem z nim nie mówiłem. Rozgadaliśmy się i po pewnym czasie odeszliśmy zwolna od syczących zgliszcz. Zaprosił mię do swego pokoju, który znajdował się w głównym stacyjnym budynku. Gdy potarł zapałkę, spostrzegłem że ten młody arystokrata posiada nietylko neseser ze srebrnemi toaletowemi przyborami, ale i całą świecę. W owym czasie panowało przekonanie, że tylko dyrektor ma prawo do świec. Gliniane ściany były pokryte krajowemi matami; zbiór dzid, włóczni, tarcz i noży wisiał jako trofea. Owemu agentowi powierzono wyrób cegieł — przynajmniej tak mię poinformowano; ale na całej stacji nie było ani kawałeczka cegły, a on siedział tu już przeszło rok — i czekał. Podobno do fabrykacji cegieł brakowało mu czegoś — nie wiem dobrze czego, może słomy. W każdym razie nie można było tam tego dostać, a ponieważ nie zachodziło prawdopodobieństwo że przyślą to z Europy, nie rozumiałem dobrze na co ten człowiek właściwie czeka. Może na jakiś specjalny akt stworzenia. A jednak oni wszyscy na coś czekali — ci pielgrzymi w liczbie szesnastu czy dwudziestu; i dalibóg, nie wyglądało to wcale na nieprzyjemne zajęcie, sądząc ze sposobu w jaki to znosili — choć spotykała ich tylko choroba, o ile mogłem osądzić. Skracali sobie czas, obmawiając się nawzajem i knując przeciw sobie intrygi w głupi sposób. Wyglądało na to że wszyscy spiskują, ale nic z tego naturalnie nie wynikało. To spiskowanie było równie nierealne jak wszystko — jak filantropijne pozory całego przedsiębiorstwa, jak gadanina tych ludzi, jak ich zarząd, jak udawanie przez nich pracy. Jedynem ich szczerem uczuciem było pragnienie aby się dostać na handlową stację, gdzieby można dobrać się do kości słoniowej i zarabiać na prowizjach. Intrygowali, i spotwarzali się, i nienawidzili wzajemnie tylko z tego powodu, ale w gruncie rzeczy nie umieli skutecznie nawet kiwnąć palcem. Dalibóg, coś w tem jest jednak, że jednemu świat pozwala ukraść konia, a drugiemu nie wolno nawet spojrzeć na postronek. Weźmie taki i ukradnie konia. Bardzo pięknie. Zrobił to. Może umie jeździć konno. Ale jest pewien rodzaj przyglądania się postronkowi, który i najlitościwszego ze świętych doprowadziłby do kopnięcia.
— Nie miałem wyobrażenia dlaczego ów agent wysila się na rozmowę, ale gdyśmy tak gawędzili, przyszło mi nagle na myśl że chce coś ze mnie wyciągnąć — że poprostu bierze mię na spytki. Napomykał ciągle o Europie, o ludziach których znajomość mi przypisywał — zadawał mi chytre pytania co do mych stosunków w „grobowem mieście“ i tak dalej. Jego małe oczka połyskiwały ciekawością jak dwa kółeczka z miki — choć usiłował się zachowywać dość wyniośle. Z początku tylko mię to dziwiło, ale wkrótce ogarnęła mnie szalona ciekawość, jakie wiadomości ze mnie wyciągnie. Nie mogłem zrozumieć co we mnie jest takiego, że ten człowiek zadaje sobie tyle trudu. Bardzo było zabawnie patrzeć jak on sam się bierze na kawał, gdyż faktycznie nic we mnie nie było prócz dreszczów, a w głowie miałem jedynie ten nieszczęsny parowiec. Agent brał mię najwidoczniej za bezwstydnego krętacza. Wkońcu zirytował się i udał że ziewa aby ukryć odruch wściekłego rozdrażnienia. Wstałem z miejsca. Zauważyłem mały szkic olejny na drzewie, przedstawiający kobietę w udrapowanej szacie, z zawiązanemi oczyma, niosącą zapaloną pochodnię. Tło było ciemne — prawie czarne. Ruch kobiety był majestatyczny a blask pochodni oświetlał ponuro jej twarz.
— Zatrzymał mię ten obrazek, a agent stał uprzejmie koło mnie, trzymając pustą, półlitrową butelkę szampana (środek leczniczy) z wetkniętą w szyjkę świecą. Na moje zapytanie odpowiedział, że namalował to Kurtz — na tej samej stacji, przeszło rok temu — czekając sposobności aby się udać na swoją handlową placówkę.
— „Niechże mi pan powie“ — zapytałem — „kto to jest ten Kurtz?“
— „Kierownik stacji w głębi kraju“ — odrzekł zwięźle, odwracając oczy.
— „Bardzo panu dziękuję“ — odpowiedziałem ze śmiechem. — „A pan jest fabrykantem cegły na stacji centralnej. Każdy to wie“.
— Milczał przez chwilę.
— „To nadzwyczajny człowiek“ — rzekł wkońcu. — „On jest wysłańcem miłosierdzia, i nauki, i postępu, i djabli wiedzą czego tam jeszcze. Dla prowadzenia sprawy — że się tak wyrażę — powierzonej nam przez Europę“ — zaczął nagle deklamować — „potrzebujemy wyższej inteligencji, wszechogarniającego współczucia, zupełnego oddania się celowi“.
— „Któż to mówi?“ — zapytałem.
— „Całe mnóstwo ludzi“ — odpowiedział. — „Niektórzy z nich nawet to piszą; i właśnie dlatego on tu przybył — ta szczególnie uzdolniona jednostka — o czem powinien pan wiedzieć“.
— „Dlaczego powinienem wiedzieć?“ — przerwałem, szczerze zdziwiony.
— Nie zwrócił na to uwagi.
— „Tak, dzisiaj jest kierownikiem najlepszej stacji, na przyszły rok będzie zastępcą dyrektora, jeszcze parę lat i ... ale sądzę że pan wie, czem on będzie za jakie dwa lata. Pan należy do tej nowej paczki wyznającej cnotę. Ci sami ludzie, którzy go tu umyślnie przysłali, polecili także i pana. O, niech pan nie zaprzecza. Nie myli mnie świadectwo własnych oczu“.
— Błysnęło mi nagle światło. Wpływowe znajomości mojej kochanej ciotki wywarły nieoczekiwane wrażenie na tym młodzieńcu. O mało co nie parsknąłem śmiechem.
— „Czy pan czytuje poufną korespondencję towarzystwa?“ — zapytałem.
— Nie potrafił mi odpowiedzieć ani słowa. Bawiłem się cudownie.
— „Gdy Kurtz zostanie głównym dyrektorem“, ciągnąłem surowo, „nie będzie pan miał do tego sposobności“.
— Zdmuchnął nagle świecę i wyszliśmy na dwór. Wstał księżyc. Czarne postacie wałęsały się wkoło niedbale, lejąc wodę na rozżarzone węgle od których rozchodził się syk; para wznosiła się w księżycowym blasku; zbity Murzyn gdzieś jęczał.
— „Co za hałas wyprawia to bydlę!“ — rzekł niezmordowany człowiek z wąsami, ukazując się koło nas. — „Dobrze mu tak. Przestępstwo — kara — łupu cupu! Bez litości, bez litości. To jedyny sposób. Na przyszłość położy to kres wszystkim pożarom. Mówiłem właśnie dyrektorowi...“ Zauważył mego towarzysza, co natychmiast zbiło go z tropu. — „Pan jeszcze nie w łóżku?“ — rzekł z pewnego rodzaju służalczą serdecznością — „to takie naturalne. Ha! Niebezpieczeństwo — niepokój“.
— Znikł. Zmierzałem w dalszym ciągu ku rzece a ten drugi szedł za mną. Usłyszałem koło ucha pogardliwy szept:
— „Stado fuszerów — pal ich licho“.
— Widać było jak pielgrzymi stoją grupkami i rajcują, gestykulując. Niektórzy z nich mieli jeszcze w ręku swe kije. Myślę doprawdy że brali je z sobą do łóżka. Za płotem stał las, widmowy w blasku księżyca, a skroś mętny ruch, skroś słabe odgłosy tego nędznego dziedzińca, cisza kraju przenikała do duszy — jego tajemnica, jego wielkość, zdumiewająca rzeczywistość jego ukrytego życia. Ranny Murzyn pojękiwał słabo gdzieś w pobliżu i nagle westchnął głęboko; przyśpieszyłem kroku aby się czemprędzej oddalić. Poczułem że czyjaś ręka wsuwa mi się pod ramię.
— „Drogi panie“ — rzekł agent — „nie chcę być źle zrozumiany, szczególniej przez pana, bo pan zobaczy się z Kurtzem długo przedtem nim ja będę miał tę przyjemność. Nie chciałbym aby Kurtz nabrał fałszywego wyobrażenia o mojem usposobieniu.“
— Pozwoliłem mówić dalej temu Mefistofelesowi z papier-maché, i zdawało mi się że gdybym chciał, mógłbym przebić go palcem i nie znalazłbym w środku nic — chyba może trochę sypiącego się brudu. Rozumiecie teraz? Ułożył sobie plan iż zostanie z czasem zastępcą obecnego dyrektora; wyjaśniło mi się teraz że przybycie tego Kurtza porządnie im obu krwi napsuło. Mówił z gwałtownym pośpiechem, a ja nie usiłowałem go zatrzymać. Stałem oparty plecami o swój rozbity parowiec, który wyglądał jak trup jakiegoś wielkiego rzecznego zwierzęcia, wyciągnięty na pochyły brzeg. Miałem w nozdrzach woń mułu, pierwotnego mułu, daję słowo! a przed oczami wzniosłą ciszę pierwotnego lasu; na czarnej zatoce lśniły świetliste plamy. Księżyc rozpostarł na wszystkiem cienką warstwę srebra — na bujnej trawie, na błocie, na murze skłębionej roślinności, sięgającym wyżej od ścian świątyni, na wielkiej rzece; widziałem przez mroczną szparę jak błyszczała i błyszczała, płynąc bez szmeru rozległym nurtem. Wszystko to było wielkie, wyczekujące, nieme, a ten człowiek paplał o sobie. Zastanawiałem się, czy cisza na obliczu ogromu patrzącego na nas obu oznacza apel czy groźbę. Kimże byliśmy, my dwaj, którzyśmy tu zabłądzili? Czy owładniemy tą niemą rzeczą, czy też ona nami owładnie? Czułem jak wielką, jak piekielnie wielką jest ta rzecz która mówić nie umie, a może jest także i głucha. Co w niej jest? Wiedziałem że trochę kości słoniowej stamtąd się wydostaje i mówiono mi iż wgłębi kraju jest Kurtz. A mówiono mi o tem — Bóg wie ile razy! Ale jakoś to wszystko nie przywodziło mi na myśl żadnego obrazu — tak jakby mi ktoś powiedział że tam w głębi jest anioł lub djabeł. Wierzyłem temu w taki sam sposób, jakby który z was wierzył że planeta Mars jest zamieszkana. Znałem raz szkockiego żaglomistrza, który był pewien, był bezwzględnie pewien że na Marsie są ludzie. Kiedy go zapytywano jak sobie wyobraża ich wygląd i zachowanie, tracił rezon i mruczał coś o tem że „chodzą na czworakach“. Jeżeli ktoś się chociażby uśmiechnął, żaglomistrz — który miał już sześćdziesiątkę — wyzywał go na rękę. Nie byłbym się zdobył na to aby się bić za Kurtza, ale posunąłem się prawie do kłamstwa. Wiecie że nienawidzę, nie cierpię, nie znoszę kłamstwa, nie dlatego abym był bardziej prawy od reszty ludzi, ale poprostu dlatego że kłamstwo mię przeraża. Ma na sobie znamię śmierci, jakąś cechę śmiertelności — która jest właśnie tem czego nienawidzę i nie cierpię — o czem pragnę zapomnieć. Gdy stykam się z kłamstwem czuję się fatalnie i robi mi się mdło, zupełnie jakbym wziął do ust coś zgniłego. Przypuszczam że to kwestja usposobienia. Otóż zbliżyłem się na tyle do kłamstwa, że pozwoliłem aby ten młody dureń uwierzył we wszystko, co mu się tylko podobało wymyśleć na temat moich wpływów w Europie. W mig stałem się takim samym blagierem jak reszta zaczarowanych pielgrzymów. I to poprostu dlatego: zdawało mi się że moja blaga dopomoże temu Kurtzowi, którego w owym czasie nie mogłem sobie jeszcze wyobrazić — uważacie. Był dla mnie poprostu słowem. Nie umiałem sobie wystawić człowieka noszącego to nazwisko, tak jak i wy go sobie wystawić nie możecie. Czy widzicie go? Czy rozumiecie tę całą historję? Czy rozumiecie z tego cośkolwiek? Mam wrażenie że usiłuję wam opowiedzieć sen — a wysiłek mój jest daremny, ponieważ żadna relacja nie może dać pojęcia o sennych wrażeniach, o tej mieszaninie bezsensu, niespodzianki i oszołomienia wśród dreszczów walki i buntu — o tem poczuciu że się jest we władzy niewiarygodnego — poczuciu które stanowi prawdziwą istotę snu...
Zamilkł na chwilę.
— ...Nie, to niemożliwe; niepodobna dać komuś żywego pojęcia o jakiejkolwiek epoce swego życia — o tem co stanowi jej prawdę, jej znaczenie — jej subtelną i przejmującą treść. To niemożliwe. Żyjemy tak jak śnimy — samotni...
Urwał znów i jakby się zastanowił, a potem dodał —
— Wy, koledzy, możecie oczywiście z tego więcej zrozumieć, niż ja podówczas. Wy rozumiecie mnie, którego znacie...
Nastała ciemność tak gęsta, że my, słuchacze, z trudem mogliśmy się widzieć. Już od dłuższego czasu Marlow, siedzący oddzielnie, był dla nas tylko głosem. Nikt się nie odezwał. Może tamci pozasypiali, ale ja czuwałem. Słuchałem i słuchałem, czatując na zdanie, na słowo, na jakąś nić przewodnią wśród nieokreślonego niepokoju wzbudzonego tem opowiadaniem, które jakby kształtowało się samo — bez ludzkich warg — w ciężkiem, nocnem powietrzu nad rzeką.
— ...Tak, pozwoliłem mu ciągnąć dalej — zaczął znów Marlow — i puścić cugle wyobraźni na temat wszystkich potęg które za mną stoją. Zrobiłem to! A za mną nie było nic. Nic prócz tego nędznego, starego, pokiereszowanego parowca o który się opierałem, podczas gdy tamten rozprawiał wymownie, że „jest koniecznem aby każdy się wybił“.
— „A kiedy człowiek tu przyjedzie, to — przecież pan rozumie — nie po to aby patrzeć na księżyc“. I ciągnął dalej że Kurtz jest istotnie „geniuszem uniwersalnym“, lecz nawet genjuszowi łatwiej pracować przy pomocy odpowiednich narzędzi — ludzi inteligentnych. Cegieł wyrabiać nie można — zachodzi tu przeszkoda czysto fizyczna, jak to wiem dobrze; a jeśli on pełni przy dyrektorze funkcję sekretarza, to dlatego że żaden rozsądny człowiek nie odrzuca lekkomyślnie zaufania swych zwierzchników. Czy to pojmuję? I owszem. A o co mi jeszcze chodzi? Chodzi mi właściwie o nity, na Boga! O nity. Żeby robota posunęła się naprzód, żeby raz skończyć z tą dziurą. Potrzeba mi nitów. Tam u wybrzeża są pełne ich skrzynie — leżą stosami — pęknięte — rozwalone! Co dwa kroki podrzuca się nogą rozsypane nity — na tym dziedzińcu stacyjnym na zboczu. Nity potoczyły się aż do gaju śmierci. Można sobie zapełnić kieszenie nitami, schyliwszy się tylko poprostu — a tu gdzie są potrzebne niema ani jednego. Mamy odpowiednie płyty, ale ani jednego nitu aby je przymocować. — A tymczasem co tydzień posłaniec, samotny Murzyn z torbą od listów na ramieniu i kijem w ręce, wyruszał z naszej stacji na wybrzeże. I kilka razy na tydzień karawana z wybrzeża przybywała z towarami — okropnym, połyskliwym kretonem, na którego sam widok człowiek się wzdrygał, szklanemi paciorkami mniej więcej po pensie kwarta, i zakazanemi chustkami z perkalu w deseń. Ale nitów ani śladu. Trzej tragarze byliby mogli przynieść wszystko czego potrzebowałem do spuszczenia statku na wodę.
— Mówił do mnie coraz poufniej, ale zdaje się że moja obojętna postawa wreszcie go rozjątrzyła, bo uznał za stosowne mię poinformować, że nie lęka się ani Boga ani djabła, nie mówiąc już o zwykłym człowieku. Odrzekłem że to widać odrazu, ale że potrzebuję pewnej ilości nitów — i że nity są właśnie tem czegoby Kurtz potrzebował, gdyby tylko wiedział jak rzeczy stoją. Przecież listy odchodzą co tydzień na wybrzeże...
— „Panie kochany“ — wykrzyknął — „ja piszę co mi dyktują!“
— Domagałem się nitów w dalszym ciągu. Musi być na to jakiś sposób — dla inteligentnego człowieka. Agent zmienił swój sposób bycia; stał się bardzo zimny, i nagle zaczął mówić o pewnym hipopotamie; dopytywał się czy nic mi nie przeszkadza spać na parowcu (tkwiłem dzień i noc na wyratowanym statku). Jest w tamtej okolicy stary hipopotam, który ma brzydki zwyczaj wyłażenia na brzeg i błądzenia nocą po gruntach stacji. Pielgrzymi wyruszają tłumnie i palą do niego ze wszystkich strzelb jakie tylko mają pod ręką. Niektórzy nawet czatują na niego całemi nocami. Ale wszystka ta energja się marnuje.
— „To zwierzę ma jakiś czar przeciw śmierci“ — rzekł; „ale to można powiedzieć tylko o bydlętach w tym kraju. Żaden człowiek — czy pan mię rozumie? — żaden człowiek tutaj nie ma czaru przeciw śmierci“.
— Stał tam przez chwilę w świetle księżyca ze swym cienkim, haczykowatym nosem trochę krzywo osadzonym, i oczami z miki błyszczącemi bez ruchu, wreszcie powiedział mi krótko: dobranoc i odszedł wielkim krokiem. Widziałem że jest zaniepokojony, że nie wie co ma myśleć, i dzięki temu po raz pierwszy od wielu dni poczułem przypływ nadziei. Rozstawszy się z tym facetem, wróciłem z wielką ulgą do mego wpływowego przyjaciela, którym był pogruchotany, pogięty, zrujnowany, tandetny parowiec. Wspiąłem się na pokład. Statek zadźwięczał pod memi nogami, jakbym kopnął nad rynsztokiem pustą blaszaną skrzynkę po sucharach firmy Huntley & Palmer; wykonanie jego było znacznie mniej solidne, kształt chyba brzydszy, ale włożyłem weń tyle ciężkiej pracy że go pokochałem. Żaden wpływowy przyjaciel nie byłby mi się tak dobrze przysłużył. Ten statek dał mi sposobność do wypróbowania siebie — do przekonania się czego mogę dokonać. Nie, ja pracować nie lubię. Wolę próżnować i myśleć o wszystkich pięknych rzeczach, które możnaby zrobić. Nie lubię pracy — żaden człowiek jej nie lubi — ale lubię to co jest w pracy — sposobność do odnalezienia siebie samego, swej własnej rzeczywistości — dla siebie, nie dla innych — której inni ludzie poznać nie mogą. Widzą tylko pozory, i nigdy nie są w stanie powiedzieć co one naprawdę znaczą.
— Nie zdziwiłem się, spostrzegłszy że ktoś siedzi na rufie, na pokładzie, dyndając nogami nad błotem. Trzeba wam wiedzieć że łączyły mię dość zażyłe stosunki z nielicznymi mechanikami ze stacji, którymi reszta pielgrzymów naturalnie gardziła — przypuszczam, że ze względu na ich nieświetne maniery. Otóż ten o którym mówię — kotlarz z zawodu — był ich majstrem i dobrym pracownikiem. Był to szczupły, kościsty człowiek o żółtej cerze i wielkich, zapatrzonych oczach. Miał wygląd skłopotany a głowę łysą jak dłoń; jego włosy, wypadając, jakby się uczepiły policzków i widać czuły się dobrze na tem nowem miejscu, gdyż broda zwisała mu do pasa. Był wdowcem z sześciorgiem drobnych dzieci (zostawił je pod opieką siostry by móc tu przyjechać), a namiętność jego życia stanowiły wyścigi gołębi. Był ich miłośnikiem i znawcą. Mówił o gołębiach z uniesieniem. Po skończonej pracy przychodził do mnie czasem na rozmowę o swych dzieciach i gołębiach; przy robocie, gdy musiał czasem czołgać się w szlamie pod dnem parowca, obwiązywał sobie brodę czemś w rodzaju białej serwety, którą przynosił w tym celu. Owa serweta miała duże pętle do zakładania na uszy. Wieczorem widać go było przykucniętego na brzegu, jak płukał w zatoce ten pokrowiec z wielką starannością, a potem rozpościerał uroczyście na krzaku aby go wysuszyć.
— Trzepnąłem mechanika w plecy, wołając: „Dostaniemy nity!“ Wygramolił się na nogi i krzyknął: „Nie, doprawdy! Nity?“ jakby nie chciał wierzyć własnym uszom. Potem dodał pocichu: „To pan... prawda?“ Nie wiem dlaczego zachowywaliśmy się jak warjaci. Przytknąłem palec do nosa, kiwając tajemniczo głową. „Brawo!“ zawołał i strzelał z palców, podniósłszy ramiona i jedną nogę. Sprobowałem zatańczyć dżiga. Wyskakiwaliśmy po żelaznym pokładzie. Straszny tupot rozebrzmiał na statku i odbił się o dziewiczy las po drugiej stronie zatoki, wracając na śpiącą stację w grzmiącym łoskocie. Niektórzy z pielgrzymów obudzili się pewnie w swych lepiankach. Ciemna jakaś postać zasłoniła oświetlone drzwi chaty dyrektora, poczem znikła; po sekundzie czy dwóch oświetlone drzwi znikły również. Uspokoiliśmy się, a cisza odepchnięta naszem tupaniem przypłynęła znów z głębi kraju. Wielki mur roślinny, bujna, pogmatwana masa pni, gałęzi, liści, konarów i girland, nieruchomych w świetle księżyca, przypominała jakby rozhukane najście bezgłośnego życia, toczącą się falę roślin, spiętrzoną, czubatą, gotową runąć na zatokę i wymieść każdego z nas, drobnych człowieczków, poza obręb naszego mizernego życia. Fala stała bez ruchu. Z oddali doszedł nas zgłuszony wybuch potężnych plusków i parskań, jakby jaki ichtjosaurus kąpał się w blasku wielkiej rzeki.
— „Ostatecznie“ — rzekł kotlarz rozsądnym tonem — „dlaczegobyśmy nie mieli dostać nitów?“ — I rzeczywiście, dlaczego? Nie wiedziałem o żadnej przeszkodzie.
— „Nadejdą za trzy tygodnie“ — rzekłem poufnie.
— Ale nie nadeszły. Zamiast nitów spadł na nas najazd, kara, dopust boży. A spadał stopniowo — oddziałami — w ciągu najbliższych trzech tygodni; przed każdym oddziałem stąpał osioł, na którym siedział biały w nowem ubraniu i ciemno-żółtych trzewikach, kłaniając się z tego wzniesienia na prawo i lewo poruszonym pielgrzymom. Kłótliwa banda markotnych Negrów z obolałemi nogami deptała osłom po piętach; na dziedzińcu porozrzucano mnóstwo namiotów, polowych stołków, blaszanych pudeł, białych skrzynek i brunatnych pak, a atmosfera tajemniczości pogłębiła się jeszcze nad stacyjnym zamętem. Nadeszło pięć takich porcyj, wyglądających na oddziały uchodzące bezładnie z łupem po ograbieniu niezliczonych sklepów z odzieżą i żywnością; zdawało się że wloką za sobą w głuchą dzicz owe łupy z najezdniczej wyprawy, aby się sprawiedliwie podzielić. Była to gmatwanina przedmiotów w gruncie rzeczy niewinnych, którym ludzka głupota nadała pozór łupów.
— Owa zacna banda nazwała się wyprawą odkrywczą z Eldorado; zdaje się, że jej członkowie zobowiązywali się pod przysięgą do zachowania tajemnicy. Ale mowa ich była mową plugawych piratów: zuchwała bez dzielności, chciwa bez odwagi i okrutna bez męstwa; w całej tej paczce niepodobna się było dopatrzeć choćby śladu przezorności czy poważnego celu. Ci ludzie zdawali się nie wiedzieć, iż praca codzienna wymaga tych rzeczy. Pragnieniem ich było wydrzeć skarby z wnętrzności tego kraju, a żaden cel moralny im nie przyświecał, jak złodziejom dobierającym się do kasy. Nie wiem kto ponosił koszta tej szlachetnej wyprawy, ale wuj naszego dyrektora był jej kierownikiem.
— Wyglądem przypominał rzeźnika z ubogiej dzielnicy; w jego oczach malowała się senna przebiegłość. Obnosił ostentacyjnie swój tłusty brzuch na krótkich nogach, a przez cały czas pobytu jego bandy na stacji nie odzywał się do nikogo prócz swego siostrzeńca. Można było oglądać tę dwójkę wałęsającą się przez cały dzień; głowy ich stykały się prawie w wiecznej gawędzie.
— Przestałem się już kłopotać o nity. Zdolność człowieka do tego rodzaju manji bardziej jest ograniczona niżby można było przypuszczać. Powiedziałem sobie: pal licho! — i machnąłem ręką. Miałem czasu wbród do rozpamiętywań, a niekiedy myślałem i o Kurtzu. Nie interesował mnie znów tak bardzo. Bynajmniej. Ale miałem ochotę się przekonać czy ten człowiek, który wyruszył zaopatrzony w pewne moralne zasady, dostanie się w końcu na szczyt, i jak tam sobie będzie poczynał.



II.

Pewnego wieczoru gdy leżałem wyciągnięty na pokładzie mego parowca, posłyszałem zbliżające się głosy — a byli to właśnie siostrzeniec i wuj, którzy spacerowali powoli wzdłuż brzegu. Oparłem znów głowę na ramieniu i popadłem już prawie w drzemkę, gdy ktoś powiedział mi prawie do ucha:
— „Jestem łagodny jak nowonarodzone dziecię, ale nie lubię aby mi dyktowano co mam robić. Jestem dyrektorem, czy nie jestem? Kazano mi go tam posłać. To wprost niesłychane...“
— Zdałem sobie sprawę że ci dwaj stoją na wybrzeżu obok przodu statku, tuż pod moją głową. Nie poruszyłem się wcale; nie przyszło mi na myśl się ruszyć; chciało mi się spać.
— „To przykre doprawdy“ — mruknął wuj.
— „Prosił zarząd aby go tam wysłano“, — odrzekł tamten, — „bo chciał pokazać co potrafi; dostałem też odpowiednie polecenie. Niech wuj pomyśli jakie ten człowiek musi mieć wpływy. Czy to nie straszne?“
— Uznali to obaj za straszne i rozmawiali dalej, wypowiadając różne dziwaczne uwagi: „Wodzi wszystkich na pasku — jeden człowiek — radę — za nos“. — Te kawałki bezsensownych zdań przezwyciężyły moją senność, tak że byłem prawie zupełnie przytomny gdy wuj powiedział:
— „Klimat może usunąć ci z drogi tę przeszkodę. Czy on tam jest sam?“
— „Tak“, odrzekł dyrektor; „odesłał swego pomocnika w dół rzeki z krótkim listem do mnie tej treści: — Niech pan wyprawi stąd tego nieboraka i nie kłopocze się przysyłaniem mi innych w tym samym rodzaju. Wolę być sam niż mieć koło siebie kogoś z ludzi, których pan ma pod ręką. — To było przeszło rok temu. Czy może sobie wuj wyobrazić podobną bezczelność!“
— „A od tamtego czasu?“ — spytał drugi ochrypłym głosem.
— „Kość słoniowa“ — żachnął się siostrzeniec, — „całe mnóstwo kości słoniowej — w najlepszym gatunku — to wprost nieznośne — wszystko od niego“.
— „A z kością słoniową?“ — dopytywał się gruby, dudniący głos.
— „Faktury!“ — wypalił — że tak powiem — siostrzeniec w odpowiedzi. Zapadło milczenie. Mówili o Kurtzu.
— Byłem już wtedy zupełnie rozbudzony, ale leżałem sobie wygodnie bez ruchu, nie mając powodu do zmiany pozycji.
— „Jakże ta kość słoniowa przejechała taki kawał drogi?“ — burknął starszy, widać mocno zirytowany.
— Tamten wyjaśnił że przywiozła ją flotylla łódek pod wodzą angielskiego urzędnika, mulata, którego Kurtz miał z sobą; że Kurtz zamierzał widocznie sam przyjechać, ponieważ jego stacja była już wówczas ogołocona z towarów i zapasów, ale po przebyciu trzystu mil postanowił nagle wrócić, i wyruszył zpowrotem sam jeden w niewielkiej łódce z czterema wioślarzami, zostawiając kość słoniową pod opieką mulata, który pojechał dalej w dół rzeki. Obaj faceci na brzegu wydawali się zdumieni, że ktoś mógł się ważyć na coś podobnego. Nie mogli odgadnąć dlaczego Kurtz tak postąpił. Co do mnie, wydało mi się że widzę go po raz pierwszy. Obraz był wyraźny: łódka, czterech dzikich wioślarzy, i samotny biały, który odwraca się nagle od głównej kwatery, od wypoczynku, a może i od myśli o domu; który zdąża ku głębiom dziczy, ku swej pustej i opuszczonej stacji. Nie wiedziałem dlaczego to zrobił. Może był to poprostu dzielny człowiek, który miał zamiłowanie do swej pracy. Oczywiście jego nazwisko nie zostało wymienione ani razu. Mówili o nim poprostu jako o „tym człowieku“. Mulata, który — o ile mogłem wyrozumieć — poprowadził ciężką wyprawę z wielką roztropnością i odwagą, nazywali stale „łajdakiem“. „Łajdak“ doniósł że „ten człowiek“ przeszedł bardzo ciężką chorobę i nie miał się jeszcze zupełnie dobrze... Tu oddalili się obaj o kilka kroków i spacerowali zwolna tam i zpowrotem w niewielkiej odległości. Posłyszałem oderwane wyrazy: „Placówka wojskowa — doktór — dwieście mil — teraz zupełnie sam — nieunikniona zwłoka — dziewięć miesięcy — żadnych wiadomości — dziwaczne pogłoski“. Zbliżyli się znów właśnie w chwili gdy dyrektor mówił:
— „Nikt, o ile wiem: chyba że taki tam jeden — coś w rodzaju wędrownego kupca — cholerny drab, zmiatający dzikim z przed nosa kość słoniową“.
— O kimże teraz mówili? Dorozumiałem się z urywanych zdań, że to jakiś człowiek znajdujący się przypuszczalnie w okręgu Kurtza, i że dyrektor go nie uznaje.
— „Nie pozbędziemy się nieuczciwej konkurencji póki się nie powiesi dla przykładu jednego z tych drabów“ — rzekł.
— „Naturalnie“, — mruknął drugi, — „powiesić go i koniec! Czemu nie? Wszystko — wszystko można zrobić w tym kraju. To właśnie chcę powiedzieć; nikt tutaj, rozumiesz, tutaj nie może zachwiać twojego stanowiska. A dlaczego? Bo wytrzymujesz ten klimat — przetrwasz ich wszystkich. Niebezpieczeństwo jest w Europie; ale tam już się postarałem przed wyjazdem, aby — —“
— Oddalili się, szepcząc, potem głosy ich podniosły się znowu.
— „Te wszystkie nieprzewidziane opóźnienia nie są moją winą. Robiłem co mogłem“.
— Grubas westchnął.
— „To bardzo smutne“.
— „A ta jego głupia, obmierzła gadanina“ — ciągnął drugi; — „dokuczył mi tu porządnie podczas swego pobytu. Rozpowiadał że stacja powinna być jakby pochodnią na drodze ku lepszemu jutru, ośrodkiem handlu także, rzecz prosta, ale przytem i humanitaryzmu, postępu, oświaty. — Czy wuj to pojmuje? — co za osioł! I ten chce być dyrektorem! Nie, to jest — —“
— Zatchnęło go z oburzenia. Podniosłem nieznacznie głowę. Zdumiałem się, spostrzegłszy jak byli blisko — tuż pode mną. Byłbym mógł plunąć na ich kapelusze. Patrzyli w ziemię, pochłonięci myślami. Dyrektor uderzał się po nodze cienką gałązką; jego sprytny krewniak podniósł głowę.
— „A czujesz się dobrze od ostatniego przyjazdu?“ — zapytał.
— Tamten drgnął.
— „Kto? Ja? Och, jak ryba — jak ryba. Ale reszta — uchowaj Boże! Wszyscy chorzy. A przytem umierają tak prędko, że nie mam czasu wysłać ich stąd — to nie do wiary“.
— „Hm. Otoż to właśnie“, — mruknął wuj. „Ach! mój chłopcze, ufaj temu — powtarzam, ufaj temu“.
— Ujrzałem jak wyciągnął swe kuse ramię ruchem, który ogarnął las, błoto, zatokę, rzekę i — wobec słonecznego oblicza kraju — zdawał się przyzywać zdradziecko tym hańbiącym gestem przyczajoną śmierć, ukryte zło, głęboki mrok z wnętrza lądu. Takie to było przerażające, że zerwałem się na równe nogi i obejrzałem na skraj lasu, jakbym czekał na jakąś odpowiedź po tym dowodzie nikczemnego zaufania. Wiecie jakie głupstwa przychodzą czasem człowiekowi do głowy. Wyniosła cisza przeciwstawiła się tym dwu figurom, cierpliwa i złowieszcza, czekająca na przeminięcie dziwacznej inwazji.
— Obaj wykrzyknęli jednocześnie jakieś przekleństwo — przypuszczam że wprost ze strachu — a potem, udając że nic nie wiedzą o mojem istnieniu, zwrócili się znów ku stacji. Słońce stało nisko; pochyleni jeden obok drugiego, zdawali się ciągnąć z trudem w górę swoje dwa śmieszne cienie różnej długości, które wlokły się zwolna za nimi po wysokiej trawie, nie zginając ani jednego źdźbła.
— Po kilku dniach wyprawa z Eldorado zanurzyła się w cierpliwą puszczę, która zamknęła się za nią jak morze się zamyka nad nurkiem. W długi czas potem nadeszły wieści, że wszystkie osły im wyzdychały. O losie zwierząt mniej wartościowych nic nie wiem. Nie wątpię że — tak jak i nas wszystkich — spotkało je to na co zasłużyły. Nie pytałem. Byłem wówczas nieco podniecony perspektywą bardzo prędkiego spotkania z Kurtzem. Mówię: bardzo prędkiego we względnem znaczeniu. Minęły okrągłe dwa miesiące od chwili opuszczenia zatoki, gdy dotarliśmy do brzegu poniżej stacji Kurtza.
— Jazda w górę rzeki była jakby podróżą wstecz do najwcześniejszych początków świata, gdy roślinność hulała sobie po ziemi a królowały wielkie drzewa. Pusta rzeka, wielka cisza, nieprzebyty las. Powietrze ciepłe, gęste, ciężkie, leniwe. Nie było radości we wspaniałem słońcu. Wielkie, opustoszałe przestrzenie wodnego szlaku biegły w mrok zacienionych perspektyw. Na srebrnawych ławicach piasku hipopotamy i aligatory leżały obok siebie, wygrzewając się w słońcu. Rozlane szeroko wody płynęły wśród mnóstwa zadrzewionych wysepek; gubiłem się na tej rzece jak w pustyni i natykałem się cały dzień na mielizny, usiłując wynaleść przesmyki, aż wreszcie doznałem wrażenia, że mię ktoś zaczarował i odciął nazawsze od wszystkiego co znałem ongi — gdzieś tam — daleko — może w jakiemś innem istnieniu. Były chwile kiedy przeszłość do mnie wracała, jak to się dzieje czasami gdy się nie ma ani chwilki dla siebie; ale wracała niby niespokojny i hałaśliwy sen, który przypominałem sobie ze zdumieniem wśród przygniatającej rzeczywistości tego dziwnego świata roślin, i wody, i ciszy. Ale ta cisza nie miała nic wspólnego ze spokojem. Był to bezruch nieubłaganej siły, rozmyślającej ponuro nad jakimś nieprzeniknionym zamiarem. Owa siła przyglądała się człowiekowi z mściwością. Przyzwyczaiłem się później i już tego nie widziałem; nie miałem na to czasu. Musiałem wciąż odgadywać gdzie są przesmyki; musiałem rozróżniać, przeważnie pod wpływem natchnienia, oznaki ukrytych ławic; wypatrywałem podwodnych kamieni; uczyłem się zacinać ostro zęby, aby serce nie wyskoczyło mi z piersi kiedy na szczęście otarłem się tylko o jakiś piekielny, podstępny stary pień, który byłby wydarł życie z mego tandetnego parowca i zatopił wszystkich pielgrzymów; musiałem czatować na suche drzewa, któreby można ściąć w nocy aby mieć paliwo w ciągu dnia następnego. Kiedy człowiek się troszczy o podobne sprawy, o pospolite wypadki dziejące się na powierzchni, rzeczywistość doprawdy się rozwiewa. Wewnętrzna prawda kryje się — na szczęście, na szczęście. Ale czułem ją jednak; czułem często, jak w tajemniczej ciszy przyglądała się moim małpim sztukom, zupełnie tak jak i wam się przygląda, koledzy, gdy pokazujecie swoje sztuki na linie — pół korony za fiknięcie kozła.
— „Bądźże uprzejmiejszy, Marlow“ — burknął jakiś głos, i stąd się dowiedziałem, że prócz mnie czuwa jeszcze przynajmniej jeden słuchacz.
— Przepraszam. Zapomniałem o bólu serca, który ceny dopełnia. I zaiste, cóż znaczy cena jeżeli sztuka się uda? Wy pokazujecie sztuki bardzo dobrze. I ja nieźle się wówczas sprawiłem, jeśli zdołałem nie zatopić tego parowca w ciągu pierwszej wyprawy. Dotychczas się temu dziwię. Wyobraźcie sobie człowieka z zawiązanemi oczami, któremu dają ciężki wóz i każą powozić na złej drodze. Zapewniam was, że się pociłem i trząsłem porządnie przy tej robocie. Ostatecznie dla marynarza wydarcie dna ze statku, który ma płynąć cały czas pod jego opieką, jest grzechem nie do darowania. Choćby nawet nikt o tem nie wiedział, niepodobna zapomnieć tego zderzenia, prawda? Cios w samo serce. Pamięta się o niem, śni się o niem — po latach — zimno i gorąco robi się człowiekowi. Nie chcę przez to powiedzieć, że mój parowiec cały czas pływał. Nieraz musiał brnąć mielizną, popychany przez dwudziestu ludożerców pluskających wokoło. Zaciągnęliśmy po drodze pewną liczbę tych drabów jako załogę. To bycze chłopy — ludożercy — na właściwem miejscu. Z tymi ludźmi można było pracować — jestem im za to wdzięczny. I ostatecznie nie zjadali się nawzajem w mych oczach. Mieli zapas mięsa z hipopotama które zepsuło się w drodze, wskutek czego tajemnicza dzicz zaczęła nam cuchnąć pod nosem. Brr! Do dziś dnia ją czuję. Miałem na statku dyrektora i trzech czy czterech pielgrzymów ze swemi kijami — cały komplet. Czasem napotykaliśmy stację handlową tuż przy brzegu, uczepioną krawędzi nieznanego, a biali ludzie którzy wypadali z walącej się lepianki, wymachując na powitanie rękoma z radością i zdumieniem, robili wrażenie bardzo dziwne — jakby czar jakiś trzymał ich tam na uwięzi. Słowo: kość słoniowa rozbrzmiewało w powietrzu — i odpływaliśmy znów w ciszę wzdłuż pustych rzecznych obszarów, okrążając spokojne zakręty, między wysokiemi ścianami wijącej się drogi, które odbijały głucho ciężki rytm napędowego koła.
— Drzewa i drzewa, miljony drzew, masywnych, olbrzymich, strzelających w górę; a u ich stóp pełzł przeciw prądowi tuż przy brzegu mały, umorusany sadzą parowiec, jak ociężały chrząszcz łażący po posadzce wyniosłego portyku. Człowiek czuł się bardzo mały i zagubiony, a jednak to uczucie nie było właściwie przygnębiające. Wprawdzie byliśmy mali, ale umorusany chrząszcz pełzł naprzód — czego się właśnie od niego wymagało. Dokąd pełzł w pojęciu pielgrzymów, nie umiem powiedzieć. Założyłbym się, że do jakiegoś miejsca, gdzie się spodziewali coś dostać! Dla mnie pełzł wyłącznie w stronę Kurtza; ale gdy rury zaczęły ciec, posuwaliśmy się bardzo powoli. Droga otwierała się przed nami i zamykała za nami, jakby las wkraczał powoli w wodę by zagrodzić nam powrót. Przenikaliśmy wciąż głębiej i głębiej w jądro ciemności. Bardzo tam było spokojnie. Czasami nocą warkot bębnów za zasłoną drzew biegł w górę rzeki i trwał w słabym odgłosie do brzasku, jakby się unosił wysoko w powietrzu nad naszemi głowami. Nie wiedzieliśmy czy oznacza wojnę, pokój, czy modlitwę. Przed samym świtem zapadała chłodna cisza; drwale spali, ogniska ich przygasały; człowiek się zrywał na trzask gałązki. Wędrowaliśmy po przedhistorycznej ziemi, po ziemi mającej wygląd nieznanej planety. Mogliśmy sobie wyobrazić że jesteśmy pierwszymi ludźmi, biorącymi w posiadanie jakiś przeklęty spadek, którym można zawładnąć tylko za cenę dojmującej udręki i niezmiernego znoju. I nagle, gdyśmy okrążali z trudem jakiś zakręt, ukazywały się ściany z sitowia, szpiczaste dachy z trawy, wybuchał wrzask, kłębił się wir czarnych członków, klaszczących rąk, tupiących nóg, rozkołysanych ciał, oczu przewracających białkami — pod nawisłem listowiem, ciężkiem i nieruchomem. Parowiec sunął z trudem, mijając powoli jakiś ponury i niepojęty wybuch szału. Czy przedhistoryczny człowiek nas przeklinał, czy modlił się do nas, czy też nas witał — któż to mógł wiedzieć? Zrozumienie tego co nas otaczało było dla nas niemożliwe; przesuwaliśmy się jak widma, rozciekawieni i pełni ukrytego lęku, niby ludzie normalni wobec jakiegoś entuzjastycznego wybuchu w zakładzie dla obłąkanych. Nie mogliśmy tego pojąć, ponieważ odeszliśmy byli za daleko i nie umieliśmy już sobie przypomnieć; ponieważ wędrowaliśmy przez mroki pierwszych wieków, tamtych wieków które minęły, nie zostawiając prawie żadnego śladu i żadnych wspomnień.
— Ziemia nie wydawała się ziemską. Przywykliśmy patrzeć na spętany kształt pokonanego potwora, ale tam — tam się oglądało potworny stwór na swobodzie. Ziemia nie była ziemską, a ludzie byli — — Nie, ludzie nie byli nieludzcy. Widzicie, otóż to było najgorsze ze wszystkiego — podejrzenie że oni nie są nieludzcy. Przenikało to zwolna do świadomości. Wyli i skakali, i kręcili się, i wykrzywiali straszliwie; a najbardziej z wszystkiego przejmowała mię właśnie myśl o ich człowieczeństwie — takiem samem jak moje — myśl o mem odległem powinowactwie z tym dzikim, namiętnym wrzaskiem. Brzydactwo. Tak, to było dość brzydkie; ale jeśli człowiek miał w sobie dosyć męstwa, musiał przyznać w duchu że jest w nim jakiś najniklejszy ślad odzewu na przerażającą szczerość tego zgiełku, jakieś mgliste podejrzenie iż to ma pewien sens, któryby można zrozumieć mimo tak wielkiego oddalenia od mroku pierwszych wieków. I dlaczegoby nie? Dusza ludzka jest zdolna do wszystkiego — ponieważ zawiera w sobie wszystko, zarówno przeszłość jak przyszłość. Cóż tam było właściwie? Radość, przestrach, smutek, ofiarność, męstwo, czy wściekłość — któż to mógł powiedzieć? — ale była tam prawda — prawda bez maski czasu. Niech głupiec się gapi i wzdryga — człowiek świadomy życia rozumie i może patrzeć bez zmrużenia powiek. Ale musi być choćby na tyle człowiekiem co ci z wybrzeża. Musi przeciwstawić ich prawdzie to, co w nim jest istotnie prawdziwe — własną, wrodzoną siłę. Zasady tu nic nie pomogą. To nabytek, strój, ozdobne łachmany — łachmany które go oblecą przy pierwszym porządnym wstrząsie. Nie; tu trzeba sobie stworzyć własne swoje credo. Czy ten piekielny wrzask znajduje we mnie jakiś odźwięk? Wsłuchuję się; przyznaję że tak; ale ja także mam głos i — czy moje zdanie jest słuszne, czy nie — słów moich zagłuszyć nie można. Oczywiście że głupiec — i to zastraszony w dodatku, a przytem pełen wzniosłych uczuć — będzie zawsze bezpieczny. Któż to tam mruczy? Dziwicie się że nie wysiadłem na brzeg aby trochę powyć i potańczyć? Otóż nie — nie wysiadłem. Wzniosłe uczucia, mówicie? Do licha ze wzniosłemi uczuciami! Nie miałem poprostu czasu. Musiałem się babrać z bielą ołowianą i szmatami z wełnianej kołdry, pomagając obwijać te cieknące rury parowe — tak, moi drodzy. Musiałem pilnować steru, i wymijać pnie, i za wszelką cenę prowadzić naprzód tandetny grat. W tem wszystkiem było dość konkretnej rzeczywistości aby ocalić i mędrszego ode mnie człowieka. A w wolnych chwilach musiałem doglądać dzikusa, który sprawował obowiązki palacza. Był to okaz udoskonalony; miał palić pod pionowym kotłem. Tkwił w dole pode mną i — słowo daję — jego widok oddziaływał równie budująco jak oglądanie psa w majtkach i kapeluszu z piórem, chodzącego na tylnych łapach. Parę miesięcy tresury dało radę temu istotnie zdolnemu chłopu. Zerkał na manometr i szkło wodowskazowe, siląc się najwidoczniej na odwagę, a przytem miał nieborak spiłowane zęby, kędzierzawy łeb golony w dziwne desenie i trzy ozdobne blizny na każdym policzku. Powinien był klaskać i tupać na brzegu, a zamiast tego pracował ciężko — niewolnik dziwacznych czarów, pełen coraz doskonalszej wiedzy. Był użyteczny ponieważ go wyszkolono, a oto na czem polegała jego wiedza: gdyby woda znikła z tej przezroczystej rzeczy, zły duch wewnątrz kotła wpadłby w gniew z powodu wielkiego pragnienia i zemściłby się straszliwie. To też palacz pocił się, i podsycał ogień, i śledził szkło z lękiem (ramię miał obwiązane zaimprowizowanym talizmanem z gałganków, w dolnej jego wardze tkwił wygładzony krążek z kości słoniowej wielkości zegarka) — a tymczasem mijaliśmy powoli zarośnięte brzegi, krótki zgiełk ucichał, nastawała znów cisza ciągnąca się przez nieskończone mile — i pełzliśmy naprzód w stronę Kurtza. Ale pnie tkwiły w rzece gęsto, woda była zdradliwa i płytka, kocioł zdawał się doprawdy kryć nadąsanego djabła, i dlatego ani palacz ani ja nie mieliśmy czasu zaglądać do naszych trwożnych myśli.
— W odległości pięćdziesięciu mil mniej więcej od stacji Kurtza dotarliśmy do trzcinowej szopy, na której tkwiła melancholijnie pochyła tyka z powiewającym łachmanem, szczątkiem jakiejś flagi niemożliwej do rozpoznania; obok szopy leżał porządnie ułożony stos drzewa opałowego. To było nieoczekiwane; wysiedliśmy na brzeg i znaleźliśmy na stosie płaski kawał deski, a na niej jakiś wyblakły napis ołówkiem. Odcyfrowaliśmy go; napis brzmiał: „Drzewo dla was. Spieszcie się. Podjeżdżajcie ostrożnie“. Był tam podpis ale nieczytelny — nie Kurtz — jakiś znacznie dłuższy wyraz. „Spieszcie się“. Dokąd? W górę rzeki? „Zbliżajcie się ostrożnie“. Nie zbliżyliśmy się ostrożnie. Ale ostrzeżenie nie mogło dotyczyć miejsca, gdzie mieliśmy je znaleźć dopiero po wylądowaniu. Widać tam w górze rzeki było coś nie w porządku. Ale co — i jak dalece? O to właśnie chodziło. Wypowiadaliśmy różne sprzeczne uwagi o tym głupim telegraficznym stylu. Gąszcz dookoła nas nic nie mówił ani nie pozwalał się szerzej rozejrzeć. Podarta firanka z czerwonego płótna w desenie wisiała w odrzwiach szopy i trzepotała się markotnie koło naszych twarzy. Mieszkanie było ogołocone ze sprzętów, ale snać jakiś biały mieszkał tam niezbyt dawno. Pozostał prymitywny stół — deska na dwóch pniakach; kupa śmieci leżała w ciemnym kącie, a koło drzwi podniosłem z ziemi książkę. Nie miała okładki, kartki jej od częstego użytku stały się niezmiernie brudne i miękkie; ale grzbiet zeszyto troskliwie na nowo białą bawełną, która wyglądała jeszcze czysto. Znalezienie tej książki było czemś nadzwyczajnem. Tytuł jej brzmiał: Badania dotyczące pewnych marynarskich zagadnień, przez jakiegoś Towera, Towsona czy coś w tym rodzaju, kapitana marynarki Jego Królewskiej Mości. Wyglądało to na dość nudną lekturę, ilustrowaną wykresami i odstręczającemi tablicami — a ów egzemplarz pochodził z przed sześćdziesięciu lat. Oglądałem zdumiewający antyk z jak największą delikatnością, aby mi się nie rozleciał w rękach. Towson czy Towser rozpisywał się z powagą o nadmiernem przeciążeniu okrętowych łańcuchów i takielunku, tudzież innych tym podobnych materjach. Niezbyt porywająca książka; ale na pierwszy rzut oka dostrzegało się w niej szczery zamiar, uczciwą troskę o właściwe ujęcie tematu — i to sprawiało że nietylko światło wiedzy biło ze skromnych kartek — które powstały przed tylu laty. Dzięki prostemu staremu marynarzowi i jego opowiadaniu o łańcuchach i dźwigach, zapomniałem o dżungli i pielgrzymach w rozkosznem poczuciu, że się zetknąłem z czemś bezsprzecznie realnem. Już znalezienie tam takiej książki było zadziwiające, ale bardziej jeszcze zdumiały mię notatki skreślone ołówkiem na marginesach, odnoszące się wyraźnie do tekstu. Nie chciałem wierzyć własnym oczom! Były pisane szyfrem! Tak, to wyglądało na szyfr. Wyobraźcie sobie człowieka, który taszczy za sobą w bezludzie książkę tego rodzaju, i studjuje ją — i robi notatki — szyfrem w dodatku! Była to cudaczna tajemnica.
— Już od pewnego czasu dochodził mętnie do mojej świadomości jakiś dokuczliwy hałas; podniósłszy oczy, zauważyłem że stos drzewa znikł, a dyrektor wraz ze wszystkimi pielgrzymami woła na mnie z brzegu. Wsunąłem książkę do kieszeni. Wierzajcie mi, odrywając się od tego czytania, miałem wrażenie że rzucam przystań starej i wypróbowanej przyjaźni.
— Wprawiłem w ruch kulawą maszynę.
— „Chyba to ten nędzny kupczyk — ten intruz“ — zawołał dyrektor, oglądając się nieprzyjaźnie na opuszczony przez nas brzeg.
— „To pewnie Anglik“, odpowiedziałem.
— „Nie uratuje go to od kabały, jeśli się nie będzie pilnował“ — mruknął posępnie dyrektor. Zauważyłem z udaną naiwnością, że nikt nie jest wolny od trosk na tym świecie.
— Prąd stał się bardziej wartkim, parowiec zdawał się dyszeć ostatkiem sił, napędowe koło opadało leniwie, i uprzytomniłem sobie że czekam z zapartym oddechem na następny ciąg statku, gdyż Bogiem a prawdą spodziewałem się iż nędzny gruchot utknie lada chwila. Było to jakby śledzenie ostatnich przebłysków życia. Ale pełzliśmy wciąż. Czasami upatrywałem jakie drzewo przed nami aby wymiarkować o ile zbliżyliśmy się do Kurtza, ale je stale gubiłem nim się zdążyliśmy z niem zrównać. Trzymać oczy tak długo na jednym przedmiocie, to było zawiele jak na ludzką cierpliwość. Dyrektor ujawniał wspaniałą rezygnację. Ja się złościłem, i wściekałem, i wreszcie zacząłem rozważać czy mam pomówić otwarcie z Kurtzem; ale nim doszedłem do jakiejś konkluzji, przyszło mi na myśl że i moje gadanie, i milczenie, i wogóle jakikolwiek mój postępek nie będzie miał żadnej wagi. I cóż stąd, że się o czemś wie lub nie wie? Cóż stąd, kto jest dyrektorem? Czasem się miewa taki błysk intuicji. Istota tej sprawy leżała głęboko pod powierzchnią, poza moim zasięgiem; nie mogłem wpłynąć na jej przebieg.
— Następnego dnia pod wieczór obliczyliśmy że się znajdujemy w odległości jakich ośmiu mil od stacji Kurtza. Chciałem jechać dalej, ale dyrektor powiedział mi z poważną miną, że droga tam w górę jest tak niebezpieczna, iż byłoby wskazanem czekać na miejscu do rana, tembardziej że słońce stoi już bardzo nisko. Przytem, jeśli mamy korzystać z przestrogi i zbliżyć się ostrożnie do stacji, musimy to uczynić za dnia, a nie o zmierzchu lub w ciemności. To było wcale rozsądne. Osiem mil oznaczało dla nas prawie trzy godziny jazdy, a w górze na rzece można było dostrzec podejrzane zmarszczki. Mimo to czułem się nad wyraz rozdrażniony tą zwłoką, i to najnierozsądniej w świecie, gdyż po tylu miesiącach jedna noc więcej nie mogła już wiele zaważyć. Ponieważ mieliśmy drzewa poddostatkiem a ostrożność była naszem hasłem, zapuściłem kotwicę w środku rzeki. Koryto było wąskie, strome, z wysokiemi brzegami, jak przekop kolejowy. Zmierzch wślizgnął się doń na długo przed zachodem słońca. Prąd biegł gładko i szybko, ale na obu brzegach panował niemy bezruch. Mogło się zdawać że żywe drzewa powiązane pnączami i każdy żywy krzew w podszyciu obróciły się w kamień aż do najwątlejszej gałązki, do najlżejszego listka. To nie robiło wrażenia snu — wszystko wyglądało nienaturalnie, jak pogrążone w jakimś transie. Nie słyszało się najlżejszego szmeru. Człowiek patrzył, zdumiony, i zaczynał podejrzewać że jest głuchy — a potem przychodziła nagle noc i jeszcze oślepiała w dodatku. Około trzeciej nad ranem wyskoczyła na powierzchnię jakaś wielka ryba; wzdrygnąłem się na ten głośny plusk, jakby strzelono z armaty. Gdy słońce wzeszło, pojawiła się biała mgła, bardzo ciepła i lepka, a oślepiająca bardziej niż noc. Nie poruszała się ani nie sunęła; tkwiła poprostu na miejscu, otaczając nas niby coś masywnego. Około ósmej a może i dziewiątej, podniosła się jak okiennica. Ujrzeliśmy na chwilę spiętrzoną masę drzew, olbrzymią, pogmatwaną dżunglę i wiszącą nad nią małą kulę słońca — wszystko stężałe w bezruchu — poczem biała okiennica zsunęła się gładko napowrót, jak na naoliwionych kółkach. Kazałem zluzować znów kotwiczny łańcuch, któryśmy zaczęli już zwijać. Zanim przestał sunąć z głuchym chrobotem, krzyk, bardzo głośny krzyk — jakby niezmiernej rozpaczy — wzniósł się powoli w matowe powietrze. Ustał. Żałosna wrzawa, przechodząca w dzikie dysonanse, napełniła z kolei nasze uszy. Było to tak nieoczekiwane, że włosy mi drgnęły pod czapką. Nie wiem jakie to zrobiło wrażenie na innych; mnie się wydało że to mgła sama krzyknęła — tak nagle, i rzekłbyś ze wszystkich stron naraz podniósł się ten burzliwy, żałobny zgiełk. Zakończył się gwałtownym wybuchem wrzasku prawie nie do zniesienia, który się raptem urwał, zostawiając nas skamieniałych w przeróżnych głupich pozach; wsłuchiwaliśmy się uparcie w ciszę niemal równie wielką i przerażającą.
— „Wielki Boże! Co znaczy ten“ — wyjąkał pod moim bokiem jeden z pielgrzymów, mały, tłusty człowieczek o ryżawych włosach i rudych bokobrodach; miał wciągane buty na gumach i różową pyżamę, a spodnie wetknięte w skarpetki. Dwaj jego towarzysze trwali przez całą minutę z rozdziawionemi gębami, poczem rzucili się do małej kajuty, wypadli z niej natychmiast, i stanęli, rozglądając się z przerażeniem i trzymając winczestry na „gotuj“. Mogliśmy dojrzeć jedynie nasz parowiec — o konturach tak zamazanych jakby się miał za chwilę rozpłynąć — i mglisty pas wody szerokości około dwóch stóp naokoło statku — to było wszystko. Reszta świata nie istniała, jeśli mieliśmy wierzyć oczom i uszom. Poprostu nie istniała. Znikła, przepadła; została zmieciona, nie zostawiając za sobą szmeru ni cienia.
— Poszedłem na bak i kazałem wciągnąć łańcuch, aby być gotowym do podniesienia kotwicy i ruszenia z miejsca natychmiast gdy zajdzie potrzeba.
— „Czy nas napadną?“ — szepnął jakiś głos przejęty grozą.
— „Wyrżną tu nas wszystkich w tej mgle“ — mruknął ktoś inny.
— Twarze drgały z natężenia, ręce trzęsły się zlekka, oczy zapominały mrugać. Bardzo był ciekawy kontrast wyrazu twarzy u białych i u Murzynów z naszej załogi, równie obcych jak my w tej części rzeki, choć ich wsie leżały tylko o osiemset mil. Biali, oczywiście bardzo zaniepokojeni, wyglądali przytem dość szczególnie, jakby ten przeraźliwy wrzask wielce ich gorszył. Tamci zaś mieli wyraz czujny i zaciekawiony, ale twarze ich były zasadniczo spokojne, nawet u jednego czy dwóch którzy się krzywili, wciągając łańcuch. Kilku zamieniło krótkie, mrukliwe zdania, zdające się rozstrzygać kwestję ku zupełnemu ich zadowoleniu. Prowodyr, młody Murzyn o szerokich piersiach, odziany z surową prostotą w granatowy, fałdzisty strój z frendzlami, stał koło mnie; nozdrza miał srogo rozdęte a włosy pozwijane misternie w tłuste loczki.
— „No?“ odezwałem się ot tak sobie, po koleżeńsku.
— „Złapać ich“ — wypalił Murzyn i wytrzeszczył nabiegłe krwią oczy, błyskając ostremi zębami — „złapać ich. Dać ich nam“.
— „Jakto, wam?“ spytałem — „a cobyście z nimi zrobili?“
— „Zjeść ich!“ odrzekł zwięźle, i oparłszy łokieć o poręcz, patrzył we mgłę w pozie pełnej godności, ogarnięty głęboką zadumą. Byłoby mnie to bez wątpienia zgorszyło należycie, gdyby nie przyszło mi na myśl, że i on i jego ludzie muszą być bardzo głodni; że głód ich zapewne wciąż wzrasta conajmniej już od miesiąca. Zaciągnięto ich na pół roku (nie zdaje mi się aby którykolwiek z nich zdawał sobie dokładnie sprawę z czasu, nie tak jak my po upływie niezliczonych stuleci; należeli jeszcze do pradawnych wieków, nie odziedziczyli doświadczenia któreby mogło ich niejako pouczyć) — i oczywiście, póki istniał kawałek papieru zapisany zgodnie z jakiemś śmiechu wartem prawem, takiem czy innem, skleconem w dole rzeki, póty nie przyszło nikomu do głowy troszczyć się co będą jedli. Wprawdzie zabrali z sobą trochę zepsutego mięsa z hipopotama, ale w żadnym razie nie starczyłoby to na długo, nawet gdyby pielgrzymi nie wyrzucili większej części owego mięsa za burtę wśród straszliwego rwetesu. Postępek ten wyglądał na samowolny, ale w gruncie rzeczy była to tylko godziwa samoobrona. Niepodobna wdychać woni zdechłego hipopotama, czuwając, śpiąc i jedząc, a jednocześnie zachować normalny stosunek do życia. Pozatem wydzielano Murzynom co tydzień trzy kawałki miedzianego drutu, każdy długości około dziewięciu cali; w teorji mieli kupować żywność za tę obiegową monetę po wsiach nadbrzeżnych. Można sobie wyobrazić jak ten system działał. Albośmy wcale wsi nie napotykali, albo ludność była wroga, albo też dyrektor — który tak jak i my wszyscy żywił się konserwami, urozmaiconemi od czasu do czasu jakim starym kozłem — nie chciał zatrzymywać parowca z mniej lub więcej ukrytych powodów. Dlatego też nie wyobrażam sobie co naszym Murzynom mogło przyjść z ich dziwacznej pensji — chyba że połykali ów drut albo robili z niego haczyki do łapania ryb na wędkę. Muszę zaznaczyć że wypłacano tę pensję z regularnością godną wielkiej i solidnej spółki handlowej. Pozatem jedyną rzeczą do jedzenia jaką widziałem u tych Murzynów — choć nie wydawała się bynajmniej jadalną — było kilka kawałków jakby nawpół surowego ciasta brudnej zielonawej barwy; trzymali to zawinięte w liście i niekiedy połykali po kawałeczku, ale takim malutkim, że się miało wrażenie jakgdyby to robili raczej dla pozoru, nie zaś by się naprawdę pożywić. Dlaczego, w imię wszystkich szatanów żrącego głodu, nie rzucili się na nas — było ich trzydziestu na pięciu — aby raz się napchać porządnie, to mię zdumiewa gdy teraz o tem myślę. Byli to wielcy, tędzy mężczyźni, niebardzo zdolni do zważenia następstw takiego postępku, a przytem odważni i silni — jeszcze silni, choć skóra ich już nie lśniła a muskuły zwiotczały. I pojąłem że wchodzi tu w grę jakiś hamulec, jedna z tych ludzkich tajemnic niemożliwych do przeniknięcia. Patrzyłem na nich ze wzrastającem szybko zajęciem, nie wywołanem bynajmniej myślą że może zjedzą mnie wkrótce — choć przyznam się wam, iż właśnie wtedy spostrzegłem — niejako w nowem oświetleniu — jak niezdrowo wyglądają pielgrzymi, i miałem nadzieję, tak! doprawdy miałem nadzieję, że mój wygląd nie jest taki — jakby to powiedzieć? — taki — nieapetyczny; ten rys fantastycznej próżności harmonizował z poczuciem snu na jawie, przenikającem wówczas wszystkie moje dni. Możliwe że miałem trochę gorączki. Nie można żyć ciągle z ręką na pulsie. Miewałem często „trochę gorączki“, a może i co innego — może to były żartobliwe uderzenia łap dziczy, wstępne igraszki przed groźniejszym napadem, który nastąpił we właściwym czasie. Tak; patrzyłem na tych Murzynów, jak się patrzy na każde ludzkie stworzenie, chcąc poznać jego popędy, motywy, uzdolnienia, słabe strony, poddane próbie nieubłaganej fizycznej konieczności. Hamulec! Jakiż hamulec mógł tam działać? Czy to był przesąd, wstręt, lęk, cierpliwość — czy też coś w rodzaju pierwotnego honoru? Żaden lęk nie ostoi się przed głodem, żadna cierpliwość go nie wytrzyma, wstręt wobec głodu poprostu nie istnieje, a co do przesądów, wierzeń i tak zwanych zasad, znaczą mniej niż plewy na wietrze. Czy znacie piekło przeciągłego głodu, jątrzące jego męczarnie, czarne myśli, ponure okrucieństwo? Otóż ja znam. Zwalczanie uczucia głodu pochłania wszystkie wrodzone siły człowieka. Łatwiej znieść utratę kogoś bliskiego, utratę honoru, potępienie — niż tego rodzaju przeciągły głód. Smutne lecz prawdziwe. A przytem te chłopy nie miały żadnych absolutnie przyczyn do odczuwania skrupułów. Powściągliwość! Mógłbym się równie dobrze spodziewać powściągliwości od hjeny żerującej wśród trupów na pobojowisku. Ale oto był przede mną ten fakt — jaskrawy, oczywisty, jak piana na głębiach morza — tajemnica większa, gdy się nad nią zastanawiałem, niż dziwny, niepojęty ton rozpaczliwego żalu dźwięczący w tej dzikiej wrzawie, którą minęliśmy na brzegu, za ślepą bielą mgły.
— Dwaj pielgrzymi sprzeczali się gorączkowym szeptem, na którym brzegu rozległ się krzyk. „Na lewym“. „Ależ nie, co pan znów! Na prawym, naturalnie że na prawym“.
— „Położenie jest bardzo poważne“, rzekł za mną głos dyrektora; byłbym niepocieszony gdyby coś miało się stać Kurtzowi nim dojedziemy.
— Spojrzałem na dyrektora i nie miałem najlżejszej wątpliwości że mówi szczerze. Należał właśnie do tej kategorji ludzi, którym chodzi o zachowanie pozorów. To był jego hamulec. Ale gdy mruknął coś o tem że trzeba jechać natychmiast, nie zadałem sobie nawet trudu aby mu odpowiedzieć. Wiedział, tak jak i ja, że to niemożliwe. Gdybyśmy podnieśli kotwicę, znaleźlibyśmy się dosłownie w powietrzu — w przestrzeni. Nie możnaby wówczas powiedzieć dokąd jedziemy — w górę, w dół rzeki, czy wpoprzek, pókibyśmy znów nie dosięgli jednego lub drugiego brzegu — a i wtedy byśmy nie wiedzieli z początku który to brzeg. Oczywiście nie ruszyłem się z miejsca. Nie miałem ochoty roztrzaskać statku. Niepodobna było sobie wyobrazić bardziej niebezpiecznego miejsca w razie rozbicia. Nawet gdybyśmy nie zatonęli odrazu, mogliśmy być pewni że zginiemy wnet w taki lub inny sposób.
— „Upoważniam pana do podjęcia wszelkiego ryzyka“ — rzekł dyrektor po krótkiem milczeniu.
— „A ja nie podejmę żadnego“ — odrzekłem krótko, co było właśnie odpowiedzią której oczekiwał, choć mój ton może go zaskoczył.
— „Trudno, muszę się zdać na pański sąd. Pan jest kapitanem“ — rzekł z wyraźną uprzejmością.
— Odwróciłem się do niego tyłem na znak szacunku i patrzałem we mgłę. Jak długo będzie trwała? Był to widok wprost beznadziejny. Drogę do tego Kurtza — który rył się w ziemi, w pogoni za kością słoniową, wśród tego przeklętego gąszczu — osaczały takie niebezpieczeństwa, jakby był zaczarowaną księżniczką śpiącą w zamku z bajki.
— „Czy napadną nas, jak pan myśli?“ — spytał poufnie dyrektor.
— Nie sądziłem aby nas zaatakowali, dla różnych oczywistych powodów. Jednym z nich była gęsta mgła. Gdyby chcieli odbić od brzegu w czółnach, zagubiliby się we mgle, coby i nas spotkało, gdybyśmy usiłowali ruszyć z miejsca. Ale zdawało mi się także, iż dżungla na obu wybrzeżach jest absolutnie nie do przebycia — tymczasem tkwiły w niej oczy, oczy które nas dostrzegły. Nadrzeczne zarośla były napewno bardzo zwarte, jednak przez gąszcz za niemi można się było przedrzeć. Lecz nie dostrzegłem wcale czółen na rzece w czasie krótkotrwałego podniesienia się mgły a w każdym razie nie widziałem ich obok parowca. Ale głównym powodem, dla którego atak wydawał mi się niemożliwy, był rodzaj tej wrzawy — tych słyszanych przez nas krzyków. Nie miały charakteru srogiego, zwiastującego bezpośredni wrogi zamiar. Ów zgiełk, choć nieoczekiwany, dziki i gwałtowny, zostawił mi nieodparte wrażenie smutku. Widok parowca przejął z jakiejś przyczyny tych dzikich nieopanowanym bólem. Wykładałem dyrektorowi, że jeśli nam grozi niebezpieczeństwo, to tylko dlatego że się ocieramy o jakąś wielką, rozpętaną ludzką namiętność. Niezmierna boleść może znaleźć wkońcu ujście w gwałcie, ale zwykle przechodzi w apatję...
— Trzeba wam było widzieć jak pielgrzymi wytrzeszczali na mnie oczy! Zbyt byli przygnębieni aby się skrzywić lub mnie zwymyślać, ale myśleli pewno żem oszalał — prawdopodobnie ze strachu. Wygłosiłem prawdziwy odczyt. Ale nie było warto się fatygować. A jeśli chodzi o czuwanie nad statkiem, no — chyba sobie wyobrażacie że czyhałem na podniesienie się mgły jak kot śledzący mysz; cóż kiedy oczy nie na wiele się mogły przydać, ponieważ byliśmy jakgdyby zagrzebani głęboko w stosie waty. I czuło się tę mgłę jak watę — duszną, ciepłą, dławiącą. Zresztą opinja którą wypowiedziałem o tych wypadkach — choć na pozór dziwaczna — zgadzała się zupełnie z rzeczywistością. To, o czem mówiliśmy później jako o ataku, było w istocie próbą odparcia nas. Akcja dzikich nie okazała się bynajmniej agresywną — ani nawet obronną w zwykłem tego słowa znaczeniu; została podjęta pod wpływem rozpaczy, a w gruncie rzeczy była nawskroś opiekuńczą.
— Rozpoczęła się, powiedzmy, w dwie godziny po podniesieniu się mgły, w miejscu oddalonem mniej więcej o półtorej mili od stacji Kurtza. Gramoliliśmy się właśnie po wodzie, usiłując okrążyć zakręt, gdy zobaczyłem wysepkę, taki zwykły, pokryły trawą, zielony kopiec na środku rzeki. Poza tem nic na rzece nie było, ale gdyśmy posunęli się dalej, spostrzegłem że to początek długiej, piaszczystej mielizny, a raczej łańcucha płytkich rew ciągnących się przez środek koryta. Zanurzone w wodzie, bezbarwne, leżały tuż pod powierzchnią, zupełnie jak kręgosłup człowieka, biegnący środkiem pleców pod skórą. Otóż, o ile się dało wymiarkować, mogłem wyminąć tę mieliznę na prawo albo na lewo. Nie znałem, oczywiście, żadnego z obu przesmyków. Brzegi wyglądały mniej więcej jednakowo, głębokość wody również, ale ponieważ uprzedzono mię że stacja leży na wybrzeżu zachodniem, skierowałem się naturalnie ku zachodniej cieśnince.
— Zaledwieśmy w nią głębiej wjechali, zdałem sobie sprawę że jest znacznie ciaśniejsza niż przypuszczałem. Na lewo od nas ciągnęła się długa, nieprzerwana mielizna a na prawo wysoki, stromy brzeg zarośnięty gęsto krzewami. Nad gąszczem tkwiły drzewa w zwartych rzędach. Gałęzie zwisały gęsto z brzegu a gdzieniegdzie sterczał sztywno nad rzeką jakiś wielki konar. Wieczór nadchodził, oblicze lasu było posępne; szeroki pas cienia leżał już na wodzie. Posuwaliśmy się tym cieniem w górę rzeki — bardzo powoli, jak sobie możecie wyobrazić. Zboczyłem mocno z drogi w stronę brzegu, ponieważ woda tam była najgłębsza, jak wskazywała tyka do sondowania.
— Jeden z moich głodnych i powściągliwych towarzyszy sondował, stojąc na baku tuż pode mną. Nasz parowiec był zupełnie podobny do wielkiej łodzi z pokładem. Na pokładzie stały dwa małe domki z tekowego drzewa, zaopatrzone w drzwi i okna. Kocioł znajdował się z przodu a maszyny na rufie. Nad tem wszystkiem tkwił lekki dach wsparty na słupkach. Komin przechodził przez ten dach, a przed kominem mała kajuta zbudowana z lekkich desek służyła za domek pilota. Był tam tapczan, dwa składane krzesełka, nabity Martini-Henry stojący w kącie, mały stoliczek i koło sterowe. Z przodu domku były duże drzwi a w bocznych ścianach okiennice. Wszystko to, oczywiście, stało otworem. Spędzałem tam dni, stercząc na przedniej krawędzi dachu nad drzwiami. W nocy spałem, albo starałem się spać na tapczanie. Sterował atletyczny Murzyn, należący do jakiegoś plemienia z wybrzeża, wyszkolony przez mego biednego poprzednika. Był zawinięty od pasa do stóp w granatowe płótno, pysznił się mosiężnemi kółkami które miał w uszach, i wyobrażał sobie że jest Bóg wie czem. Nigdy nie zdarzyło mi się spotkać równie niepoczytalnego durnia. Póki się przy nim stało, sterował z zawadjacką miną, ale z chwilą gdy się go traciło z oczu, poddawał się natychmiast panicznemu strachowi, i w przeciągu minuty parowiec-kaleka brał górę nad sternikiem.
— Spoglądałem w dół na tykę do sondowania i mocno się niepokoiłem, widząc że za każdym razem coraz bardziej wystaje nad wodą — gdy nagle spostrzegłem iż sondujący Murzyn zaprzestaje pracy i rozpłaszcza się na pokładzie, nie wciągnąwszy nawet swej tyki. Nie puścił jej jednak i wlokła się po wodzie. W tej samej chwili palacz, którego również pod sobą widziałem, siadł raptem przed paleniskiem i schylił głowę. Zdumiało mię to. Trzeba było natychmiast spojrzeć na rzekę, ponieważ pień sterczał na naszej drodze. Kijki, drobne kijki zaczęły latać naokoło — aż gęsto było od nich w powietrzu; świstały mi przed nosem, padały niżej, uderzały za mną o domek pilota. A przez cały ten czas rzeka, wybrzeże, las, wszystko było bardzo spokojne — absolutnie spokojnie. Słyszałem tylko ciężki chlupot napędowego koła i bębnienie tych kijków. Wyminęliśmy niezgrabnie pień. Jakto, przecież to strzały! Strzelają do nas! Wszedłem prędko do domku aby zamknąć okiennicę od strony lądu. Ten bałwan, sternik, trzymając ręce na szprychach, podnosił wysoko kolana, tupał i mlaskał jak koń ściągnięty cuglami. Żeby go licho! A tymczasem kołysaliśmy się o dziesięć stóp od wybrzeża. Musiałem się zupełnie wychylić aby pociągnąć ciężką okiennicę, i ujrzałem na jednym poziomie z sobą twarz wśród liści, patrzącą na mnie bardzo groźnie i spokojnie; nagle, jakby błona opadła mi z oczu, rozróżniłem w głębi skłębionego, mrocznego gąszczu nagie piersi, ręce, nogi, gorejące oczy — zarośla roiły się od ludzkich członków w ruchu, połyskujących, bronzowych. Gałęzie trzęsły się, chwiały, szeleściły, strzały sypały się z pośród nich i okiennica zamknęła się wreszcie.
— „Steruj nawprost“ — powiedziałem do sternika. Trzymał sztywno głowę zwróconą twarzą ku przodowi, ale przewracał oczami, nogi jego wciąż się zwolna podnosiły i opuszczały, na ustach pokazało się trochę piany.
— „Stać spokojnie!“ rzekłem z wściekłością.
— Taksamo byłbym mógł wydać rozkaz drzewu, aby się nie kołysało na wietrze. Wypadłem z kajuty. Podemną rozległo się gwałtowne szuranie nogami na żelaznym pokładzie i niewyraźne okrzyki; jakiś głos zawołał:
— „Czy pan może zawrócić?“
— Dostrzegłem przed statkiem na wodzie zmarszczkę w kształcie litery V. Jakto? Znowu pień! Pod mojemi nogami wybuchła strzelanina. Pielgrzymi zaczęli walić ze swych winczestrów, tryskając poprostu w gąszcz ołowiem. Piekielna masa dymu podniosła się i sunęła zwolna ku przodowi. Zakląłem. Nie mogłem teraz dojrzeć ani zmarszki na wodzie ani pnia. Stałem na progu domku, wpatrując się w wodę, a strzały nadlatywały rojami. Może były zatrute, ale zdawało się że nie mogłyby zabić nawet i kota. Gąszcz zaczął wyć. Nasi drwale podnieśli wojowniczy wrzask; tuż za memi plecami rozległ się wystrzał i ogłuszył mię. Spojrzałem w tył; domek pilota był jeszcze pełen hałasu i dymu, gdy przypadłem do koła. Ten czarny dureń rzucił wszystko aby otworzyć okiennicę i strzelić ze stojącego w kącie Martini-Henry. Tkwił przed szerokim otworem i wybałuszał oczy, a ja naprostowywałem nagły skręt statku, krzycząc żeby wrócił do steru. Nie starczyło miejsca na zawrócenie z drogi, nawet gdybym tego chciał; pień sterczał gdzieś bardzo blisko w tym przeklętym dymie, nie było czasu do stracenia, więc skierowałem statek ku brzegowi — wprost ku brzegowi, gdzie wiedziałem że woda jest głęboka.
— Przedzieraliśmy się zwolna przez zwisające zarośla, wśród wiru połamanych gałęzi i lecących liści. Strzelanina w dole ustała; przewidziałem że tak będzie, kiedy się lufy opróżnią. Odrzuciłem głowę wtył przed błyszczącym świstem co przeleciał przez domek, wpadłszy przez jeden otwór okienny i wypadłszy przez drugi. Patrząc mimo oszalałego sternika, który potrząsał pustą strzelbą i wrzeszczał w stronę brzegu, dostrzegłem niewyraźne ludzkie postacie; biegły zgięte we dwoje, skakały, sunęły jedna za drugą, widzialne tylko częściowo i znikające niebawem. Coś wielkiego zjawiło się w powietrzu przed okiennicą; strzelba poleciała za burtę, sternik odstąpił szybko wtył, rzucił mi przez ramię nadzwyczajne, głębokie, poufne spojrzenie i padł na moje nogi. Uderzył bokiem głowy dwa razy o koło, a koniec czegoś, co się okazało długim kijem, zaklekotał po ścianach i przewrócił składane krzesełko. Sprawiało to takie wrażenie, jakby Murzyn wyrwał ten kij komuś stojącemu na brzegu i stracił równowagę w tym wysiłku. Rzadki dym się rozwiał, pień został już wyminięty; patrząc naprzód, widziałem iż o jakie sto jardów dalej będę mógł wykręcić od brzegu, ale w nogi było mi tak dziwnie jakoś ciepło i mokro że musiałem spojrzeć na podłogę. Murzyn zwalił się był na plecy i patrzał w górę wprost na mnie, ściskając oburącz ów kij. Była to rękojeść włóczni — rzuconej czy pchniętej przez otwór — która ugodziła go w bok tuż pod żebrami; ostrze schowało się w ciele, zadawszy okropną ranę; pełno krwi miałem w trzewikach, a całe jej jeziorko stało bardzo spokojnie, połyskując ciemną czerwienią pod kołem steru; oczy rannego świeciły dziwnym blaskiem. Strzelanina wybuchła znów. Murzyn spojrzał na mnie niespokojnie, trzymając włócznię niby coś cennego, jakby się obawiał że spróbuję mu ją odebrać. Musiałem się zdobyć na oderwanie wzroku od jego spojrzenia i zajęcie się sterem. Wymacałem nad głową linkę od gwizdawki parowej i zacząłem ją szarpać, śląc spiesznie świst za świstem. Zgiełk gniewnych i wojowniczych wrzasków ustał natychmiast, a z głębi lasu podniósł się drżący i przeciągły lament, pełen tak żałosnego strachu i statecznej rozpaczy, jakby wszelka nadzieja była uleciała z tej ziemi. W gąszczu wszczął się gwałtowny rozruch; deszcz strzał ucichł, kilka wystrzałów rozległo się głośno raz po raz — poczem nastała cisza, w której ociężały rytm koła napędowego dochodził wyraźnie mych uszu. Położyłem ster prawo na burtę w chwili gdy pielgrzym w różowej pyżamie, bardzo zgrzany i wzburzony, ukazał się we drzwiach.
— „Dyrektor mnie wysłał“ — zaczął urzędowym tonem i urwał. „Wielki Boże!“ rzekł, wlepiając oczy w rannego.
— Staliśmy nad nim, dwaj biali, a świecący i badawczy jego wzrok ogarniał nas obu. Wyglądało to zaiste jakby chciał natychmiast zadać jakieś pytanie w zrozumiałym dla nas języku; lecz umarł, nie wydawszy żadnego dźwięku, nie poruszywszy członkami, nie drgnąwszy żadnym muskułem. Tylko w ostatniej chwili, jakby w odpowiedzi na jakiś znak którego nie mogliśmy widzieć, na jakiś szept którego nie mogliśmy słyszeć, zmarszczył posępnie brwi, a to nadało jego czarnej, śmiertelnej masce niewypowiedzianie ponury, chmurny i groźny wyraz. Połysk badawczego spojrzenia rozpłynął się szybko w martwej szklistości.
— „Potrafi pan sterować?“ spytałem porywczo agenta.
— Miał minę bardzo niepewną, ale gdy go chwyciłem za ramię, zrozumiał odrazu że żądam aby sterował, czy ma ochotę czy też nie. Jeśli mam wyznać prawdę, wprost chorobliwie chciało mi się zmienić trzewiki i skarpetki.
— „Umarł“ — mruknął tamten, bardzo przejęty.
— „Niema co do tego wątpliwości“, odrzekłem, szarpiąc sznurowadła jak szalony. „I przypuszczam że Kurtz także już nie żyje“.
— Ta myśl górowała we mnie na razie. Tkwiło w niej niezmierne rozczarowanie, jakbym się przekonał że dążę do czegoś nieuchwytnego. Nie poczułbym się bardziej zniechęcony, gdybym był przebył całą tą drogę mając wyłącznie na celu rozmowę z Kurtzem. Rozmowę z... Cisnąłem trzewik za burtę i zdałem sobie nagle sprawę, że tego właśnie wyczekiwałem — rozmowy z Kurtzem. Odkryłem dziwną rzecz: nie wyobrażałem go sobie nigdy jako działającego, uważacie, tylko jako rozprawiającego. Nie powiedziałem sobie: „teraz go już nigdy nie zobaczę“, albo „teraz już nigdy nie uścisnę mu ręki“, ale: „teraz go już nigdy nie usłyszę“. Ten człowiek przedstawiał mi się jako głos. Naturalnie że kojarzył mi się w myśli i z pewnego rodzaju działaniem. Czyż mi nie powtarzano na wszelkie możliwe tony zazdrości i podziwu, że ten człowiek zebrał, wymienił na inne towary, wykpił, czy ukradł więcej kości słoniowej niż wszyscy agenci razem? Ale nie o to mi chodziło. Chodziło mi o to że to był człowiek utalentowany, i że ze wszystkich jego talentów tym który najbardziej rzucał się w oczy, który dawał wrażenie żywej osobowości, była jego zdolność do mówienia, jego słowo — dar wypowiadania się, zdumiewający, rozświetlający, najwznioślejszy i najbardziej godny pogardy, strumień rozedrganego światła, lub zwodniczy potok wypływający z głębi nieprzeniknionej ciemności.
— Drugi trzewik poleciał na ofiarę szatańskiemu bogu tej rzeki. Pomyślałem sobie: zaiste, wszystko już teraz skończone. Spóźniliśmy się; Kurtz znikł a dar jego przepadł — za sprawą jakiejś włóczni, strzały lub maczugi. I nigdy go już nie usłyszę. Mój smutek miał w sobie dziwne, przesadne wzruszenie, właśnie takie samo jak to, które zauważyłem w wyjącym smutku dzikich w dżungli. Nie byłbym mógł się czuć bardziej rozpaczliwie samotnym, gdyby mi wydarto jakąś wiarę, albo gdybym się minął ze swojem przeznaczeniem... Kto to tam wzdycha w taki nieznośny sposób? Idjotyzm? Więc tak, to był idjotyzm. Miłosierny Boże! czy człowiek ma zawsze — — No ale dajcież mi trochę tytoniu.
Nastała chwila głębokiej ciszy, potem błysnęła zapałka i szczupła twarz Marlowa wystąpiła z mroku, zniszczona, zapadnięta, z fałdami zbiegającemi ku dołowi, ze spuszczonemi powiekami, jakby uważna i skupiona; a gdy raz po raz pociągał silnie fajkę, twarz jego zdawała się cofać w noc i znów występować, w miarę tego jak drobny płomyk pełgał w regularnych odstępach. Zapałka zgasła.
— Idjotyzm! — zawołał. — To najprzykrzejsze że nie możecie mnie zrozumieć... Oto jesteście tu wszyscy, każdy z was zaopatrzony w dwa dobre adresy, jak hulk tkwiący na dwóch kotwicach; każdy ma rzeźnika za jednym rogiem, policjanta za drugim, doskonały apetyt i normalną temperaturę — słyszycie? — normalną przez rok okrągły. I mówicie: idjotyzm. Do djabła z idjotyzmem! Idjotyzm! Moi drodzy, czego się można spodziewać po człowieku, który jedynie ze zdenerwowania wyrzucił przed chwilą za burtę parę nowych trzewików! Gdy teraz o tem wspominam, zdumiewam się że nie zacząłem płakać. Jestem naogół dumny ze swojej siły charakteru. Czułem się dotknięty do żywego myślą, że przepadł dla mnie bezcenny przywilej przysłuchiwania się utalentowanemu Kurtzowi. Nie miałem oczywiście racji. Ten przywilej czekał na mnie. O tak, nasłuchałem się Kurtza aż do przesytu. I okazało się że moje pojęcie o nim było słuszne. Głos. Kurtz był prawie tylko już głosem. I słuchałem go — tego głosu — innych głosów — wszyscy byli prawie że tylko głosami — i nawet wspomnienia o tamtych czasach błąkają się koło mnie — nieuchwytne — jak zamierająca wibracja jakiejś nieskończonej paplaniny, głupiej, okrutnej, plugawej, dzikiej, lub poprostu pospolitej, pozbawionej wszelkiego sensu. Głosy, głosy — nawet i ta dziewczyna — Otóż —
Milczał długi czas.
— Odżegnałem się wkońcu kłamstwem od wizji jego talentów — zaczął nagle. — Dziewczyna! Co? Wspomniałem o dziewczynie? Och, ona jest poza tem — najzupełniej! One — mam na myśli kobiety — są poza tem — i tak być powinno. Musimy im pomagać aby mogły pozostać w tym swoim pięknym świecie, bo inaczej nasz świat stałby się jeszcze gorszy. Och, ona musiała być poza tem wszystkiem. Trzeba wam było słyszeć, jak wyciągnięte z grobu ciało Kurtza mówiło: „Moja narzeczona“. Bylibyście zrozumieli natychmiast jak dalece ona była poza tem. A to wyniosłe czoło Kurtza! Mówią że włosy rosną i potem, ale ten — hm — okaz był wybitnie łysy. Dzicz poklepała go po głowie, i oto głowa ta uczyniła się podobną do kuli, do kuli z kości słoniowej; dzicz popieściła go — i oto zwiądł; zagarnęła go, pokochała, otoczyła ramionami, przeniknęła mu do żył, pożarła ciało i przykuła jego duszę do swojej przez niepojęty rytuał jakiegoś szatańskiego wtajemniczenia. Stał się jej rozpieszczonym i zepsutym ulubieńcem. Kość słoniowa? Oczywiście! Całe kupy, całe sterty kości słoniowej. Stara szopa z mułu była nią przepełniona. Mogło się zdawać że ani jeden kieł nie pozostał na ziemi, czy pod ziemią, w całym kraju. „Przeważnie kopalna“, zauważył pogardliwie dyrektor. Była równie kopalna jak i ja jestem kopalny; tak nazywają kość słoniową wydobytą z ziemi. Okazuje się że Murzyni niekiedy kły zakopują, ale najwidoczniej nie umieli zakopać tej partji tak głęboko, aby uchronić utalentowanego Kurtza przed jego przeznaczeniem. Zapełniliśmy kłami parowiec i jeszcze musieliśmy ułożyć cały ich stos na pokładzie. To też Kurtz mógł patrzeć na nie i cieszyć się niemi póki żył jeszcze, gdyż oceniał ten dar losu aż do końca. Trzeba go było słyszeć jak mówił: „Moja kość słoniowa“. O tak, słyszałem go. „Moja narzeczona, moja kość słoniowa, moja stacja, moja rzeka, moje — —“ wszystko należało do niego. Powstrzymywałem oddech, spodziewając się że puszcza buchnie szalonym śmiechem, od którego gwiazdy zadrżą w posadach. Wszystko należało do niego — ale to drobnostka. Trzeba było przedewszystkiem ustalić do kogo on należał, ile ciemnych potęg uważało go za swoją własność. Skóra cierpła na człowieku kiedy się o tem myślało. Nie można sobie było tego wystawić — i nawet niedobrze było zastanawiać się nad tem. Kurtz zajął wysokie miejsce wśród szatanów tego kraju — mówię to dosłownie.
— Nie możecie tego zrozumieć! I cóż dziwnego? Macie pod nogami solidny bruk, otaczają was życzliwi sąsiedzi, którzy gotowi są dodać wam ducha albo rzucić się na was, kroczycie sobie ostrożnie między rzeźnikiem a policjantem, przejęci zbawiennym strachem przed skandalem, i szubienicą, i zakładem dla obłąkanych — więc jakżebyście mogli sobie wyobrazić owe szczególne krainy pradawnych wieków, dokąd nieskrępowane kroki mogą człowieka zaprowadzić przez samotność — zupełną samotność, bez policjanta — przez milczenie — zupełne milczenie, w którem się nie rozlegnie żaden głos dobrotliwego sąsiada, szepczącego o opinji publicznej. Te wszystkie drobne rzeczy składają się na wielką różnicę. Kiedy ich zbraknie, musi się człowiek oprzeć na własnej, wrodzonej sile, na swojej własnej prawości. Można być oczywiście zbyt wielkim głupcem aby zejść z prostej drogi — zbyt tępym by poprostu czuć, że się jest napastowanym przez mroczne potęgi. Twierdzę iż żaden głupiec nie sprzedał nigdy djabłu swej duszy; może głupiec jest na to za głupi, a może djabeł zbyt djabelski — nie umiem tego powiedzieć. Zdarzają się też czasem tak wściekle podniosłe istoty, że są najzupełniej głuche i ślepe na wszystko prócz niebiańskich widzeń i dźwięków. Dla nich ziemia jest tylko miejscem postoju — a czy taka natura jest dla człowieka stratą czy zyskiem — nie podejmę się rozstrzygnąć. Ale większość z nas nie należy ani do jednego ani do drugiego z tych typów. Ziemia jest dla nas miejscem gdzie żyjemy, gdzie musimy znosić różne widoki, dźwięki, a także i zapachy, dalibóg! oddychać wonią zdechłego hipopotama, że się tak wyrażę, a jednak się nie zatruć. Właśnie tutaj — rozumiecie mnie? — wchodzi w grę siła człowieka — wiara w swoją umiejętność dyskretnego kopania dołów, w których się zagrzebuje różne odpadki — zdolność do oddania się nie własnemu celowi, ale jakiejś sprawie bynajmniej nie rozgłośnej — przygniatającej swoim ciężarem. A to jest dosyć trudne.
— Zrozumcie że nie staram się nikogo usprawiedliwiać ani nawet tłumaczyć — staram się tylko zdać sobie sprawę z — z — Kurtza — z cienia Kurtza. Ten wtajemniczony duch, który przyszedł z głębi nicości, zaszczycił mię zdumiewającą ufnością przed swem ostatecznem zniknięciem. A to z tego powodu, że mógł mówić ze mną po angielsku. Dawny, realny Kurtz kształcił się częściowo w Anglji, i — jak sam łaskawie oświadczył — sympatje jego leżały po właściwej stronie. Matka jego była nawpół Angielką, ojciec — nawpół Francuzem. Cała Europa złożyła się na Kurtza; i dowiedziałem się z czasem, że Międzynarodowe Towarzystwo tępienia dzikich obyczajów powierzyło mu opracowanie referatu jako wytycznej dla tegoż towarzystwa. A Kurtz ten referat napisał. Widziałem go. Czytałem. Był wymowny, tętniący wymową, lecz nastrojony na zbyt wysoką nutę, jak mi się zdaje. Kurtz znalazł czas by zapełnić gęstem pismem całych stron siedemnaście! Ale to było zapewne nim jego — powiedzmy — nerwy się rozkleiły, co sprawiło że przewodniczył o północy pewnym tańcom, kończącym się obrzędami o których mówić nie sposób, i które — o ile mogłem wywnioskować z odrazą z tego co w różnych czasach słyszałem — odbywały się na jego cześć — rozumiecie? na cześć Kurtza we własnej osobie. Ale raport był pięknym kawałkiem prozy. Tylko że pierwszy jego paragraf wydaje mi się teraz złowróżbnym w świetle późniejszych informacyj. Zaczynał się od argumentu że my, biali, na osiągniętym przez nas szczeblu rozwoju, „musimy z natury rzeczy wydawać się im (dzikim) nadnaturalnemi istotami — zbliżamy się do nich z potęgą jakgdyby bóstwa“ — i tak dalej i tak dalej. „Przez prosty wysiłek woli możemy rozwinąć dodatnią działalność o potędze iście nieograniczonej“, i t. d. i t. d. Od tego punktu wznosił się coraz wyżej i uniósł mnie z sobą. Perora była wspaniała, choć, wiecie, trudna do zapamiętania. Wywołała we mnie obraz jakiegoś egzotycznego Bezmiaru rządzonego przez wzniosłą Dobrotliwość. Porwał mię zapał. Był to skutek bezgranicznej potęgi wymowy — słów — płomiennych, szlachetnych słów. Żadne praktyczne wskazówki nie przerywały magicznego toku zdań, chyba że uznamy za rozwinięcie metody coś w rodzaju notatki przy końcu ostatniej strony, notatki nagryzmolonej niepewną ręką snać znacznie później. Była bardzo prosta, i u końca tego wzruszającego wezwania do wszelkich altruistycznych uczuć, gorzała, jaśniejąca i przeraźliwa, jak błyskawica wśród pogodnego nieba: „Wytępić wszystkie te bestje!“
— Co ciekawe, Kurtz zapomniał widać zupełnie o swem cennem postscriptum, gdyż później, kiedy w pewnej mierze przyszedł do siebie, błagał mię raz po raz abym przechował starannie jego „broszurkę“ (jak mówił); nie wątpił widać że ów referat wywrze w przyszłości dodatni wpływ na jego karjerę. Byłem dokładnie poinformowany o wszystkich tych sprawach, a przytem tak się złożyło że musiałem się zaopiekować dobrą sławą Kurtza po jego śmierci. Zrobiłem tyle dla jego opinji, że uzyskałem niezaprzeczone prawo złożenia jej — gdybym miał wolny wybór — na wieczny spoczynek między odpadkami postępu, wśród wszelkiego śmiecia i, mówiąc w przenośni, wszelkiej padliny cywilizacji. Tylko że, widzicie, nie mam wolnego wyboru. Kurtz nie pozwala o sobie zapomnieć. Mimo wszystko nie był to człowiek pospolity. Miał władzę pociągania za sobą pierwotnych dusz — przez swój czar czy też grozę — w straszliwy, szatański taniec na własną cześć; potrafił napełniać gorzkiemi obawami małe duszyczki pielgrzymów; miał conajmiej jednego oddanego przyjaciela i zdobył na tym świecie duszę, która nie była ani pierwotna, ani zatruta sobkostwem. Nie; nie mogę o nim zapomnieć, chociaż nie twierdziłbym że wart był istotnie ludzkiego życia, któreśmy stracili, docierając do stacji. Brakowało mi strasznie zabitego sternika — odczułem dotkliwie jego brak już wówczas, gdy leżał martwy w domku pilota. Może uznacie za bardzo dziwaczny ten żal za dzikusem, który nie znaczył więcej od ziarnka piasku w czarnej Saharze. Czyż nie rozumiecie że ten Murzyn coś robił, że sterował; przez całe miesiące tkwił za mojemi plecami — jako pomoc — jako narzędzie. To było coś w rodzaju spółki. Sterował na mój rozkaz — musiałem go pilnować, irytowały mię jego wady, i w taki sposób powstały między nami subtelne więzy, z których zdałem sobie sprawę dopiero po ich zerwaniu. A poufna głębokość wzroku, którym ogarnął mię w chwili gdy został raniony, pozostała mi po dziś dzień w pamięci — niby apel odległego pokrewieństwa, stwierdzonego w ostatniej chwili.
— Biedny głuptas! Czemuż nie zostawił w spokoju tej okiennicy. Ale nie miał hamulca, nie miał żadnego hamulca — zupełnie jak Kurtz — drzewo miotane wichrem. Natychmiast po włożeniu suchych pantofli wyciągnąłem go na pokład, wyrwawszy mu przedtem włócznię z boku, a muszę wyznać że wykonałem tę operację z zaciśniętemi powiekami. Pięty jego przeskoczyły razem przez niski próg; przycisnąłem jego grzbiet do swych piersi; objąłem go od tyłu rozpaczliwym chwytem. Ach, jakiż on był ciężki, jaki ciężki, cięższy od wszystkich innych ludzi — tak mi się przynajmniej zdawało. Potem bez dalszych ceregieli wyrzuciłem go za burtę. Prąd porwał ciało jak źdźbło trawy, i widziałem jeszcze jak się obróciło dwa razy nim nazawsze straciłem je z oczu. Wszyscy pielgrzymi i dyrektor byli wówczas zebrani na osłoniętym pomoście wkoło domku pilota, papląc między sobą jak stado podnieconych srok; mój pośpiech świadczący o braku serca wywołał pomruk zgorszenia. Dlaczego ci ludzie chcieli aby trup się poniewierał po statku, nie umiem tego odgadnąć. Może zamierzali go zabalsamować. Ale usłyszałem też inny pomruk z dolnego pokładu — pomruk bardzo złowieszczy. Moi przyjaciele drwale byli również zgorszeni, ale mieli po temu daleko istotniejszą przyczynę — choć przyznaję że ta przyczyna sama przez się była zupełnie niedopuszczalna. Ale to zupełnie! Otóż postanowiłem, że jeśli już mój umarły sternik ma być zjedzony, to tylko przez ryby. Za życia był sternikiem bardzo drugorzędnym, ale po śmierci mógł się stać pierwszorzędną pokusą i nawet wywołać jakieś groźne kłopoty. Pozatem spieszno mi było wrócić do steru, gdyż człowiek w różowej pyżamie okazał się beznadziejnym durniem przy tej robocie.
— Zrobiłem to natychmiast, skończywszy z prostym pogrzebem. Płynęliśmy połową szybkości, trzymając się samego środka rzeki; przysłuchiwałem się rozmowom toczącym się naokoło. Wszyscy postawili już krzyż nad Kurtzem i stacją; Kurtz nie żyje, stacja spalona i tak dalej — i tak dalej. Rudy pielgrzym nie posiadał się z radości na myśl że ten biedny Kurtz został przynajmniej należycie pomszczony.
— „Powiedzcie tylko! Sprawiliśmy im porządną rzeź w tej dżungli — może nie? No? Co o tem myślicie? Prawda?“
— Ten krwiożerczy, mały, bojaźliwy łajdak tańczył poprostu z uciechy. A przedtem o mało co nie zemdlał na widok rannego człowieka. Nie mogłem się powstrzymać i rzekłem:
— „W każdym razie narobiliście panowie mnóstwo dymu“.
— Widziałem po wierzchołkach zarośli, które wstrząsnęły się i opadły, że prawie wszystkie strzały poszły za wysoko. Nie można trafić jeśli się nie celuje i nie strzela od ramienia, tymczasem ci faceci strzelali, oparłszy kolbę o biodro i zamknąwszy oczy. Twierdziłem więc — i miałem rację — że odwrót dzikich był wywołany przez świst gwizdawki parowej. Usłyszawszy to, pielgrzymi zapomnieli o Kurtzu i zaczęli na mnie ryczeć, zaprzeczając z oburzeniem.
— Dyrektor stał obok koła i szeptał do mnie poufnie, że w każdym razie trzeba koniecznie ujechać dobry kawał w dół rzeki zanim się ściemni, gdy wtem spostrzegłem w oddali polankę na wybrzeżu i zarysy jakiegoś budynku.
— „Co to takiego?“ spytałem.
— Klasnął w ręce ze zdziwienia.
— „Stacja!“ wykrzyknął. Skręciłem odrazu ku brzegowi, jadąc wciąż połową szybkości.
— Zobaczyłem przez szkła stok pagórka i zrzadka po nim rozsiane drzewa bez żadnego podszycia. Długa, chyląca się do upadku budowla na szczycie wzgórza nurzała się do połowy w wysokiej trawie; wielkie dziury na stromym dachu ziały czernią z oddali; tło stanowiły lasy i dżungla. Nie dostrzegłem ogrodzenia ani żadnego płotu; ale widać poprzednio stało tam coś w tym rodzaju, bo blisko domu tkwiło rzędem pół tuzina wysmukłych, zgruba ciosanych pali, o szczytach ozdobionych okrągłemi, rzeźbionemi kulami. Znikła z pomiędzy tych słupów barjera, czy cokolwiek tam było innego. Las otaczał naturalnie to wszystko. Brzeg był pusty, a tuż nad wodą zobaczyłem białego pod kapeluszem wielkości koła od wozu; człowiek ów kiwał na nas wytrwale ramieniem. Przypatrując się skrajowi lasu w górze i w dole, byłem prawie pewien że widzę tam jakiś ruch — ludzkie kształty przesuwające się gdzieniegdzie. Przejechałem przezornie obok stacji, poczem zatrzymałem maszyny i pozwoliłem statkowi dryfować w dół. Człowiek na brzegu zaczął wołać, nastając abyśmy wylądowali.
— „Napadli nas!“ krzyknął dyrektor.
— „Wiem, wiem. To dobrze“ — odkrzyknął tamten wesoło jakby nigdy nic. „Chodźcie tu. Wszystko w porządku. Bardzo się cieszę“.
— Wygląd jego przypominał mi coś znanego — śmiesznego — co już kiedyś widziałem. Manewrowałem aby przybić do brzegu, pytając się siebie: „Do czego ten człowiek jest podobny?“ Nagle błysnęło mi w głowie: wyglądał jak arlekin. Miał na sobie ubranie z jakiegoś materjału, prawdopodobnie z bronzowego płótna, które całe było pokryte łatami, jasnemi łatami, niebieskiemi, czerwonemi i żółtemi — łaty na plecach, łaty na przodzie, łaty na łokciach, na kolanach; barwna lamówka u kurtki, szkarłatna naszywka u końca spodni; w blasku słońca wyglądał w tem niezmiernie wesoło a przytem dziwnie schludnie, gdyż było widać jak pięknie te wszystkie łaty są zrobione. Chłopięca twarz bez zarostu o bardzo jasnej cerze, rysy bynajmniej nie wybitne, łuszczący się nos, małe niebieskie oczka; a na tej szczerej fizjonomji śmiech i posępność goniące się wciąż nawzajem, jak blaski i cienie po równinie zamiatanej przez wicher.
— „Niech pan uważa, panie kapitanie!“ krzyknął; „tu tkwi pień od wczorajszego wieczoru“.
— Co takiego? Jeszcze jeden pień? Wyznaję że zakląłem haniebnie. O mały włos nie wybiłem dziury w moim kalece na zakończenie tej uroczej podróży. Arlekin na wybrzeżu podniósł ku mnie swój mały, mopsi nosek.
— „Pan jest Anglikiem?“ zapytał, cały w uśmiechach.
— „A pan?“ zawołałem od koła.
— Uśmiech znikł z jego twarzy; potrząsnął głową, jakby się martwił mojem rozczarowaniem. Potem się wnet rozweselił.
— „To nic!“ krzyknął zachęcająco.
— „Czyśmy jeszcze zdążyli?“ zapytałem.
— „On jest tam na górze“ — odparł, kiwnąwszy głową w stronę pagórka i nagle sposępniał. Twarz jego była podobna do jesiennego nieba, chmurna i rozjaśniona naprzemian.
— Gdy dyrektor z eskortą pielgrzymów, uzbrojonych od stóp do głów, udał się do stacyjnego budynku, facet ów przyszedł na pokład. Rzekłem do niego:
— „Wie pan, to mi się nie podoba. Dzicy siedzą tam w gąszczu“. Zapewnił mię poważnie że wszystko jest dobrze.
— „To prości ludzie“, dodał; „no, cieszę się żeście przyjechali. Przez cały ten czas byłem zajęty tylko tem aby ich utrzymać zdaleka“.
— „Ależ pan powiedział że wszystko jest dobrze“, zawołałem.
— „Ach, oni nie mieli żadnych złych zamiarów“, rzekł i poprawił się, widząc że się w niego wpatruję: „W gruncie rzeczy nie mieli złych zamiarów“. Potem oświadczył żywo: „Słowo daję, wasz domek pilota potrzebuje na gwałt wyczyszczenia“. W następnej sekundzie poradził mi aby zostawić dość pary w kotle dla uruchomienia gwizdawki w razie jakiej biedy. „Jeden porządny gwizd więcej wam pomoże niż wszystkie wasze strzelby. To prości ludzie“, powtórzył. Mełł wciąż językiem w takiem tempie że zupełnie mię oszołomił. Zdawało się że chce sobie powetować długie okresy milczenia, i rzeczywiście przyznał się do tego ze śmiechem.
— „A z Kurtzem pan nie rozmawia?“ rzekłem.
— „Z tym człowiekiem się nie rozmawia — jego się słucha“ — wykrzyknął z surową egzaltacją. „Tylko że teraz — —“ — Machnął ręką i w mig pogrążył się w ostatecznem zgnębieniu. Po upływie sekundy otrząsnął się z niego w podskoku, porwał mię za obie ręce i potrząsał niemi czas dłuższy, bąkając: „Kolega marynarz... honor... przyjemność... rozkosz... przedstawić się... Rosjanin... syn archijereja... gubernja tambowska... Co? Tytoń! Angielski tytoń; świetny tytoń angielski! Doprawdy, to po bratersku. Czy palę? Gdzieżby marynarz nie palił!“
— Fajka wpłynęła na niego kojąco; stopniowo się dowiedziałem że uciekł ze szkół i dostał się na morze na rosyjskim statku; potem uciekł znów i służył czas pewien na statkach angielskich; był już teraz w zgodzie z archijerejem. Kładł na to nacisk.
— „Ale kiedy się jest młodym, trzeba zobaczyć różne rzeczy, zdobyć doświadczenie, zapoznać się z różnemi pojęciami; rozszerzyć swój widnokrąg“.
— „Tutaj?“ przerwałem.
— „Tego nigdy nie można przewidzieć! Tutaj spotkałem Kurtza“, rzekł w młodzieńczym porywie tonem uroczystym i pełnym wyrzutu. Odtąd trzymałem już język za zębami. Okazało się że namówił zarząd jakiegoś holenderskiego domu handlowego z wybrzeża, aby go zaopatrzono w zapasy i towary, poczem wyruszył z lekkiem sercem w głąb kraju, mając wprost dziecinne wyobrażenie o tem co go czeka. Wędrował w pobliżu tej rzeki już prawie dwa lata, samotny, odcięty od wszystkich i od wszystkiego.
— „Nie jestem taki młody na jakiego wyglądam. Mam już dwadzieścia pięć lat“, rzekł. „Stary Van Shuyten posyłał mię z początku do wszystkich djabłów“, rozpowiadał z wielkiem ożywieniem; „ale uczepiłem się go, i póty gadałem i gadałem, aż wreszcie zaczął się bać że wygadam mu dziurę w brzuchu, no i dał mi trochę tanich towarów oraz parę strzelb, oświadczając iż ma nadzieję nigdy już mojej twarzy nie ujrzeć. To zacny stary Holender, ten Van Shuyten. Posłałem mu przed rokiem małą partję kości słoniowej, więc nie będzie mógł nazwać mnie złodziejem gdy wrócę. Mam nadzieję że ją otrzymał. O resztę nie dbam. Urąbałem dla was trochę drzewa. Tam jest mój dawny dom. Czy pan go widział?“
— Dałem mu książkę Towsona. Zrobił ruch jakby mię chciał pocałować, ale się powstrzymał.
— „Jedyna książka która mi pozostała — myślałem że ją zgubiłem“, rzekł, patrząc na nią z ekstazą. „Tyle różnych wypadków zdarza się człowiekowi włóczącemu się samotnie, pan to rozumie. Czasem wywróci się łódka — a czasem znów trzeba się piorunem wynosić kiedy się ludzie pogniewają“.
Przewracał kartkę za kartką.
— „Pan robił notatki po rosyjsku?“ — spytałem. Skinął głową. „A mnie się zdawało że to szyfr“, rzekłem. Roześmiał się, potem znów spoważniał.
— „Z wielką trudnością utrzymałem tych ludzi zdaleka“ — powiedział.
— „Czy chcieli pana zabić?“ — spytałem.
— „Ach nie!“ krzyknął i urwał.
— „Dlaczego nas napadli?“ ciągnąłem. Zawahał się i rzekł wstydliwie:
— „Nie chcą aby odjechał“.
— „Doprawdy?“ rzekłem z zaciekawieniem. Kiwnął głową tajemniczo z mądrą miną.
— „Mówię panu“, zawołał, „że ten człowiek wzbogacił mi duszę“.
— Otworzył szeroko ramiona, wpatrując się we mnie małemi, niebieskiemi oczkami, które były zupełnie okrągłe.



III.

— Patrzyłem na niego, pogrążony w zdziwieniu. Oto stał przede mną pełen zapału, odziany w tę pstrokaciznę jakby zbiegł z trupy aktorów — postać z bajki. Samo jego istnienie było nieprawdopodobne, niewytłumaczone, i wręcz oszałamiające. Stanowił nierozwiązalną zagadkę. Niepojętem było jak mógł wogóle istnieć, jak mu się udało dotrzeć tak daleko, jak zdołał przetrwać — dlaczego nie zginął natychmiast
— „Szedłem sobie trochę dalej“, mówił, „a potem jeszcze trochę dalej — aż wreszcie zaszedłem tak daleko że nie wiem jakim sposobem będę mógł kiedyś wrócić. Ale to nic. Czasu mam dosyć. Jakoś to będzie. Zabierajcie Kurtza prędko, prędko — już ja wam to mówię“.
— Czar młodości opromieniał jego różnokolorowe łachmany, jego nędzę, jego samotność i pustkę jego bezcelowych wędrówek. Przez miesiące, przez całe lata życie tego człowieka nie było warte i szeląga; a oto stał przede mną, pełen nieświadomej żywotności, odwagi, i — rzekłbyś — niezniszczalny, jedynie przez swą młodość i odruchowe męstwo. Ogarnęło mię coś jak podziw — jak zazdrość. Złudny czar gnał go naprzód — złudny czar go ochraniał. Ów młodzik nie żądał z pewnością niczego od dziczy prócz przestrzeni aby móc oddychać i posuwać się naprzód. Potrzebą jego było istnieć i dążyć przed siebie z możliwie największem ryzykiem, wśród jaknajcięższych prywacyj. Tym młodzieńcem pokrytym łatami władał absolutnie czysty, bezinteresowny i najmniej praktyczny z awanturniczych duchów, jakie kiedykolwiek rządziły ludzką istotą. Zazdrościłem mu prawie tego skromnego i jasnego płomienia. Zdawało się że ów płomień pochłonął w nim tak doszczętnie każdą myśl samolubną, iż nawet gdy słuchałem o jego przygodach, zapominałem że to właśnie on — ten człowiek stojący przede mną — przeszedł wszystkie te rzeczy. Nie zazdrościłem mu jednak uwielbienia dla Kurtza. Wcale się nad niem nie zastanawiał. Przyszło do niego i przyjął je z pewnego rodzaju żarliwym fatalizmem. Muszę powiedzieć, że to uczucie wydało mi się ze wszech miar największem chyba niebezpieczeństwem jakie napotkał dotychczas.
— Spotkanie tych ludzi było nieuniknione, jak zetknięcie się dwóch okrętów ogarniętych ciszą burta w burtę i ocierających się wkońcu o siebie. Kurtz potrzebował widać słuchacza, bo wiem że przy pewnej okazji rozmawiali przez całą noc, rozłożywszy się obozem w lesie; a właściwie pewnie sam Kurtz tylko mówił.
— „Rozmawialiśmy o wszystkiem“, rzekł jego wielbiciel, porwany tem wspomnieniem. „Zapomniałem że sen wogóle istnieje. Miałem wrażenie że ta noc nie trwała i godziny. O wszystkiem! O wszystkiem!... A także i o miłości“.
— „Ach, więc mówił z panem o miłości!“ rzekłem, mocno tem ubawiony.
— „Nie tak jak pan myśli!“ wykrzyknął prawie namiętnie. „Mówił o miłości wogóle. Odsłonił przede mną takie rzeczy — takie rzeczy —“
— Podniósł gwałtownie ramiona. Byliśmy wówczas na pokładzie i starszy wśród moich drwali, który się wałęsał w pobliżu, zwrócił na niego ociężałe, błyszczące oczy. Rozejrzałem się, i nie wiem dlaczego, ale doprawdy — nigdy, nigdy jeszcze ten kraj, ta rzeka, ta dżungla, nawet sklepienie tego jaśniejącego nieba nie wydały mi się tak beznadziejne i tak ponure, tak nieprzeniknione dla ludzkiej myśli, tak bezlitosne dla ludzkiej słabości.
— „I odtąd, naturalnie, był pan z nim ciągle razem?“ rzekłem.
— Okazało się że nie. Stosunki ich ulegały częstym przerwom z wielu powodów. Pielęgnował Kurtza, jak mi oświadczył z dumą, podczas dwóch chorób (wspominał o tem niby o ryzykownym jakimś czynie), ale zazwyczaj Kurtz wędrował sam, daleko w głębi lasów.
— „Przychodziłem tu często na stację i nieraz musiałem czekać wiele dni zanim się zjawił“ — opowiadał. „Ach, warto było czekać! — niekiedy“.
— „A co Kurtz robił? Badał okolice czy co?“ zapytałem.
— „O tak, naturalnie“; Kurtz odkrył bardzo wiele wsi, a także jezioro — wielbiciel jego nie wiedział dokładnie w jakim kierunku — niebezpiecznie było zanadto się dopytywać — ale w tych wyprawach chodziło mu przeważnie o kość słoniową.
— „Przecież nie miał już wówczas towarów do handlu“, wtrąciłem.
— „Spora ilość naboi została po dziś dzień jeszcze“ — odpowiedział, nie patrząc mi w oczy.
— „Mówiąc bez ogródek, łupił poprostu kraj“, rzekłem. Tamten skinął głową. „Z pewnością nie sam jeden!“ Mruknął coś w odpowiedzi o wsiach wkoło tego jeziora. „Kurtz namówił tamte plemiona aby szły za nim, prawda?“ poddałem. Poruszył się niespokojnie.
— „Oni go ubóstwiali“ rzekł.
— Ton jego słów był taki nadzwyczajny, że popatrzyłem na niego badawczo. Zaciekawiło mię, z jaką skwapliwością a zarazem rezerwą mówił o Kurtzu. Ten człowiek wypełniał jego życie, zaprzątał jego myśli, rządził jego wzruszeniami.
— „Czemu pan się tak dziwi?“ wybuchnął; „przybył do nich z gromem i błyskawicą, rozumie pan — nigdy w życiu czegoś podobnego nie widzieli — i wzbudził w nich okrutny strach. On potrafi być bardzo straszny. Nie można go sądzić jak zwykłego człowieka. Nigdy w życiu! Otóż... niech tam, powiem to, żeby panu dać o nim wyobrażenie: raz to i mnie chciał zastrzelić — ale ja go sądzić nie będę“.
— „Zastrzelić pana!“ wykrzyknąłem. „I za co?“
— „Miałem tam trochę kości słoniowej, którą mi dał naczelnik tej wsi koło mego domku. Widzi pan, strzelałem dla nich zwierzynę. No więc Kurtzowi zachciało się tej kości słoniowej i nie dał sobie przemówić do rozsądku. Oświadczył że mię zastrzeli jeśli mu tych kłów nie dam i nie wyniosę się potem z kraju; że mnie zastrzeli bo może to zrobić, i ma na to ochotę, i nic go na świecie nie powstrzyma od zabicia kogo mu się żywnie podoba. To była prawda. Dałem mu tę kość słoniową. Cóż mi tam na niej zależało! Ale się nie wyniosłem. O nie. Nie mogłem go opuścić. Musiałem naturalnie być ostrożnym, pókiśmy się znowu na pewien czas nie zaprzyjaźnili. Chorował właśnie wtedy po raz drugi. Potem trzeba było znów schodzić mu z oczu, ale nic sobie z tego nie robiłem. Mieszkał przeważnie w tych wsiach nad jeziorem. Kiedy przychodził nad rzekę, to czasem mnie lubił a czasem lepiej się było pilnować. Ten człowiek zawiele cierpiał. Nienawidził tego wszystkiego i jakoś nie mógł tego porzucić. Kiedy mi się trafiała sposobność, prosiłem go żeby rzucił to wszystko póki jeszcze czas; proponowałem, że wrócę z nim razem. Mówił: dobrze, a potem zostawał; wyruszał znów na poszukiwanie kości słoniowej; znikał na całe tygodnie; zapamiętywał się wśród tych ludzi — zapamiętywał się — rozumie pan“.
— „Przecież to warjat“ — rzekłem.
— Zaprzeczył mi z oburzeniem. Gdzieżby Kurtz mógł być warjatem. Gdybym go słyszał mówiącego jeszcze przed dwoma dniami, nie śmiałbym napomykać o czemś podobnem... Wziąłem znów do ręki lunetę podczas gdy tamten mówił, i patrzyłem na brzeg, wodząc szkłami po skraju lasu z obu stron domu i za nim. Niepokoiła mię świadomość że tam są ludzie w tym gąszczu, tacy cisi, tacy spokojni — równie spokojni i cisi jak walący się dom u szczytu wzgórza. Na obliczu natury nie było żadnego śladu tej zdumiewającej historji, której Rosjanin właściwie mi nie opowiadał, napomykał mi tylko o niej wśród oderwanych okrzyków i wzruszania ramionami, wśród ułamków zdań i aluzyj przechodzących w głębokie westchnienia. Las był nieporuszony jak maska — głuchy jak zamknięte więzienne drzwi — i patrzył na mnie z wyrazem tajonej wiedzy, niedostępnego milczenia, cierpliwego oczekiwania. Rosjanin wyjaśniał w dalszym ciągu że Kurtz powrócił nad rzekę dopiero niedawno, prowadząc z sobą wszystkich wojowników tego ludu z nad jeziora. Był nieobecny przez kilka miesięcy — pewno odgrywał rolę bóstwa — i zjawił się niespodzianie, zamierzając prawdopodobnie zrobić najazd na kraj za rzeką lub w dolnym jej biegu. Widać apetyt na kość słoniową zwyciężył w nim — jakże to nazwać? — mniej materjalne dążenia. Lecz nagle bardzo mu się pogorszyło.
— „Usłyszałem że leży bez sił — więc wybrałem się tutaj, zaryzykowałem to“ — rzekł Rosjanin. — „O, z nim jest źle, bardzo źle“.
— Skierowałem szkła ku domowi. Nie dostrzegłem tam żadnych oznak życia; zobaczyłem znowu walący się dach, długą ścianę z mułu wyglądającą z nad trawy, z trzema małemi, kwadratowemi okienkami różnych rozmiarów; wszystko to znalazło się przede mną jakgdyby na odległość ramienia. Poruszyłem się nagle i jeden ze słupów, pozostałych po ogrodzeniu które znikło, znalazł się w obrębie mych szkieł. Pamiętacie, mówiłem wam że uderzyły mię już zdaleka pewne próby ornamentacji, dość szczególne wobec ruiny tego miejsca. Teraz zobaczyłem je zbliska i pod pierwszem wrażeniem targnąłem głowę wtył jak przed ciosem. Potem przesuwałem szkła starannie od słupa do słupa i przekonałem się o swym błędzie. Owe okrągłe gałki, to nie był ornament lecz symbol; wyraziste i zagadkowe, uderzały i niepokoiły — jako pokarm dla myśli a także dla sępów, gdyby się tam jakie znalazły i spojrzały z pod nieba na ziemię; w każdym zaś razie był to pokarm dla mrówek, dość przemyślnych by się wdrapać na słupy. Owe głowy na palach wywarłyby na mnie jeszcze większe wrażenie, gdyby ich nie obrócono twarzami ku szopie. Tylko jedna z nich, pierwsza którą dostrzegłem, zwracała się w moją stronę. Nie zgorszyło mię to tak dalece jakbyście mogli przypuszczać. Moje nagłe rzucenie się wtył było w gruncie rzeczy tylko odruchem zdziwienia. Widzicie, spodziewałem się że znajdę kulę z drzewa. Wróciłem powoli do pierwszej głowy którą dostrzegłem — i oto tkwiła tam, czarna, zeschła, zapadła, z zamkniętemi powiekami — zdająca się spać u szczytu tego pala, a ściągnięte jej, suche usta, ukazujące wąską i białą linję zębów, uśmiechały się, uśmiechały bez końca do jakiegoś nieustannego, żartobliwego snu wśród tej wieczystej drzemki.
— Nie zdradzam żadnych handlowych sekretów. Faktem jest że dyrektor mówił potem, iż metody Kurtza zrujnowały cały okrąg. Nie mam w tej sprawie własnego zdania, ale chcę abyście zrozumieli dokładnie: nic nikomu właściwie nie przyszło z tych głów tkwiących na palach. Świadczyły tylko o tem, że Kurtz nie miał żadnego hamulca w nasycaniu różnych żądz, że czegoś w nim brakowało, jakiejś drobnej rzeczy, której nie można było odnaleźć pod jego wspaniałą wymową, gdy zaszła nagląca potrzeba. Czy wiedział sam o tym swoim braku, nie umiem powiedzieć. Myślę że uświadomił go sobie w końcu — dopiero w samym końcu. Ale dzicz przejrzała Kurtza wcześnie i wywarła na nim straszliwą zemstę za nieprawdopodobne jego najście. Myślę że szeptała mu rzeczy których sam o sobie nie wiedział, rzeczy o których nie miał pojęcia, póki mu ich nie podsunęła ta wielka samotność; a ów szept dziczy okazał się nieprzeparcie ponętnym. Rozebrzmiał w Kurtzu głośnem echem, ponieważ wnętrze jego było puste... Opuściłem szkła, i głowa która wydawała mi się tak bliską, że można było do niej przemówić, odskoczyła zda się odrazu na niedostępną odległość.
— Wielbiciel Kurtza był nieco zbity z tropu. Zaczął mię zapewniać prędko i niewyraźnie, że nie ośmielił się zdjąć tych — powiedzmy — symboli. Krajowców się nie obawia, oni nie ruszą się póki Kurtz nie da hasła. Wpływ tego człowieka jest nadzwyczajny. Obozowiska dzikich są rozłożone wokoło, a wodzowie ich przychodzą dzień w dzień zobaczyć Kurtza. Czołgają się...
— „Nie chcę nic wiedzieć o ceremonjach towarzyszących zbliżaniu się do Kurtza!“ — krzyknąłem. Ogarnęło mię osobliwe uczucie, że takie szczegóły będą trudniejsze do zniesienia niż owe głowy suszące się na palach przed oknami. Ten widok był ostatecznie tylko dziki, podczas gdy tamto zdawało się mnie przenosić odrazu w jakąś bezświetlną krainę wyrafinowanych okrucieństw, gdzie czysta, nieskomplikowana dzikość przynosi istotną ulgę, jako coś co ma prawo istnieć — jawnie — w blasku słońca. Młody człowiek popatrzał na mnie ze zdumieniem. Przypuszczam że nie przyszło mu na myśl, iż dla mnie Kurtz bóstwem nie jest. Zapomniał że nie słyszałem żadnego z tych wspaniałych monologów — o czem to? o miłości, sprawiedliwości, linji wytycznej życia — czego tam nie było. Gdyby doszło do czołgania się przed Kurtzem, czołgałby się jak najdzikszy z tych wszystkich dzikusów. Oświadczył że nie mam pojęcia o tamtejszych warunkach: te głowy są głowami buntowników. Roześmiałem się, gorsząc go niepomiernie. Buntownicy! Jakież określenie miałem jeszcze usłyszeć? Byli tam już wrogowie, zbrodniarze, robotnicy — a teraz znów buntownicy. Te buntownicze głowy wydały mi się bardzo uległemi na palach.
— „Pan nie wie jak ciężko znieść tutejsze życie człowiekowi takiemu jak Kurtz — krzyknął ostatni jego zwolennik.
— „No a pan?“ zapytałem.
— „Ja! ja! Ja jestem prostym człowiekiem. Ja nie mam wielkich planów. Nic od nikogo nie potrzebuję. Jakże pan może mnie porównywać do...“
— Taki był przejęty, że nie mógł wyrazić słowami swych uczuć; nagle stracił panowanie nad sobą.
— „Nie rozumiem“, jęknął. „Zrobiłem co mogłem aby go utrzymać przy życiu, i na tem koniec. Nie mieszałem się do tego wszystkiego. Nie jestem wcale utalentowany. Już od miesięcy niema tu ani kropli lekarstwa, ani odrobiny pożywienia odpowiedniego dla chorych. Opuszczono go haniebnie. Człowieka takiego jak on, człowieka o takich ideach. Haniebnie! Haniebnie! Ja — ja — nie spałem już dziesięć nocy...“
— Głos jego rozpłynął się w przedwieczornym spokoju. Długie cienie lasu zsunęły się ze wzgórza podczas naszej rozmowy daleko poza walącą się szopę, poza rząd symbolicznych pali. Zmierzch już ogarnął to wszystko, a my tam w dole znajdowaliśmy się jeszcze w blasku słońca; przestrzeń rzeki naprzeciw polanki gorzała cichym, olśniewającym przepychem między obu mrocznemi, ocienionemi zakrętami w dole i w górze. Na brzegu nie było widać żywej duszy. Gąszcz nie szeleścił.
— Nagle z za węgła domu ukazała się grupa ludzi jakby wyrosłych z pod ziemi. Brodzili po pas w trawie zwartym oddziałem, dźwigając w pośrodku zaimprowizowane nosze. Wśród pustki krajobrazu wzniósł się natychmiast przenikliwy krzyk i przebił spokojne powietrze, jak ostra strzała mierząca wprost w serce kraju; a wówczas, jakby za sprawą czarów, strumienie ludzkich stworzeń — nagich ludzkich stworzeń — z włóczniami w rękach, z łukami, z tarczami, stworzeń o okrutnych spojrzeniach i dzikich ruchach, zaczęły spływać na polankę z mrocznego, zadumanego lasu. Gąszcz wstrząsał się, trawy się chwiały czas jakiś, a potem wszystko stanęło jak wryte w nieruchomej baczności.
— „No, jeśli teraz nie powie im tego co trzeba, to będzie po nas“, rzekł Rosjanin u mego boku.
— Grupa ludzi z noszami stanęła również jak skamieniała w pół drogi do parowca. Zobaczyłem ponad barkami tragarzy wychudłego człowieka na noszach, który usiadł i podniósł ramię.
— „Miejmy nadzieję że ten, który naogół umie mówić tak dobrze o miłości, znajdzie teraz argument by nas ocalić“, rzekłem.
— Rozgoryczało mnie idjotyczne niebezpieczeństwo naszego położenia, jakgdyby zależność od tego okrutnego widma była hańbiącą koniecznością. Nie mogłem pochwycić żadnego dźwięku, ale przez szkła widziałem chude ramię wyciągnięte władczo, widziałem że dolna szczęka się rusza, a oczy połyskują mrocznie w głębi kościstej głowy, kiwającej się w groteskowych podrzutach. Kurtz — Kurtz — to znaczy po niemiecku krótki, nieprawdaż? Otóż to nazwisko było równie prawdziwe jak wszystko inne w jego życiu — i śmierci. Wydało mi się że ten człowiek ma przynajmniej siedem stóp długości. Nakrycie opadło z jego ciała, które się wynurzyło niby ze śmiertelnej koszuli, nędzne i przerażające. Spostrzegłem że klatka piersiowa porusza się wraz z żebrami, że widmo kiwa kośćmi ramienia. Wyglądało to, jakby rzezany w starej kości słoniowej żywy wizerunek śmierci potrząsał groźnie ręką wobec tłumu nieruchomych ludzi z ciemnego, połyskliwego bronzu. Widziałem że otwierał szeroko usta — nadawało mu to wygląd niesamowicie żarłoczny, jakby chciał połknąć wszystko powietrze, i całą ziemię, i wszystkich ludzi przed sobą. Głęboki głos doszedł mnie słabo. Musiał widocznie krzyknąć. Wtem opadł na posłanie. Nosze wstrząsnęły się gdy tragarze ruszyli znów naprzód, i prawie jednocześnie zauważyłem że tłum dzikich znika bez żadnego dostrzegalnego ruchu, jakgdyby las, który raptem wyrzucił z siebie te stworzenia, wsysał je zpowrotem, tak jak się wciąga powietrze w długim oddechu.
— Niektórzy z pielgrzymów idących za noszami trzymali broń Kurtza — dwie krócice, ciężką strzelbę i lekki samoczynny karabin — gromy tego opłakanego Jupitera. Dyrektor szedł tuż obok jego głowy i pochylił się nad nim, szepcząc. Położyli go w jednej z małych kajut — było tam miejsce tylko na tapczan i parę składanych krzeseł, jak wiecie. Przywieźliśmy mu spóźnioną korespondencję; podarte koperty i otwarte listy pokrywały łóżko. Ręka jego błądziła powoli wśród tych papierów. Uderzyła mnie płomienność jego oczu przy spokojnym, znużonym wyrazie twarzy. Nie było to właściwie osłabienie chorobą. Zdawał się nie odczuwać żadnych cierpień. Odniosłem wrażenie że cień ten nasycił się już i uspokoił, że wyczerpał do dna wszystkie wzruszenia.
— Nagle zaszeleścił jednym z listów i spojrzał mi prosto w twarz, mówiąc: „Bardzo mi przyjemnie“. Widać ktoś mu o mnie napisał. Znów te specjalne polecenia! Zdumiała mię potęga głosu, którym władał bez wysiłku, prawie nie zadając sobie trudu poruszania wargami. Co za głos! Uroczysty, głęboki, wibrujący — a zdawałoby się że ten człowiek nie jest zdolny do szeptu. Miał w sobie jednak dość siły — z pewnością sztucznej — aby doprowadzić nas wszystkich prawie do zguby, jak zaraz usłyszycie.
— Dyrektor ukazał się we drzwiach, milcząc; wyszedłem z kabiny natychmiast, a on zaciągnął za mną firankę. Rosjanin, na którego pielgrzymi zerkali z ciekawością, wpatrywał się w brzeg. Spojrzałem w kierunku jego wzroku.
— W oddali można było rozróżnić ciemne ludzkie kształty, migające niewyraźnie na tle mrocznego lasu, a blisko rzeki dwie bronzowe, wojownicze postacie, wsparte na wysokich włóczniach, stały w blasku słońca, spokojne jak posągi; na głowach miały przybranie z fantastycznie upiętych, nakrapianych skór. A z prawej strony szła wzdłuż oświetlonego brzegu dzika i wspaniała postać kobieca.
— Stąpała miarowym krokiem, owinięta w pasiastą szatę z frendzlami, depcząc dumnie ziemię wśród lekkiego brzęku i migotu barbarzyńskich ozdób. Trzymała głowę wysoko; włosy jej były upięte w kształt hełmu; na nogach miała mosiężne kółka aż do kolan, bransolety z mosiężnego drutu aż po łokcie, szkarłatną plamę na ciemnym policzku, nieprzeliczone naszyjniki ze szklanych paciorków u szyi; dziwaczne jakieś przedmioty, amulety, dary czarowników, które na niej wisiały, lśniły i drgały przy każdym kroku. Musiała mieć na sobie wartość kilku kłów. Była dzika i przepyszna, płomiennooka i wspaniała; jej powolne posuwanie się naprzód miało w sobie coś złowieszczego. A wśród ciszy — która spadła nagle na całą tę smutną krainę — olbrzymi obszar puszczy, cały ogrom płodnego i tajemniczego życia zdawał się patrzeć w nią, zadumany, jakby patrzył na wizerunek swej własnej mrocznej i namiętnej duszy.
— Znalazłszy się naprzeciwko parowca, kobieta zatrzymała się i zwróciła w naszą stronę. Długi jej cień sięgał wody. Jej twarz o tragicznym i dzikim wyglądzie wyrażała obłędny smutek i niemy ból, a zarazem niepokój jakiegoś nurtującego ją, nawpół dojrzałego postanowienia. Stała, patrząc na nas bez ruchu; zdawało się że — jak sama puszcza — rozważa ponuro jakiś nieprzenikniony zamiar. Przeszła cała minuta; kobieta postąpiła krok naprzód. Rozległ się cichy brzęk, zabłysły żółte metale, powiały frendzle draperyj — i zatrzymała się, jakby jej zabrakło odwagi. Młodzik obok mnie coś mruknął. Pielgrzymi szeptali za mojemi plecami. Kobieta patrzyła na nas, jakby życie jej zależało od niezłomnej wytrwałości tego wzroku. Wtem otworzyła nagie ramiona i poderwała je sztywno w górę, jak owładnięta niepohamowanem pragnieniem by dotknąć nieba — a w tejże chwili chybkie cienie wypadły na ziemię i ogarnęły rzekę, obejmując parowiec w mrocznym uścisku. Straszliwa cisza wisiała nad krajobrazem.
— Kobieta odwróciła się zwolna, ruszyła wzdłuż brzegu i weszła w gąszcz na lewo. Raz tylko błysnęły ku nam jej oczy wśród mrocznych zarośli — i znikła.
— „Gdyby chciała się dostać na statek, zdaje mi się doprawdy że byłbym ją zastrzelił“, powiedział nerwowo człowiek w łatach. „W ciągu ostatnich dwóch tygodni dzień w dzień narażałem życie, aby ją utrzymać poza obrębem domu. Wtargnęła raz i zrobiła awanturę o te nędzne gałgany, które pozbierałem w składzie by sobie naprawić ubranie. Byłem już nieprzyzwoity. Przypuszczam że jej chodziło o te skrawki, bo jak furja gadała do Kurtza przez jaką godzinę, wskazując na mnie od czasu do czasu. Nie znam narzecza tego ludu. Na szczęście dla mnie, zdaje się że Kurtz był wówczas bardzo chory i wcale go to nie obeszło, inaczej zdarzyłoby się jakie nieszczęście. Nie rozumiem... Doprawdy — tego mi już było za wiele. No, teraz już to wszystko minęło“.
— W tej chwili usłyszałem głęboki głos Kurtza za firanką:
— „Ocalić mnie! — ocalić kość słoniową, chce pan powiedzieć. Niechże pan nie gada. Mnie ocalić! Jakto, przecież to ja was musiałem ratować! Psujecie mi teraz plany. Chory! Chory! Nie taki chory jakbyście pragnęli. Mniejsza z tem. Wykonam jeszcze swoje plany — powrócę. Pokażę wam co można zrobić. Wy z temi waszemi kramarskiemi pojęciami przeszkadzacie mi tylko. Ja powrócę. Ja...“
— Dyrektor wyszedł z kajuty. Zaszczycił mię ujęciem pod ramię i odprowadzeniem na bok.
— „Bardzo, bardzo już źle z nim“ — powiedział. Tu uznał za stosowne westchnąć, ale nie utrzymał się konsekwentnie w smutnym nastroju. „Zrobiliśmy dla niego wszystko cośmy tylko mogli — nieprawdaż? Ale co tu ukrywać. Kurtz wyświadczył naszemu towarzystwu więcej złego niż dobrego. Nie zdawał sobie sprawy, że czasy nie dojrzały jeszcze do energicznej akcji. Ostrożność, ostrożność — oto moja zasada. Musimy być jeszcze ostrożni. Ten okrąg jest na pewien czas dla nas zamknięty. Fatalne! Handel wogóle na tem ucierpi. Nie przeczę, że znaleźliśmy tu znaczną ilość kości słoniowej — przeważnie kopalnej. Musimy ją w każdym razie ocalić — ale niech pan zważy jak niepewną jest nasza pozycja — i dlaczego? Ponieważ metoda postępowania jest niezdrowa.
— „Więc pan to nazywa „niezdrową metodą?“ zapytałem, patrząc na wybrzeże.
— „Bez kwestji!“ wykrzyknął gorąco. „A pan?“
— „To żadna metoda“, mruknąłem po chwili.
— „A właśnie, właśnie!“ uradował się. „Przewidywałem to zgóry. Ten człowiek wykazał zupełny brak wyrobienia. Obowiązkiem moim jest zaznaczyć to tam gdzie trzeba“.
— „Ach“, odpowiedziałem, „tamten facet — jak to on się nazywa? ten ceglarz, wystosuje już dla pana raport jak się patrzy“.
— Wydał się zmieszanym przez chwilę. Doznałem wrażenia, żem nigdy jeszcze nie oddychał atmosferą tak nikczemną, i w myśli zwróciłem się do Kurtza po ulgę — tak, dosłownie po ulgę.
— „Mimo to wszystko uważam, że Kurtz jest wybitnym człowiekiem“, rzekłem z naciskiem.
— Drgnął, rzucił na mnie zimne, ciężkie spojrzenie, rzekł bardzo spokojnie: „Był“ — i odwrócił się tyłem. Godzina łaskawości dla mnie minęła; zostałem zaliczony do tej samej kategorji co Kurtz, jako zwolennik metod, do których czasy jeszcze nie dojrzały; uznano mnie za niepewnego! Ach, ale i to coś znaczyło, że mogłem dokonać wyboru między koszmarami.
— W rzeczywistości zwróciłem się myślą do dziczy a nie do Kurtza, który — nie miałem zamiaru temu przeczyć — był już niejako pogrzebany. I wydało mi się przez chwilę, jakbym też leżał w obszernym grobie, pełnym niewypowiedzianych tajemnic. Czułem nieznośny ciężar uciskający mi piersi, zapach wilgotnej ziemi, niewidzialną obecność zwycięskiego zepsucia, mrok nieprzeniknionej nocy... Rosjanin uderzył mię po ramieniu. Usłyszałem że mruczy coś pod nosem, jąkając się: „Kolega marynarz — zechciał ukryć — wiadomości o rzeczach, które mogłyby zaszkodzić reputacji Kurtza“. Czekałem. Dla niego najwidoczniej Kurtz nie był jeszcze w grobie; przypuszczam że należał w jego oczach do nieśmiertelnych.
— „No!“ rzekłem w końcu, „niechże pan się wypowie. Tak się złożyło, że jestem — niejako — przyjacielem Kurtza“.
— Oznajmił mi na to w sposób wielce formalny, że gdybyśmy nie należeli do „tego samego zawodu“, byłby zachował tę całą sprawę dla siebie bez względu na konsekwencje. Podejrzewa że ci biali żywią w stosunku do niego jakieś złe zamiary — —
— „Pan ma słuszność“, rzekłem, przypominając sobie pewną rozmowę, którą dawniej słyszałem; „dyrektor uważa, że powinno się pana powiesić“.
— Zaniepokoiła go ta wiadomość, co mię z początku ubawiło.
— „Lepiej zejść im spokojnie z drogi“, rzekł z powagą. „Teraz nic już zrobić dla Kurtza nie mogę, a oni prędkoby znaleźli jakiś pretekst. Cóż ich może powstrzymać? Placówka wojskowa jest stąd o trzysta mil“.
— „No to doprawdy“, rzekłem, „może lepiej aby pan nas opuścił, jeśli pan ma przyjaciół wśród dzikich w tej okolicy“.
— „Bardzo wielu“, odpowiedział. „To prości ludzie — a pan wie że ja nic nie potrzebuję“. Stał, gryząc wargi, i dodał: „Nie chciałbym aby coś złego spotkało tutaj tych białych, ale myślałem naturalnie przedewszystkiem o dobrej sławie Kurtza — przytem pan jest kolegą marynarzem, i...“
— „Dobrze“, rzekłem po chwili. „Dobrej sławie Kurtza nie grozi z mojej strony żadne niebezpieczeństwo“. Nie wiedziałem jak dalece moje słowa były prawdziwe.
— Zniżywszy głos, poinformował mię że to Kurtz kazał zaatakować parowiec.
— „On czasem nie cierpiał myśli że mogą go zabrać, a potem znów... Ale ja tych spraw nie rozumiem. Jestem prostym człowiekiem. Kurtz przypuszczał że ten napad was odstraszy, że zaniechacie tego wszystkiego, myśląc iż nie żyje. Nie mogłem go powstrzymać. Och, ten ostatni miesiąc był dla mnie okropny“.
— „Aha“, rzekłem. „Ale teraz już z nim jest lepiej“.
— „Ta-a-a-k“, odparł, widać niebardzo o tem przekonany.
— „Dziękuję“, odrzekłem; „będę trzymał oczy otwarte“.
— „Ale nieznacznie, prawda?“ nalegał z niepokojem. „Byłoby zgubne dla jego opinji, gdyby ktoś z tutaj obecnych —“ Obiecałem mu bardzo poważnie zupełną dyskrecję. „Mam tu czółno i trzech czarnych, którzy czekają niebardzo daleko. No, już mnie niema. Nie mógłby mi pan dać trochę naboi Martini-Henry?“ Mogłem to zrobić i zrobiłem w należytej tajemnicy. Mrugnął na mnie porozumiewawczo i wziął sobie garść mego tytoniu. „Między marynarzami — pan rozumie — dobry tytoń angielski“. Odwrócił się jeszcze od progu: „Proszę pana, czy pan nie ma pary zbywających trzewików?“ Podniósł nogę. „Niech pan patrzy“. Podeszwy były przywiązane sznurkami do bosych nóg jak sandały. Wygrzebałem jakąś starą parę, na którą spojrzał z podziwem nim ją wetknął pod lewe ramię. Jedna z jego kieszeni (jasno-czerwona) była wypchana nabojami, z drugiej (ciemno-niebieskiej) sterczały „Badania“ Towsona, i t. d., i t. d. Zdawał się uważać siebie za świetnie wyekwipowanego na nową walkę z puszczą. „Ach! Nigdy, nigdy już takiego człowieka nie spotkam. Czemuż pan go nie słyszał deklamującego poezje — i to jego własne, powiedział mi to. Poezje!“ Przewrócił oczami na wspomnienie owych rozkoszy. „Jak ten człowiek rozszerzył mój horyzont!“
— „Dowidzenia panu“, rzekłem.
— Uścisnął mi rękę i znikł wśród nocy. Pytam się siebie czasami, czy go rzeczywiście widziałem czy spotkanie z takim fenomenem było istotnie możliwe!...
— Gdy się obudziłem wkrótce po północy, przyszła mi na myśl jego przestroga i wzmianka o niebezpieczeństwie, które wśród tego gwiezdnego mroku wydało mi się tak realnem, że wstałem aby rzucić okiem dokoła. Na wzgórzu paliło się wielkie ognisko, oświetlając od czasu do czasu krzywy węgieł stacyjnego budynku. Jeden z agentów wraz z kilku naszymi Murzynami, uzbrojonymi w tym celu, trzymał straż nad kością słoniową; a daleko w głębi lasu czerwone, chwiejne błyski — które zdawały się wznosić z ziemi i opadać wśród mglistych kolumnowych kształtów o głębokiej czerni — wskazywały dokładnie miejsce obozowiska, gdzie czciciele Kurtza odbywali swe niespokojne wigilje. Monotonne bicie w wielki bęben napełniało powietrze głuchemi uderzeniami i przeciągłą wibracją. Spokojny pomruk wielu ludzi, nucących każdy dla siebie jakieś niesamowite zaklęcia, płynął z czarnej, płaskiej ściany lasów jak brzęczenie pszczół z ula, i wywierał dziwny, narkotyczny wpływ na moje wpół rozbudzone zmysły. Zdaje się że drzemałem, oparty o poręcz, póki nagły wybuch wrzasków, ogłuszający wybuch skupionego, tajemniczego szału nie zbudził mnie, oszołomionego zdumieniem. Ustał raptownie i cichy pomruk ciągnął się dalej, sprawiając wrażenie słyszalnej i kojącej ciszy. Zajrzałem mimochodem do małej kajuty. Paliło się tam światło, lecz Kurtza nie było.
— Sądzę że byłbym krzyknął, gdybym wierzył swym oczom. Ale nie uwierzyłem z początku — wydało mi się to takie niemożliwe. Straciłem panowanie nad sobą, owładnięty prostym, bezmyślnym strachem, czystem, bezprzedmiotowem przerażeniem, nie związanem z żadnym wyraźnym kształtem fizycznego niebezpieczeństwa. Tem, co uczyniło moje wzruszenie tak potężnem, był — jakże mam to określić? — moralny wstrząs któremu uległem, jakby na mnie spadło niespodzianie coś wręcz potwornego, nieznośnego dla myśli i przejmującego wstrętem duszę. Trwało to naturalnie najdrobniejszy ułamek sekundy, potem zaś pospolite uczucie zwykłego, śmiertelnego niebezpieczeństwa było zaiste pożądane i kojące; nie przejmowała mnie możliwość nagłego napadu i rzezi, lub czegoś w tym rodzaju co wisiało nad nami. Uspokoiłem się istotnie tak bardzo, że nie podniosłem alarmu.
— O trzy stopy ode mnie siedział na krześle, na pokładzie, agent zapięty w ulster po szyję i spał. Wrzaski go nie obudziły; chrapał lekko; zostawiłem go śpiącego i wyskoczyłem na brzeg. Nie zdradziłem Kurtza — było mi sądzone abym go nigdy nie zdradził — było zapisane że mam pozostać wiernym do końca zmorze, na którą padł mój wybór. Pragnąłem koniecznie rozprawić się sam na sam z tym cieniem — i do dziś dnia nie wiem dlaczego dbałem tak zazdrośnie o to by nie dzielić się z nikim tem szczególnie posępnem przeżyciem.
— Stanąwszy na brzegu, zobaczyłem natychmiast ślad — szeroki ślad na trawie. Pamiętam uczucie tryumfu z jakiem powiedziałem do siebie: „Nie może chodzić — pełza na czworakach — mam go“. Trawa była mokra od rosy. Szedłem szybko wielkiemi krokami, zacisnąwszy pięści. Majaczyło mi się — tak mi się zdaje — że wpadnę na niego i porządnie wygarbuję mu skórę. Zresztą nie wiem. Przychodziły mi różne głupie myśli. Stara kobieta z kotem, robiąca coś na drutach, narzucała się mojej pamięci, jako najmniej odpowiednia do tego by tkwić u drugiego końca podobnej historji. Widziałem także szereg pielgrzymów, tryskających ołowiem w powietrze ze strzelb trzymanych u biodra. Przyszło mi na myśl że nigdy nie wrócę już na parowiec, i wyobraziłem sobie iż będę żył samotnie w puszczy — bez żadnej broni — aż do podeszłego wieku. No wiecie, takie różne głupstwa. I pamiętam że bicie w bęben mieszało się z biciem mego serca, i że mię cieszył spokojny jego rytm.
— Trzymałem się wciąż śladu — potem przystanąłem by nasłuchiwać. Noc była bardzo jasna, ciemno błękitna przestrzeń iskrzyła się od rosy i gwiazd; czarne jakieś kształty stały w niej bardzo spokojnie. Wydało mi się że dostrzegam jakby coś się ruszało przede mną. Dziwnie byłem pewien wszystkiego tej nocy. Rzuciłem poprostu ślad i pobiegłem szerokiem półkolem (zdaje mi się doprawdy że po drodze chichotałem do siebie), aby zabiec drogę temu czemuś co się ruszało, czy posuwało — jeśli tam coś istotnie dostrzegłem. Podchodziłem Kurtza, jakby to była chłopięca zabawa.
— Dopadłem go, i gdyby nie usłyszał że się zbliżam, byłbym się przewrócił o niego, ale się podniósł w porę. Dźwignął się niepewnie, długi, blady, niewyraźny, jak opar wyzionięty przez ziemię, i chwiał się zlekka przede mną, mglisty i milczący; z tyłu za mojemi plecami ognie majaczały wysoko wśród drzew, a gwar licznych głosów szedł z lasu. Zabiegłem mu zręcznie drogę, ale gdy już przed nim stanąłem, wydało mi się że odzyskuję przytomność: ujrzałem niebezpieczeństwo w całej jego grozie. Nie minęło jeszcze bynajmniej. Gdyby tak Kurtz zaczął wołać? Choć ledwie mógł się utrzymać na nogach, głos jego miał jeszcze wciąż dużo siły.
— „Niech pan odejdzie — niech pan się schowa“, rzekł swym zwykłym, głębokim głosem.
— To było bardzo straszne. Obejrzałem się. Znajdowaliśmy się o trzydzieści stóp od najbliższego ogniska. Czarna postać podniosła się i wielkim krokiem przeszła na długich nogach przez jasność padającą od ognia, machając długiemi, czarnemi ramionami. Miała na głowie rogi — zdaje mi się że antylopie. Był to z pewnością jakiś czarownik, jakiś zaklinacz: dość szatańsko na to wyglądał.
— „Czy pan wie, co pan robi?“ szepnąłem.
— „Najzupełniej“, odrzekł, podnosząc głos aby wymówić to jedno słowo: zabrzmiało mi w uszach, niby dalekie a jednak głośne; miałem wrażenie że Kurtz woła do mnie przez tubę. Jeżeli zrobi awanturę, jesteśmy zgubieni, pomyślałem. Nie była to oczywiście okazja do walki na pięści, nie mówiąc już nawet o tem że czułem bardzo naturalny wstręt do bójki z tym Cieniem — z tą wędrującą i udręczoną istotą.
— „Pan się zgubi“ — rzekłem, „zgubi się pan bezpowrotnie“.
— Czasem, wiecie, oświeci człowieka taki błysk natchnienia. Powiedziałem właśnie to co należało powiedzieć, choć Kurtz nie mógł zaiste być bardziej nieodwołalnie zgubiony, niż właśnie w owej chwili gdy powstawała nasza zażyłość — która miała trwać — i trwać — aż do końca — a nawet jeszcze dłużej.
— „Miałem olbrzymie plany“, mruknął niepewnie.
— „Tak“, odrzekłem; „ale jeśli pan zacznie wołać, roztrzaskam panu głowę — —“ W pobliżu nie było nawet kija ani kamienia. „Zaduszę pana“, poprawiłem się.
— „Byłem już u progu wielkich rzeczy“, błagał głosem pełnym takiej tęsknoty, że krew zlodowaciała mi w żyłach. „A teraz przez tego idjotycznego łotra — —“
— „Pańskie powodzenie w Europie jest w każdym razie zapewnione“, rzekłem spokojnie. Nie miałem najmniejszej ochoty go dusić, jak rozumiecie — przytem byłoby to przyniosło zaiste bardzo małą korzyść realną. Usiłowałem rozproszyć czar — ciężki, niemy czar dziczy — który zdawał się przyciągać Kurtza do bezlitosnej piersi, budząc w nim zapomniane i brutalne instynkty, pojąc go wspomnieniami zaspokojonych, potwornych namiętności. Byłem przekonany że to go jedynie gnało ku skrajowi lasu, ku puszczy, w stronę blasku ognisk, dudnienia bębnów, niesamowitego nucenia zaklęć; tylko to znęciło jego pozbawioną hamulców duszę poza granice dozwolonych dążeń. I, uważacie, groza położenia nie na tem polegała że można było w łeb dostać — choć czułem bardzo żywo i to niebezpieczeństwo — ale na tem iż miałem do czynienia z istotą, do której nie mogłem przemówić w imię niczego na ziemi — wzniosłego czy też niskiego. Musiałem, zupełnie tak jak Murzyni, wzywać Kurtza jak bóstwo — jego samego — wzywać jego własny ostateczny, niewiarygodny upadek. Nie istniało dla niego nic nad nim ani też pod nim, i ja o tem wiedziałem. Kopnął ziemię i odbił się od niej. Do licha z tym człowiekiem! Nawet ziemia rozpadła się od jego kopnięcia. Był sam, a ja, stojąc przed nim, nie wiedziałem czy jestem na ziemi, czy też pływam w powietrzu. Powiedziałem wam cośmy mówili — powtórzyłem wam zdania któreśmy zamienili — lecz po co? Były to pospolite, codzienne słowa, znane dźwięki bez znaczenia, które wymieniamy każdego powszedniego dnia w życiu. Ale cóż z tego? Tkwiła w nich — ja to czułem — straszliwa wyrazistość słów we śnie słyszanych, zdań wypowiadanych wśród nocnych majaków. Dusza! Jeśli kto zmagał się kiedy z duszą, to ja się zmagałem. A przy tem nie miałem do czynienia z szaleńcem. Możecie mi wierzyć lub nie, ale umysł Kurtza zupełnie był jasny — wprawdzie skupiony na własnych sprawach ze straszliwą intensywnością, lecz jasny; i w tem jedynie leżała moja ucieczka — wyjąwszy oczywiście możliwość zabicia go na miejscu, co nie było takie celowe ze względu na nieunikniony hałas. Natomiast dusza jego uległa obłąkaniu. Znalazłszy się w samotności wśród dziczy, zajrzała w głąb samej siebie i przebóg! mówię wam że oszalała. Sądzę że za swoje grzechy musiałem przejść przez tę próbę i zajrzeć Kurtzowi do duszy. Niczyja wymowa nie mogłaby być tak zgubną dla wiary człowieka w ludzkość, jak ten ostatni wybuch jego szczerości. A walczył także i z sobą. Widziałem to — słyszałem. Widziałem niepojętą tajemnicę duszy, która nie zna żadnego hamulca, żadnej wiary, żadnego lęku, a jednak walczy naoślep sama z sobą. Panowałem nieźle nad swemi nerwami, lecz gdy doprowadziłem wreszcie do tego że Kurtz legł na tapczanie, obtarłem sobie czoło a nogi się trzęsły pode mną, jakbym był zszedł z tego wzgórza, dźwigając z pół tonny na grzbiecie. A tymczasem jego tylko podtrzymywałem; kościste ramię obejmowało mi szyję — nie o wiele był cięższy od dziecka.
— Gdyśmy ruszyli z miejsca następnego dnia o południu, tłum — z którego obecności za kurtyną drzew zdawałem sobie wciąż dokładnie sprawę — wypłynął znów z lasu, zapełnił polankę, pokrył zbocze masą nagich, dyszących, rozedrganych, bronzowych ciał. Skierowałem statek w górę, potem zawróciłem w dół rzeki, i dwa tysiące oczu śledziły obroty dzikiego rzecznego demona, który wśród plusku i głuchych uderzeń bił wodę straszliwym ogonem i ział czarnym dymem w powietrze. Przed pierwszym rzędem tłumu trzech ludzi, umazanych od stóp do głów jasno czerwoną ziemią, kroczyło niespokojnie wzdłuż brzegu tam i z powrotem. Gdyśmy znów zrównali się z nimi, obrócili się ku rzece, zaczęli tupać, kiwać głowami przybranemi w rogi, kołysać szkarłatnemi ciałami; potrząsali w stronę dzikiego demona rzeki pękiem czarnych piór i wyleniałą skórą z wiszącym ogonem, wyglądającą jak zasuszona tykwa; jednocześnie zaś wykrzykiwali co pewien czas chórem szeregi zdumiewających słów, które nie były podobne do żadnych dźwięków ludzkiej mowy; a głęboki pomruk tłumu, urywający się nagle, brzmiał jak odpowiedzi jakiejś szatańskiej litanji.
— Zanieśliśmy Kurtza do domu pilota: było tam więcej powietrza. Leżąc na tapczanie, patrzył przez otwartą okiennicę. W masie ciał ludzkich na brzegu utworzył się wir, i kobieta o włosach upiętych w kształt hełmu, o ciemnych policzkach, zbiegła aż na skraj wody. Wyciągnęła ręce przed siebie, krzyknęła coś i cała ta dzika tłuszcza podjęła jej okrzyk wrzaskliwym chórem, skandując go szybko, bez tchu.
— „Czy pan to rozumie?“ zapytałem.
— Patrzył wciąż ku brzegowi rozognionemi, spragnionemi oczami, z wyrazem pełnym tęsknoty i nienawiści. Nie odpowiedział, ale na jego bezbarwnych wargach zarysował się uśmiech — uśmiech o nieokreślonem znaczeniu, który po chwili ustąpił konwulsyjnemu skurczowi.
— „Jakżebym nie rozumiał!“ odrzekł powoli, chwytając ustami powietrze; zdawało się że te słowa zostały mu wydarte przez jakąś nadnaturalną siłę.
— Pociągnąłem sznur od gwizdawki, gdyż zauważyłem że pielgrzymi na pokładzie wydobyli strzelby, a wyraz ich twarzy świadczył iż cieszą się z góry jakimś dobrym kawałem. Niespodziewany gwizd wywołał poruszenie panicznej trwogi w zbitej masie ciał.
— „Cicho, cicho! Pan ich wszystkich odstraszy!“ krzyknął ktoś z pokładu strapionym głosem. Ciągnąłem za sznurek raz po raz. Rozsypywali się i biegli, skakali, pełzali, przechylali się, starając się ujść przed lotną grozą tego dźwięku. Trzech czerwonych drabów rozpłaszczyło się twarzami w dół na brzegu, jakby ich ktoś zastrzelił. Tylko barbarzyńska, wspaniała kobieta nie drgnęła nawet i wyciągała za nami tragicznym ruchem nagie ramiona nad ponurą, iskrzącą się rzeką.
— A potem tamta głupia czereda na dolnym pokładzie rozpoczęła swą miłą zabawę, i dym nie pozwolił mi już nic dojrzeć.

— Brunatny nurt płynął wartko z głębi ciemności, niosąc nas w dół ku morzu dwa razy szybciej niż przedtem w górę rzeki; a życie Kurtza biegło też szybko, odpływając i odpływając z jego serca ku morzu nieubłaganego czasu. Dyrektor był bardzo spokojny; nie miał już teraz powodu do istotnych obaw i ogarniał nas obu przenikliwem, zadowolonem spojrzeniem: cała „historja“ skończyła się tak pomyślnie, jak tylko można było sobie życzyć. Widziałem że zbliża się czas, kiedy z paczki zwolenników „niezdrowej metody“ zostanę sam jeden. Pielgrzymi spoglądali na mnie niechętnie. Zostałem już, że tak powiem, zaliczony w poczet nieboszczyków. To dziwne jak się łatwo zgodziłem na to nieprzewidziane wspólnictwo, na ten wybór między koszmarami, narzucony mi w mrocznej krainie niepokojonej przez owe nędzne i chciwe widma.
— A Kurtz rozprawiał. Jakiż on miał głos! jaki głos! Dźwięczny, głęboki, aż do ostatniej chwili. Ten głos przeżył jego siły aby skryć we wspaniałych zwojach elokwencji jałowy mrok jego serca. Och, jak ten człowiek walczył, jak walczył! Pustkę jego zmęczonego mózgu nawiedzały teraz mgliste obrazy — obrazy bogactwa i sławy, zjawiające się na zawołanie niewygasłego dana szlachetnej i wzniosłej wymowy. Moja narzeczona, moja stacja, moja karjera, moje pomysły — na te wszystkie tematy wypowiadał od czasu do czasu różne wzniosłe sentencje. Cień dawnego Kurtza nawiedzał płytkiego pozera, którego losem był grób w pierwotnym czarnoziemie. Lecz zarówno szatańska miłość, jak zaziemska nienawiść Kurtza do tajemnic które przeniknął, walczyły o posiadanie jego duszy nasyconej pierwotnemi wzruszeniami, goniącej za kłamliwą chwałą, fałszywemi zaszczytami, za wszelkim pozorem powodzenia i potęgi.
— Czasami był dziecinny aż do śmieszności. Pragnął aby królowie go spotykali po stacjach, gdy będzie wracał z jakiegoś upiornego Nigdzie po dokonaniu wielkich rzeczy.
— „Trzeba pokazać że się ma w sobie coś, co może innym przynieść pożytek, a wówczas spotyka człowieka bezgraniczne uznanie“, mawiał. „Oczywiście należy zawsze zwracać uwagę na pobudki — słuszne pobudki — zawsze“.
— Długie wodne przestrzenie pomiędzy kolanami rzeki, identycznie do siebie podobne, monotonne zakręty nie wyróżniające się niczem, przesuwały się obok parowca, zarośnięte gąszczem stuletnich drzew patrzących cierpliwie wślad za tym umorusanym sadzą fragmentem innego świata, zwiastunem zmian, podboju, handlu, rzezi, błogosławieństw. Patrzyłem naprzód, kierując statkiem.
— „Niech pan zamknie okiennicę“, rzekł kiedyś Kurtz znienacka; „nie mogę znieść tego widoku“. Usłuchałem go. Zapadło milczenie. „Och, dobiorę ci się jeszcze do trzew!“ krzyknął ku niewidzialnej puszczy.
— Statek się rozbił — jak tego oczekiwałem — i dla jego naprawy musieliśmy się zatrzymać u przylądka jakiejś wysepki. Dopiero ta zwłoka zachwiała po raz pierwszy ufnością Kurtza. Pewnego rana wręczył mi pakiet papierów i fotografję — wszystko razem związane sznurowadłem.
— „Niech pan to dla mnie zachowa“ — rzekł. „Ten szkodliwy bałwan (miał na myśli dyrektora) gotów szperać w moich kufrach, kiedy nie patrzę“.
— Widziałem go znów popołudniu. Leżał nawznak z zamkniętemi oczami; cofnąłem się pocichu, ale usłyszałem jak mruczał:
— „Żyć sprawiedliwie, umierać... umierać...“
— Nadstawiłem ucha. Nic już nie usłyszałem. Czy powtarzał przez sen jakąś mowę? a może fragment zdania z dziennikarskiego artykułu? Pisywał dawniej do gazet i znów miał zamiar to robić dla rozpowszechniania swoich idei. „To mój obowiązek“.
— Ten człowiek tkwił w nieprzeniknionym mroku. Patrzyłem na niego, jak się patrzy w dół na kogoś leżącego na dnie przepaści, gdzie słońce nigdy nie świeci. Ale nie mogłem mu dużo czasu poświęcać, bo pomagałem maszyniście przy rozbieraniu cieknących cylindrów, przy wyprostowywaniu zgiętego korbowodu i innych tym podobnych sprawach. Żyłem w piekielnym rozgardjaszu wśród rdzy, opiłków, naśrubków, sworzniów, kluczów naśrubkowych, młotków, wiertarek — rzeczy których nienawidzę, ponieważ nie umiem sobie z niemi poradzić. Zajmowałem się naszą małą kuźnią — mieliśmy ją na szczęście na statku; pracowałem ciężko wśród nędznego śmietniska — chyba że miałem za silne dreszcze by się utrzymać na nogach.
— Pewnego wieczoru, gdy wszedłem do Kurtza ze świecą, przestraszyłem się, słysząc że mówi trochę drżącym głosem:
— „Leżę tu w ciemności i czekam na śmierć“.
— Światło znajdowało się o stopę od jego oczu. Zmusiłem się do szeptu: „Ale cóż znowu!“ i stałem nad nim jak wrośnięty w ziemię.
— Czegoś zbliżonego do zmiany, która zaszła w jego rysach, nigdy przedtem nie widziałem i mam nadzieję już nigdy nie ujrzeć. Och, nie czułem żadnego wzruszenia. Ale byłem wprost urzeczony. Zdawało mi się że zdarto z jego twarzy zasłonę. Dostrzegłem kolejno na tem obliczu z kości słoniowej wyraz ponurej pychy, bezlitosnej siły, przeraźliwego strachu — głębokiej i beznadziejnej rozpaczy. Czyżby przez tę ostatnią chwilę zupełnej samowiedzy przeżył na nowo swe życie ze wszystkiemi szczegółami pragnień, pokus, poddania się? Wykrzyknął szeptem — zapewne na widok jakiegoś obrazu, jakiegoś widziadła — wykrzyknął po dwakroć szeptem, który nie był głośniejszy od tchnienia —
— „Ohyda! Ohyda!“
— Zdmuchnąłem świecę i wyszedłem z kajuty. Pielgrzymi siedzieli w jadalni przy obiedzie; zająłem zwykłe swe miejsce naprzeciw dyrektora, który podniósł na mnie pytający wzrok; zignorowałem to najzupełniej. Wówczas rozparł się w krześle z pogodą na twarzy i tym swoim szczególnym uśmiechem, pieczętującym bezdenną głębię jego pospolitości. Nieustanny deszcz drobnych muszek spływał na lampę, na obrus, na nasze ręce i twarze. Nagle boy dyrektora wetknął przez drzwi bezczelną, czarną twarz i rzekł tonem obelżywej pogardy:
— „Pan Kurtz — on umrzeć“.
— Wszyscy pielgrzymi wypadli aby zobaczyć. Zostałem i jadłem dalej. Sądzę że mnie uznano za brutalnie nieczułego. Nie jadłem jednak wiele. Tam wewnątrz paliła się lampa — wiecie, światło — a na dworze było tak strasznie, strasznie ciemno. Już nie zbliżyłem się więcej do wybitnego człowieka, który wydał był wyrok na przygody ziemskie swej duszy. Głos jego ucichł. Cóż tam było pozatem? Ale oczywiście wiedziałem że pielgrzymi pochowali coś nazajutrz w błotnistej dziurze.
— A potem — bardzo niewiele brakowało by i mnie pochowano.
— Jednakże, jak widzicie, nie poszedłem wówczas za Kurtzem. Nie. Zostałem by prześnić ten koszmar do końca i by raz jeszcze wykazać swą lojalność w stosunku do tego człowieka. Przeznaczenie. Moje przeznaczenie! Śmieszna to rzecz, życie — owe tajemnicze kombinacje bezlitosnej logiki dla błahego celu. Conajwyżej można się spodziewać od życia odrobiny wiedzy o sobie samym — która przychodzi zapóźno i jest źródłem niewyczerpanych żalów. Zmagałem się tedy ze śmiercią. To najmniej zajmująca walka jaką sobie można wystawić. Człowiek prowadzi ją wśród nieuchwytnej szarzyzny, wśród pustki, bez gruntu pod nogami, bez widzów, bez wrzawy, bez chwały, bez wielkiego pragnienia zwycięstwa, bez wielkiej trwogi przed klęską, wśród chorobliwej atmosfery obojętnego sceptycyzmu, bez wielkiej wiary w słuszność własnej sprawy, a z mniejszem jeszcze przekonaniem o słuszności przeciwnika. Jeśli taką ma być najwyższa mądrość, to życie jest większą zagadką niż przypuszczają niektórzy. Byłem o włos od owej chwili kiedy człowiek może się wypowiedzieć po raz ostatni, i przekonałem się z upokorzeniem że prawdopodobnie nie będę miał nic do powiedzenia. Dlatego właśnie twierdzę iż Kurtz był wybitnym człowiekiem. On miał coś do powiedzenia. On to powiedział. Odkąd sam poza krawędź wyjrzałem, rozumiem lepiej jego wzrok, który nie mógł dostrzec płomienia świecy, lecz dość był dalekosiężny by objąć cały wszechświat, dość przenikliwy by przejrzeć wszystkie serca bijące w ciemności. Kurtz zsumował — osądził. „Ohyda!“ Był to człowiek wybitny. Ten jego wyrok stanowił jednak pewnego rodzaju wyznanie wiary; miał w sobie szczerość, przekonanie, miał drgającą nutę buntu w swym szepcie, miał przerażające oblicze prawdy ujrzanej w przelocie — osobliwe połączenie żądzy i nienawiści. I pamiętam najlepiej wcale nie swoją własną mękę — ową wizję bezkształtnej szarzyzny, przesiąkniętej fizycznym bólem i niedbałą pogardą dla znikomości wszelkich rzeczy — nawet dla tegoż samego bólu. Nie! Mnie się wydaje, że to jego śmiertelną mękę przeżyłem. Prawda że on zrobił ów krok ostatni, że krawędź przestąpił, podczas gdy mnie dozwolono cofnąć wahającą się stopę. I może na tem polega cała różnica; może wszystka mądrość, i wszystka prawda, i wszystka szczerość skupiają się właśnie w owej nieuchwytnej chwili, kiedy przekraczamy próg niewidzialnego. Może! Wolę przypuszczać że nie byłbym zawarł swego stosunku do życia w słowie niedbałej pogardy. Lepszy jest okrzyk Kurtza — o wiele lepszy. Było to twierdzenie, moralne zwycięstwo okupione niezliczonemi klęskami, ohydnem przerażeniem, ohydnym dosytem. Ale to było zwycięstwo! I właśnie dlatego pozostałem wierny Kurtzowi aż do samego końca, a nawet i poza koniec; aż do chwili gdy w długi czas później usłyszałem raz jeszcze głos — już nie jego własny — lecz echo jego wspaniałej wymowy, odrzucone przez duszę przeźroczo czystą, jak skała z kryształu.
— Nie, nie pochowali mnie wówczas, choć jest pewien okres czasu który widzę niby przez mgłę, wzdrygając się ze zdumieniem, jakbym wspominał przejście przez jakiś świat niepojęty, wyzuty z nadziei i pragnień. Znalazłem się znów w mieście grobów, podrażniony widokiem ludzi spieszących ulicami aby zwędzić jeden drugiemu trochę pieniędzy, aby pożerać haniebnie przyrządzone posiłki, łykać niezdrowe piwo, śnić głupie i błahe sny. Narzucali się natrętnie moim myślom. Wiedza tych intruzów o życiu była dla mnie irytującym pozorem, ponieważ czułem z całą pewnością, że nie mogą wiedzieć tego co ja wiedziałem. Ich zachowanie, które było poprostu zachowaniem pospolitych indywiduów zaprzątniętych interesami i przekonanych o swem zupełnem bezpieczeństwie, drażniło mię jako niesłychana chełpliwość głupoty w obliczu groźnych okoliczności, których owa głupota nie jest w stanie zrozumieć. Nie chciało mi się bynajmniej uświadamiać tych ludzi, ale wstrzymywałem się z pewną trudnością od parskania śmiechem w ich twarze, tak pełne tępego zarozumialstwa. Może nie czułem się wówczas bardzo dobrze. Chodziłem po ulicach chwiejnym krokiem — musiałem pozałatwiać różne sprawy — strojąc gorzkie miny wobec różnych wielce szanownych osób. Przyznaję że moje obejście było nie do darowania, ale też i temperaturę rzadko miewałem normalną w tych czasach. Wysiłki mej drogiej ciotki usiłującej mię podtrzymać na siłach, mijały się zupełnie z celem. To nie moje siły potrzebowały pokrzepienia; należało ukoić moją wyobraźnię. Przechowywałem paczkę papierów powierzonych mi przez Kurtza, nie wiedząc właściwie co z niemi zrobić. Matka jego umarła niedawno, pielęgnowana, jak mi opowiadano, przez jego narzeczoną. Jakiś człowiek w złotych okularach, starannie ogolony i odznaczający się bardzo oficjalnem obejściem, odwiedził mnie pewnego dnia i rozpytywał — z początku podchodząc do tej sprawy z daleka a potem nalegając ze słodyczą — o to, co mu się podobało nazwać „pewnemi dokumentami“. Nie zaskoczył mnie tem, ponieważ jeszcze w Afryce miałem na ów temat dwie kłótnie z dyrektorem. Odmówiłem wówczas wydania najmniejszego skrawka z tej paczki i utrzymałem się na tem samem stanowisku wobec człowieka w okularach. Uciekł się w końcu do niejasnych gróźb i jął bardzo gorąco dowodzić, że spółka ma prawo do każdej bez wyjątku informacji o swych „terytorjach“.
— „Wiedza Kurtza o tych niezbadanych jeszcze okolicach“, powiedział, „musiała być z konieczności rozległa i szczególnie dokładna, dzięki jego wielkim zdolnościom i opłakanym warunkom w których się znalazł; dlatego też —“
— Zapewniłem go że wiedza Kurtza, aczkolwiek rozległa, nie dotyczyła zagadnień handlu lub administracji. Wówczas wezwał na pomoc naukę. „Byłoby stratą wprost niepowetowaną, gdyby“ i t. d., i t. d. Wręczyłem mu raport o „Tępieniu dzikich obyczajów“, oddarłszy przedtem post scriptum. Wziął go skwapliwie, a potem prychnął nań z pogardą.
— „To nie jest to czego mieliśmy prawo oczekiwać“, zauważył.
— „Nie oczekujcie nic innego“, odrzekłem. „Reszta to tylko prywatne listy“.
— Wyszedł, zagroziwszy mi sądem, i już nie zobaczyłem go więcej; natomiast inny jakiś facet, mianujący się kuzynem Kurtza, ukazał się w dwa dni później i chciał koniecznie usłyszeć wszystkie szczegóły o ostatnich chwilach drogiego krewniaka. Mimochodem dał mi do zrozumienia, że Kurtz był właściwie wielkim muzykiem.
— „Były w nim możliwości rokujące olbrzymie powodzenie“, rzekł ów człowiek, organista jak mi się zdaje; gładkie, siwe jego włosy spływały na natłuszczony kołnierz od ubrania. Nie miałem powodu wątpić o jego twierdzeniu; i do dziś dnia nie umiem powiedzieć jaki był zawód Kurtza, czy wogóle miał jakikolwiek — i który z jego talentów górował nad innemi. Wziąłem go z początku za malarza który pisywał do gazet, czy za dziennikarza umiejącego malować — lecz nawet jego kuzyn (zażywający tabakę podczas rozmowy) nie umiał określić ściśle zawodu Kurtza. Był to uniwersalny geniusz — zgodziłem się co do tego ze starym jegomościem, który wytarł nos hałaśliwie wielką bawełnianą chustką i wyszedł w starczem podnieceniu, unosząc kilka rodzinnych listów i jakieś mało ważne notatki. Wreszcie pojawił się u mnie dziennikarz pragnący dowiedzieć się czegoś o losie „drogiego kolegi“. Poinformował mię, że właściwą dziedziną Kurtza powinna była się stać polityka „w zakresie popularnym“. Ów gość miał krzaczaste, proste brwi, monokl na szerokiej wstążce, ostrzyżony był krótko na jeża, i wyznał mi w przystępie szczerości że Kurtz w gruncie rzeczy wcale pisać nie umiał — ale dalibóg! jak ten człowiek umiał mówić! Potrafił zelektryzować duże zgromadzenie. „Była w nim wiara — rozumie pan? była w nim wiara. Potrafił wmówić w siebie wszystko — wszystko. Byłby został wspaniałym leaderem skrajnej partji“,
— „Ale jakiej?“ — zapytałem.
— „Jakiejkolwiek“, odrzekł. „To był człowiek — człowiek — krańcowy. Czy pan tego nie uważa?“ Przytaknąłem mu. „A czy pan wie“, zapytał z nagłym przebłyskiem zaciekawienia, „z jakiego właściwie powodu wybrał się do Afryki?“ „Wiem“, odrzekłem i podałem mu natychmiast znamienity „Raport“, dodając że może go opublikować, jeśli to uzna za stosowne. Przejrzał go pośpiesznie, mrucząc coś ciągle pod nosem, uznał, że „to wystarczy“ i wyniósł się wraz ze swą zdobyczą.
— Tak oto wkońcu zostałem z cienką paczką listów i fotografją dziewczyny. Wydała mi się piękną — a raczej wyraz jej twarzy uderzył mię swoją pięknością. Wiem że i blask słońca może stać się narzędziem kłamstwa, ale czuło się iż żadna gra światła, żadna poza nie mogłaby nadać tym rysom tak subtelnego odcienia szczerości. Zdawało się że ta dziewczyna gotowa jest słuchać bez żadnego zastrzeżenia, bez podejrzeń, bez cienia myśli o sobie. Wreszcie postanowiłem pójść do niej aby jej oddać fotografię i te listy. Ciekawość? Tak; a może jeszcze jakieś inne uczucie. Wszystko co należało do Kurtza przeszło przez moje ręce: jego dusza, jego ciało, jego stacja, jego plany, jego kość słoniowa, jego karjera. Pozostawała już tylko pamięć o nim i jego narzeczona — a pragnąłem niejako przekazać to również przeszłości — wydać wszystko co po nim zostało na pastwę zapomnienia, które jest ostatniem słowem naszego wspólnego losu. Nie bronię się. Nie miałem jasnego pojęcia o co mi chodzi właściwie. Może powodowała mną nieświadoma lojalność, a może było to wypełnienie owej ironicznej konieczności, która się czai w zdarzeniach ludzkiego życia. Nie wiem. Nie zdaję sobie sprawy. Ale poszedłem.
— Myślałem że wspomnienie o Kurtzu podobne jest do wspomnień o innych zmarłych, które gromadzą się w życiu każdego człowieka — jako niejasne odbicie na mózgu cieniów co padły nań przelotnie a nieodwołalnie; lecz u wielkich, ciężkich podwoi, wśród wysokich domów ulicy równie cichej i porządnej jak dobrze utrzymana cmentarna aleja, ujrzałem wizję człowieka na noszach, otwierającego usta żarłocznie, jakby chciał pożreć całą ziemię wraz z całą ludzkością. Ożył w mych oczach; ożył jaknajrealniej — ów cień niesyty wspaniałych pozorów i straszliwej rzeczywistości; cień mroczniejszy od cieniów nocy, udrapowany okazale w zwoje pysznej wymowy. Zdawało mi się że ta wizja wchodzi do domu wraz ze mną: nosze, ludzie dźwigający marę, dziki tłum karnych czcicieli, mrok lasów, połysk rzeki wśród ponurych zakrętów, łoskot bębna, miarowy i głuchy jak bicie serca — serca zwycięskiej ciemności. Była to chwila tryumfu dziczy, gwałtowne jej, mściwe najście, które — tak mi się zdawało — musiałem sam odeprzeć dla zbawienia czyjejś duszy. A wspomnienie o tem co Kurtz mówił mi tam daleko — gdy rogate postacie poruszały się w blasku ognisk za memi plecami, pośród cierpliwych lasów — wspomnienie owych urywanych zdań wróciło do mnie; usłyszałem znów słowa Kurtza w ich złowrogiej, przerażającej prostocie. Uprzytomniłem sobie znów nędzne jego prośby, nędzne pogróżki, olbrzymi zakres jego nikczemnych pragnień, podłość, mękę, burzliwe cierpienia jego duszy. I wydało mi się że słyszę znów słowa które wypowiedział kiedyś spokojnie i apatycznie:
— „Ten transport kości należy w gruncie rzeczy do mnie. Towarzystwo za niego nie zapłaciło. Zebrałem go sam, wśród bardzo wielkich niebezpieczeństw. Obawiam się jednak, że będą go się domagali jako swojej własności. Hm. To jest trudna sprawa. Jak pan myśli, co mam robić, upierać się przy swoim? Co? Ja chcę tylko sprawiedliwości... “
— Chciał tylko sprawiedliwości — nic więcej; tylko sprawiedliwości. Zadzwoniłem u mahoniowych drzwi na pierwszem piętrze i czekałem, a on zdawał się patrzeć we mnie z błyszczącej mahoniowej tafli — patrzeć tym dalekosiężnym i wszechogarniającym wzrokiem, który obejmował, nienawidził, potępiał cały świat. Wydało mi się, że słyszę jak wykrzykuje szeptem:
— „Ohyda! Ohyda!“
— Zmierzch zapadał. Czekałem w wysokim salonie o trzech długich oknach, sięgających od posadzki do sufitu, oknach które wyglądały jak trzy jaśniejące, udrapowane kolumny. Wygięte, pozłacane nogi i oparcia mebli lśniły niewyraźnie krzywemi linjami. Wyniosły marmurowy kominek miał zimną, monumentalną białość. Masywny fortepian stał w rogu; płaska jego powierzchnia połyskiwała mrocznie jak ciemny, polerowany sarkofag. Wielkie drzwi otworzyły się — zamknęły. Wstałem z miejsca.
— Zbliżyła się, cała w czerni; blada jej głowa płynęła ku mnie w zmierzchu. Była w żałobie. Więcej niż rok upłynął od jego śmierci, więcej niż rok od czasu gdy przyszła o tem wiadomość; zdawało się że ta kobieta będzie go zawsze pamiętać i opłakiwać. Ujęła obie moje ręce, szepcząc:
— „Uprzedzono mnie o pańskiem przyjściu“.
— Zauważyłem że nie była bardzo młoda — to znaczy nie wyglądała na dziewczątko. Czuło się w niej dojrzałą zdolność do wierności, do zaufania, do cierpienia. Miałem wrażenie iż pociemniało w pokoju, jakby całe światło chmurnego popołudnia schroniło się na jej czole. Te jasne włosy, ta blada twarz, to czyste czoło były, rzekłbyś, otoczone szarą jak popiół aureolą, z której patrzyły ku mnie ciemne oczy. Spojrzenie ich było otwarte, głębokie, spokojne i ufne. Niosła swą bolejącą głowę, jakby była dumna ze swego bólu, jakby chciała powiedzieć: ja — ja jedna umiem opłakiwać tego człowieka tak, jak on na to zasługuje. Lecz w chwili gdy nasze dłonie trwały jeszcze w uścisku, wyraz strasznej rozpaczy pojawił się na jej twarzy, i pojąłem że ta kobieta należy do istot, które nie są igraszką czasu. Dla niej on umarł zaledwie wczoraj. I zaiste! to wrażenie było takie potężne, że i mnie się również wydało iż umarł zaledwie wczoraj — nie, w tej oto chwili. Ujrzałem i ją, i jego w tej samej minucie — jego śmierć i jej boleść — ujrzałem jej ból w momencie jego śmierci. Rozumiecie? Widziałem ich razem — słyszałem ich razem. Rzekła z głębokiem westchnieniem: „Przeżyłam go“, a mój wytężony słuch zdawał się słyszeć wyraźnie — obok jej głosu pełnego rozpaczliwej żałości — szept, w którym Kurtz zawarł wieczyste swe potępienie. Zapytałem siebie poco tu się właściwie znalazłem i ogarnęła mię taka panika, jakgdybym był zabłądził i trafił do miejsca pełnego okrutnych i bezsensownych tajemnic, których ludzka istota oglądać nie powinna.
— Wskazała mi krzesło. Usiedliśmy. Położyłem paczkę delikatnie na małym stoliku, a ona nakryła ją dłonią...
— „Pan go znał dobrze“, szepnęła po chwili żałobnego milczenia.
— „Ludzie tam się prędko zbliżają“, rzekłem. „Znałem go o tyle, o ile człowiek może poznać drugiego człowieka“.
— „I podziwiał go pan“, rzekła. „Niepodobna było go znać i nie podziwiać. Prawda?“
— „Był to wybitny człowiek“, rzekłem niepewnie. I zniewolony nieruchomym, wymownym jej wzrokiem, który zdawał się śledzić dalsze słowa na moich ustach, dodałem: „Niepodobna go było — —“
— „Nie kochać“, dokończyła żarliwie; oniemiałem z przerażenia. „Jaka to prawda! jaka prawda! Ale niech pan pomyśli że nikt go nie znał tak jak ja! Jego szlachetna dusza ufała mi bez granic. Ja go znałam najlepiej“.
— „Pani go znała najlepiej“, powtórzyłem.
— I może tak było istotnie. Lecz z każdem wymówionem słowem pokój się stawał mroczniejszy; tylko jej czoło, gładkie i białe, jaśniało niewyczerpanem światłem wiary i miłości.
— „Pan był jego przyjacielem“, ciągnęła. „Przyjacielem“, powtórzyła trochę głośniej. „Pan musiał być jego przyjacielem, jeśli panu to powierzył, jeśli pana do mnie przysłał. Czuję że mogę do pana mówić — i — och, muszę do pana mówić! Chcę aby pan — pan, który słyszał jego ostatnie słowa — wiedział że byłam godna tego człowieka... To nie jest duma... Chociaż — tak! Jestem dumna z tej świadomości że rozumiałam go lepiej, niż ktokolwiek inny na ziemi — sam mi to powiedział. A odkąd jego matka umarła, nie mam nikogo, nikogo — aby — aby — —“
— Słuchałem. Ciemność się pogłębiała. Nie byłem nawet pewien, czy Kurtz dał mi właściwą paczkę. Podejrzewam raczej że chciał mi powierzyć inną plikę papierów, które widziałem po jego śmierci w rękach dyrektora przeglądającego je pod lampą. A dziewczyna mówiła dalej, dając folgę swemu bólowi w przekonaniu że jej współczuję; mówiła tak, jak człowiek spragniony pije. Wspominano mi że jej rodzina sprzeciwiała się zaręczynom z Kurtzem. Nie był dosyć bogaty, czy też coś w tym rodzaju. I rzeczywiście nie jestem pewien czy nie cierpiał niedostatku przez całe życie. Były pewne podstawy do przypuszczenia, że miał już dosyć tej względnej biedy i że właśnie to go wygnało tam daleko.
— „...czy można było nie stać się jego przyjacielem, jeśli go się choć raz słyszało?“ ciągnęła dalej. „Pociągał ludzi ku sobie tem, co w nich było najlepsze“. Patrzyła we mnie usilnie. „To właściwość ludzi wielkich“, mówiła, a jej niskiemu głosowi zdawały się towarzyszyć wszystkie dźwięki, które tam daleko słyszałem, dźwięki pełne tajemnicy, rozpaczy i smutku — szmer rzeki, szum drzew miotanych wiatrem, pomruk tłumów, słaby dźwięk niezrozumiałych słów krzykniętych z oddali, szept głosu odzywającego się z za progu wieczystej ciemności.
— „Ale pan go słyszał! Pan wie!“ zawołała.
— „Tak, wiem“, odrzekłem, czując w sercu coś na kształt rozpaczy, lecz pochyliłem głowę przed wiarą, która była w tej dziewczynie, przed jej wielkiem i zbawczem złudzeniem, błyszczącem nieziemską jasnością wśród mroku, wśród tryumfującego mroku, przed którym nie byłbym mógł jej obronić — przed którym nie mogłem obronić nawet samego siebie.
— „Co za strata dla mnie — dla nas!“ poprawiła się ze szlachetną wspaniałomyślnością, poczem dodała szeptem: „Dla świata“.
— W ostatnich przebłyskach mierzchnącego dnia widziałem blask jej oczu pełnych łez — łez, które spłynąć nie chciały.
— „Byłam bardzo szczęśliwa — bardzo hojnie obdarowana przez los — bardzo dumna“, mówiła dalej. „Zbyt hojnie obdarowana. Zbyt szczęśliwa przez krótką chwilę. A teraz jestem nieszczęśliwa — na — na całe życie“.
— Podniosła się; jasne jej włosy zdawały się chwytać wszystko pozostałe światło i lśnić złotem. Wstałem także.
— „A z tego wszystkiego“, ciągnęła żałośnie, „ze wszystkiego co zapowiadał, z całej jego wielkości, z jego wspaniałomyślnej duszy, jego szlachetnego serca nie zostało nic — nic prócz wspomnienia. Pan i ja — —“
— „Będziemy go zawsze pamiętać“, rzekłem pośpiesznie.
— „Nie!“ krzyknęła. „Niepodobna, aby to wszystko przepadło — aby takie życie zostało poświęcone, nie zostawiając po sobie nic prócz bólu. Pan wie jakie rozległe miał plany. Wiedziałam o nich także — nie mogłam ich może zrozumieć — ale inni o nich wiedzieli. Coś musi pozostać. Jego słowa przynajmniej nie umarły“.
— „Jego słowa pozostaną“, rzekłem.
— „I jego przykład“, szepnęła do siebie. „Ludzie podziwiali go — dobroć jego jaśniała w każdym czynie. Jego przykład — —“
— „To prawda“, rzekłem. „Został też jego przykład. Tak, jego przykład. Zapomniałem o tem“.
— „Ale ja nie zapominam. Nie mogę — nie mogę uwierzyć — jeszcze nie mogę. Nie mogę uwierzyć że nigdy go już nie zobaczę, że nikt go już nie zobaczy — nigdy, nigdy, nigdy“.
— Wyciągnęła ramiona jakby za cofającą się postacią, wyciągnęła czarne ramiona ze splecionemi, blademi rękami na tle światła mierzchnącego w wąskich oknach. Nigdy go już nie zobaczy. A ja widziałem go jednak wyraźnie. Będę widział to wymowne widmo póki żyję, i ją będę widział także jako tragiczny i bliski Cień — podobny w tym geście do innego Cienia — również tragicznego, co pokryty bezsilnemi amuletami wyciągał nagie, brunatne ramiona nad połyskliwą, piekielną rzeką, rzeką mroku. Odezwała się nagle bardzo cicho:
— „Umarł, jak żył“.
— „Jego śmierć“, rzekłem, czując, że głuchy gniew podnosi się we mnie, „była pod każdym względem godna jego życia“.
— „A mnie przy nim nie było“, szepnęła.
— Gniew mój ustąpił uczuciu niezmiernej litości.
— „Wszystko co tylko dało się zrobić — —“ mruknąłem.
— „Ach, ale ja w niego wierzyłam więcej niż ktokolwiek na ziemi — więcej niż jego własna matka, więcej niż — on sam. Potrzebował mnie! Mnie! Byłabym przechowała każde jego westchnienie, każde słowo, każdy znak, każde spojrzenie“.
— Poczułem jakby zimny ucisk na piersi.
— „Niech pani przestanie“, rzekłem stłumionym głosem.
— „Przepraszam pana. Ja... ja tak długo opłakiwałam go w milczeniu — w milczeniu... Pan z nim był — do ostatka? Myślę o jego samotności. Nie miał przy sobie nikogo, ktoby go rozumiał tak jak ja go rozumiałam. Może nie było nikogo, ktoby usłyszał...“
— „Byłem przy nim aż do ostatniej chwili“, rzekłem drżącym głosem. „Słyszałem jego ostatnie słowa...“ Zamilkłem, przerażony.
— „Niech pan mi je powtórzy“, szepnęła rozdzierająco. „Potrzebuję — potrzebuję — czegoś — aby — aby — z tem żyć“.
— O mało co jej nie krzyknąłem: czyż pani tych słów nie słyszy? Zmierzch powtarzał je naokoło uporczywym szeptem, szeptem, który zdawał się wzbierać groźnie jak szmer zrywającego się wiatru: „Ohyda! Ohyda!”
— „Ostatnie jego słowo — abym miała z czem żyć“, prosiła. „Czy pan nie rozumie że ja go kochałam — kochałam — kochałam!“
— Opanowałem się i wyrzekłem powoli:
— „Ostatni wyraz jaki wymówił, to było — pani imię“.
— Usłyszałem lekkie westchnienie i naraz stanęło mi serce, zatrzymane przez straszliwy krzyk uniesienia, krzyk niepojętego tryumfu i niewypowiedzianego bólu:
— „Wiedziałam — byłam pewna!...“
— Wiedziała. Była pewna. Słyszałem jak płakała z twarzą ukrytą w dłoniach. Miałem wrażenie, że dom runie nim zdołam uciec, że niebiosa zwalą mi się na głowę. Ale nic się nie stało. Niebiosa nie zapadają się dla takiej drobnostki. Ciekawym czy byłyby się zapadły, gdybym oddał Kurtzowi sprawiedliwość na jaką zasłużył? Czyż nie powiedział że pragnie tylko sprawiedliwości? Ale nie mogłem. Nie mogłem jej powiedzieć. Byłoby się zrobiło za ciemno — beznadziejnie ciemno...“
Marlow umilkł i siedział na uboczu, niewyraźny i milczący, w pozie zadumanego Buddy. Nikt się nie poruszył przez jakiś czas.
— „Straciliśmy początek odpływu“, rzekł nagle dyrektor.
Podniosłem głowę. Otwarte morze było zagrodzone czarną ławą chmur, a spokojny wodny szlak, wiodący do najdalszych krańców ziemi, ciągnął się, mroczny, pod zasępionem niebem, zdając się prowadzić wgłąb niezmierzonej ciemności.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Aniela Zagórska.