Strona:PL Joseph Conrad-Młodość; Jądro ciemności.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


słyszanych przez nas krzyków. Nie miały charakteru srogiego, zwiastującego bezpośredni wrogi zamiar. Ów zgiełk, choć nieoczekiwany, dziki i gwałtowny, zostawił mi nieodparte wrażenie smutku. Widok parowca przejął z jakiejś przyczyny tych dzikich nieopanowanym bólem. Wykładałem dyrektorowi, że jeśli nam grozi niepezpieczeństwo, to tylko dlatego że się ocieramy o jakąś wielką, rozpętaną ludzką namiętność. Niezmierna boleść może znaleźć wkońcu ujście w gwałcie, ale zwykle przechodzi w apatję...
— Trzeba wam było widzieć jak pielgrzymi wytrzeszczali na mnie oczy! Zbyt byli przygnębieni aby się skrzywić lub mnie zwymyślać, ale myśleli pewno żem oszalał — prawdopodobnie ze strachu. Wygłosiłem prawdziwy odczyt. Ale nie było warto się fatygować. A jeśli chodzi o czuwanie nad statkiem, no — chyba sobie wyobrażacie że czyhałem na podniesienie się mgły jak kot śledzący mysz; cóż kiedy oczy nie na wiele się mogły przydać, ponieważ byliśmy jakgdyby zagrzebani głęboko w stosie waty. I czuło się tę mgłę jak watę — duszną, ciepłą, dławiącą. Zresztą opinja którą wypowiedziałem o tych wypadkach — choć na pozór dziwaczna — zgadzała się zupełnie z rzeczywistością. To, o czem mówiliśmy później jako o ataku, było w istocie próbą odparcia nas. Akcja dzikich nie okazała się bynajmniej agresywną — ani nawet obronną w zwykłem tego słowa znaczeniu; została podjęta pod wpływem rozpaczy, a w gruncie rzeczy była nawskroś opiekuńczą.
— Rozpoczęła się, powiedzmy, w dwie godziny po podniesieniu się mgły, w miejscu oddalonem mniej więcej o półtorej mili od stacji Kurtza. Gramoliliśmy się właśnie po wodzie, usiłując okrążyć zakręt, gdy