Strona:PL Joseph Conrad-Młodość; Jądro ciemności.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


póki się nie powiesi dla przykładu jednego z tych drabów“ — rzekł.
— „Naturalnie“, — mruknął drugi, — „powiesić go i koniec! Czemu nie? Wszystko — wszystko można zrobić w tym kraju. To właśnie chcę powiedzieć; nikt tutaj, rozumiesz, tutaj nie może zachwiać twojego stanowiska. A dlaczego? Bo wytrzymujesz ten klimat — przetrwasz ich wszystkich. Niebezpieczeństwo jest w Europie; ale tam już się postarałem przed wyjazdem, aby — —“
— Oddalili się, szepcząc, potem głosy ich podniosły się znowu.
— „Te wszystkie nieprzewidziane opóźnienia nie są moją winą. Robiłem co mogłem“.
— Grubas westchnął.
— „To bardzo smutne“.
— „A ta jego głupia, obmierzła gadanina“ — ciągnął drugi; — „dokuczył mi tu porządnie podczas swego pobytu. Rozpowiadał że stacja powinna być jakby pochodnią na drodze ku lepszemu jutru, ośrodkiem handlu także, rzecz prosta, ale przytem i humanitaryzmu, postępu, oświaty. — Czy wuj to pojmuje? — co za osioł! I ten chce być dyrektorem! Nie, to jest — —“
— Zatchnęło go z oburzenia. Podniosłem nieznacznie głowę. Zdumiałem się, spostrzegłszy jak byli blisko — tuż pode mną. Byłbym mógł plunąć na ich kapelusze. Patrzyli w ziemię, pochłonięci myślami. Dyrektor uderzał się po nodze cienką gałązką; jego sprytny krewniak podniósł głowę.
— „A czujesz się dobrze od ostatniego przyjazdu?“ — zapytał.
— Tamten drgnął.
— „Kto? Ja? Och, jak ryba — jak ryba. Ale