Strona:PL Joseph Conrad-Młodość; Jądro ciemności.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kogoś bliskiego, utratę honoru, potępienie — niż tego rodzaju przeciągły głód. Smutne lecz prawdziwe. A przytem te chłopy nie miały żadnych absolutnie przyczyn do odczuwania skrupułów. Powściągliwość! Mógłbym się równie dobrze spodziewać powściągliwości od hjeny żerującej wśród trupów na pobojowisku. Ale oto był przede mną ten fakt — jaskrawy, oczywisty, jak piana na głębiach morza — tajemnica większa, gdy się nad nią zastanawiałem, niż dziwny, niepojęty ton rozpaczliwego żalu dźwięczący w tej dzikiej wrzawie, którą minęliśmy na brzegu, za ślepą bielą mgły.
— Dwaj pielgrzymi sprzeczali się gorączkowym szeptem, na którym brzegu rozległ się krzyk. „Na lewym“. „Ależ nie, co pan znów! Na prawym, naturalnie że na prawym“.
— „Położenie jest bardzo poważne“, rzekł za mną głos dyrektora; byłbym niepocieszony gdyby coś miało się stać Kurtzowi nim dojedziemy.
— Spojrzałem na dyrektora i nie miałem najlżejszej wątpliwości że mówi szczerze. Należał właśnie do tej kategorji ludzi, którym chodzi o zachowanie pozorów. To był jego hamulec. Ale gdy mruknął coś o tem że trzeba jechać natychmiast, nie zadałem sobie nawet trudu aby mu odpowiedzieć. Wiedział, tak jak i ja, że to niemożliwe. Gdybyśmy podnieśli kotwicę, znaleźlibyśmy się dosłownie w powietrzu — w przestrzeni. Nie możnaby wówczas powiedzieć dokąd jedziemy — w górę, w dół rzeki, czy wpoprzek, pókibyśmy znów nie dosięgli jednego lub drugiego brzegu — a i wtedy byśmy nie wiedzieli z początku który to brzeg. Oczywiście nie ruszyłem się z miejsca. Nie miałem ochoty roztrzaskać statku. Niepodobna było sobie wyobrazić bardziej niebezpiecznego miejsca