Strona:PL Joseph Conrad-Młodość; Jądro ciemności.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w razie rozbicia. Nawet gdybyśmy nie zatonęli odrazu, mogliśmy być pewni że zginiemy wnet w taki lub inny sposób.
— „Upoważniam pana do podjęcia wszelkiego ryzyka“ — rzekł dyrektor po krótkiem milczeniu.
— „A ja nie podejmę żadnego“ — odrzekłem krótko, co było właśnie odpowiedzią której oczekiwał, choć mój ton może go zaskoczył.
— „Trudno, muszę się zdać na pański sąd. Pan jest kapitanem“ — rzekł z wyraźną uprzejmością.
— Odwróciłem się do niego tyłem na znak szacunku i patrzałem we mgłę. Jak długo będzie trwała? Był to widok wprost beznadziejny. Drogę do tego Kurtza — który rył się w ziemi, w pogoni za kością słoniową, wśród tego przeklętego gąszczu — osaczały takie niebezpieczeństwa, jakby był zaczarowaną księżniczką śpiącą w zamku z bajki.
— „Czy napadną nas, jak pan myśli?“ spytał poufnie dyrektor.
— Nie sądziłem aby nas zaatakowali, dla różnych oczywistych powodów. Jednym z nich była gęsta mgła. Gdyby chcieli odbić od brzegu w czółnach, zagubiliby się we mgle, coby i nas spotkało, gdybyśmy usiłowali ruszyć z miejsca. Ale zdawało mi się także, iż dżungla na obu wybrzeżach jest absolutnie nie do przebycia — tymczasem tkwiły w niej oczy, oczy które nas dostrzegły. Nadrzeczne zarośla były napewno bardzo zwarte, jednak przez gąszcz za niemi można się było przedrzeć. Lecz nie dostrzegłem wcale czółen na rzece w czasie krótkotrwałego podniesienia się mgły a w każdym razie nie widziałem ich obok parowca. Ale głównym powodem, dla którego atak wydawał mi się niemożliwy, był rodzaj tej wrzawy — tych