Strona:PL Joseph Conrad-Młodość; Jądro ciemności.djvu/077

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ścigały nawzajem, dopędzały, łączyły, krzyżowały — aby się rozstać śpiesznie lub powoli. Ruch handlowy wielkiego miasta trwał na bezsennej rzece wśród gęstniejącego mroku.
Przypatrywaliśmy się, czekając cierpliwie — nic innego nie można było robić aż do końca przypływu; lecz dopiero po dłuższem milczeniu Marlow rzekł wahająco: „Pamiętacie pewno, koledzy, że byłem czas jakiś marynarzem na słodkich wodach“ — i wówczas wiedzieliśmy już, że jest nam sądzone — nim odpływ się zacznie — wysłuchać jednej z rozlicznych przygód Marlowa, nie doprowadzających do żadnej konkluzji.
— Nie chcę nudzić was długo tem co spotkało mnie samego — zaczął, zdradzając tą uwagą słabość właściwą wielu gawędziarzom, którzy tak często zdają się nie wiedzieć co ich słuchaczy najbardziej interesuje — lecz aby zrozumieć wpływ, jaki to na mnie wywarło, musicie wiedzieć jak się tam znalazłem, co zobaczyłem, jak popłynąłem w górę rzeki aż do miejsca gdzie spotkałem się po raz pierwszy z tym nieborakiem. Był to najdalszy punkt mojej wyprawy i kulminacyjny punkt mych przeżyć. Rzucił jakgdyby pewien rodzaj światła na to co mnie otaczało — i na moje myśli. Wszystko to było dość ponure — i żałosne — i wcale nie nadzwyczajne — i nie bardzo jasne bynajmniej. Nie, nie było bardzo jasne. A jednak zdaje mi się że rzuciło pewnego rodzaju światło.
— Powróciłem wówczas, jak pamiętacie, do Londynu po dłuższej żegludze na oceanie Indyjskim, Spokojnym, na morzach Chińskich — po porządnej porcji wschodu — trwało to około sześciu lat. Wałęsałem się tu i ówdzie, przeszkadzając kolegom w pracy i nachodząc wasze domy, zupełnie jakby mi niebo poru-