Strona:PL Joseph Conrad-Młodość; Jądro ciemności.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


człowiekowi takiemu jak Kurtz — krzyknął ostatni jego zwolennik.
— „No a pan?“ zapytałem.
— „Ja! ja! Ja jestem prostym człowiekiem. Ja nie mam wielkich planów. Nic od nikogo nie potrzebuję. Jakże pan może mnie porównywać do...“
— Taki był przejęty, że nie mógł wyrazić słowami swych uczuć; nagle stracił panowanie nad sobą.
— „Nie rozumiem“, jęknął. „Zrobiłem co mogłem aby go utrzymać przy życiu, i na tem koniec. Nie mieszałem się do tego wszystkiego. Nie jestem wcale utalentowany. Już od miesięcy niema tu ani kropli lekarstwa, ani odrobiny pożywienia odpowiedniego dla chorych. Opuszczono go haniebnie. Człowieka takiego jak on, człowieka o takich ideach. Haniebnie! Haniebnie! Ja — ja — nie spałem już dziesięć nocy...“
— Głos jego rozpłynął się w przedwieczornym spokoju. Długie cienie lasu zsunęły się ze wzgórza podczas naszej rozmowy daleko poza walącą się szopę, poza rząd symbolicznych pali. Zmierzch już ogarnął to wszystko, a my tam w dole znajdowaliśmy się jeszcze w blasku słońca; przestrzeń rzeki naprzeciw polanki gorzała cichym, olśniewającym przepychem między obu mrocznemi, ocienionemi zakrętami w dole i w górze. Na brzegu nie było widać żywej duszy. Gąszcz nie szeleścił.
— Nagle z za węgła domu ukazała się grupa ludzi jakby wyrosłych z pod ziemi. Brodzili po pas w trawie zwartym oddziałem, dźwigając w pośrodku zaimprowizowane nosze. Wśród pustki krajobrazu wzniósł się natychmiast przenikliwy krzyk i przebił spokojne powietrze, jak ostra strzała mierząca wprost w serce