Strona:PL Joseph Conrad-Młodość; Jądro ciemności.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Dostrzegłem przed statkiem na wodzie zmarszczkę w kształcie litery V. Jakto? Znowu pień! Pod mojemi nogami wybuchła strzelanina. Pielgrzymi zaczęli walić ze swych winczestrów, tryskając poprostu w gąszcz ołowiem. Piekielna masa dymu podniosła się i sunęła zwolna ku przodowi. Zakląłem. Nie mogłem teraz dojrzeć ani zmarszki na wodzie ani pnia. Stałem na progu domku, wpatrując się w wodę, a strzały nadlatywały rojami. Może były zatrute, ale zdawało się że nie mogłyby zabić nawet i kota. Gąszcz zaczął wyć. Nasi drwale podnieśli wojowniczy wrzask; tuż za memi plecami rozległ się wystrzał i ogłuszył mię. Spojrzałem w tył; domek pilota był jeszcze pełen hałasu i dymu, gdy przypadłem do koła. Ten czarny dureń rzucił wszystko aby otworzyć okiennicę i strzelić ze stojącego w kącie Martini-Henry. Tkwił przed szerokim otworem i wybałuszał oczy, a ja naprostowywałem nagły skręt statku, krzycząc żeby wrócił do steru. Nie starczyło miejsca na zawrócenie z drogi, nawet gdybym tego chciał; pień sterczał gdzieś bardzo blisko w tym przeklętym dymie, nie było czasu do stracenia, więc skierowałem statek ku brzegowi — wprost ku brzegowi, gdzie wiedziałem że woda jest głęboka.
— Przedzieraliśmy się zwolna przez zwisające zarośla, wśród wiru połamanych gałęzi i lecących liści. Strzelanina w dole ustała; przewidziałem że tak będzie, kiedy się lufy opróżnią. Odrzuciłem głowę wtył przed błyszczącym świstem co przeleciał przez domek, wpadłszy przez jeden otwór okienny i wypadłszy przez drugi. Patrząc mimo oszalałego sternika, który potrząsał pustą strzelbą i wrzeszczał w stronę brzegu, dostrzegłem niewyraźne ludzkie postacie; biegły zgięte we dwoje, ska-