Strona:PL Joseph Conrad-Młodość; Jądro ciemności.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


głem. Podchodziłem Kurtza, jakby to była chłopięca zabawa.
— Dopadłem go, i gdyby nie usłyszał że się zbliżam, byłbym się przewrócił o niego, ale się podniósł w porę. Dźwignął się niepewnie, długi, blady, niewyraźny, jak opar wyzionięty przez ziemię, i chwiał się zlekka przede mną, mglisty i milczący; z tyłu za mojemi plecami ognie majaczały wysoko wśród drzew, a gwar licznych głosów szedł z lasu. Zabiegłem mu zręcznie drogę, ale gdy już przed nim stanąłem, wydało mi się że odzyskuję przytomność: ujrzałem niebezpieczeństwo w całej jego grozie. Nie minęło jeszcze bynajmniej. Gdyby tak Kurtz zaczął wołać? Choć ledwie mógł się utrzymać na nogach, głos jego miał jeszcze wciąż dużo siły.
— „Niech pan odejdzie — niech pan się schowa“, rzekł swym zwykłym, głębokim głosem.
— To było bardzo straszne. Obejrzałem się. Znajdowaliśmy się o trzydzieści stóp od najbliższego ogniska. Czarna postać podniosła się i wielkim krokiem przeszła na długich nogach przez jasność padającą od ognia, machając długiemi, czarnemi ramionami. Miała na głowie rogi — zdaje mi się że antylopie. Był to z pewnością jakiś czarownik, jakiś zaklinacz: dość szatańsko na to wyglądał.
— „Czy pan wie, co pan robi?“ szepnąłem.
— „Najzupełniej“, odrzekł, podnosząc głos aby wymówić to jedno słowo: zabrzmiało mi w uszach, niby dalekie a jednak głośne; miałem wrażenie że Kurtz woła do mnie przez tubę. Jeżeli zrobi awanturę, jesteśmy zgubieni, pomyślałem. Nie była to oczywiście okazja do walki na pięści, nie mówiąc już nawet o tem że