Strona:PL Joseph Conrad-Młodość; Jądro ciemności.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


było zadziwiające, ale bardziej jeszcze zdumiały mię notatki skreślone ołówkiem na marginesach, odnoszące się wyraźnie do tekstu. Nie chciałem wierzyć własnym oczom! Były pisane szyfrem! Tak, to wyglądało na szyfr. Wyobraźcie sobie człowieka, który taszczy za sobą w bezludzie książkę tego rodzaju, i studjuje ją — i robi notatki — szyfrem w dodatku! Była to cudaczna tajemnica.
— Już od pewnego czasu dochodził mętnie do mojej świadomości jakiś dokuczliwy hałas; podniósłszy oczy, zauważyłem że stos drzewa znikł, a dyrektor wraz ze wszystkimi pielgrzymami woła na mnie z brzegu. Wsunąłem książkę do kieszeni. Wierzajcie mi, odrywając się od tego czytania, miałem wrażenie że rzucam przystań starej i wypróbowanej przyjaźni.
— Wprawiłem w ruch kulawą maszynę.
— „Chyba to ten nędzny kupczyk — ten intruz“ — zawołał dyrektor, oglądając się nieprzyjaźnie na opuszczony przez nas brzeg.
— „To pewnie Anglik“, odpowiedziałem.
— „Nie uratuje go to od kabały, jeśli się nie będzie pilnował“ — mruknął posępnie dyrektor. Zauważyłem z udaną naiwnością, że nikt nie jest wolny od trosk na tym świecie.
— Prąd stał się bardziej wartkim, parowiec zdawał się dyszeć ostatkiem sił, napędowe koło opadało leniwie, i uprzytomniłem sobie że czekam z zapartym oddechem na następny ciąg statku, gdyż Bogiem a prawdą spodziewałem się iż nędzny gruchot utknie lada chwila. Było to jakby śledzenie ostatnich przebłysków życia. Ale pełzliśmy wciąż. Czasami upatrywałem jakie drzewo przed nami aby wymiarkować o ile zbliżyliśmy się do Kurtza, ale je stale gubiłem nim się zdążyliśmy z niem