Strona:PL Joseph Conrad-Młodość; Jądro ciemności.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


istnieć i dążyć przed siebie z możliwie największem ryzykiem, wśród jaknajcięższych prywacyj. Tym młodzieńcem pokrytym łatami władał absolutnie czysty, bezinteresowny i najmniej praktyczny z awanturniczych duchów, jakie kiedykolwiek rządziły ludzką istotą. Zazdrościłem mu prawie tego skromnego i jasnego płomienia. Zdawało się że ów płomień pochłonął w nim tak doszczętnie każdą myśl samolubną, iż nawet gdy słuchałem o jego przygodach, zapominałem że to właśnie on — ten człowiek stojący przede mną — przeszedł wszystkie te rzeczy. Nie zazdrościłem mu jednak uwielbienia dla Kurtza. Wcale się nad niem nie zastanawiał. Przyszło do niego i przyjął je z pewnego rodzaju żarliwym fatalizmem. Muszę powiedzieć, że to uczucie wydało mi się ze wszech miar największem chyba niebezpieczeństwem jakie napotkał dotychczas.
— Spotkanie tych ludzi było nieuniknione, jak zetknięcie się dwóch okrętów ogarniętych ciszą burta w burtę i ocierających się wkońcu o siebie. Kurtz potrzebował widać słuchacza, bo wiem że przy pewnej okazji rozmawiali przez całą noc, rozłożywszy się obozem w lesie; a właściwie pewnie sam Kurtz tylko mówił.
— „Rozmawialiśmy o wszystkiem“, rzekł jego wielbiciel, porwany tem wspomnieniem. „Zapomniałem że sen wogóle istnieje. Miałem wrażenie że ta noc nie trwała i godziny. O wszystkiem! O wszystkiem!... A także i o miłości“.
— „Ach, więc mówił z panem o miłości!“ rzekłem, mocno tem ubawiony.
— „Nie tak jak pan myśli!“ wykrzyknął prawie namiętnie. „Mówił o miłości wogóle. Odsłonił przede mną takie rzeczy — takie rzeczy —“