Strona:PL Joseph Conrad-Młodość; Jądro ciemności.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Podniósł gwałtownie ramiona. Byliśmy wówczas na pokładzie i starszy wśród moich drwali, który się wałęsał w pobliżu, zwrócił na niego ociężałe, błyszczące oczy. Rozejrzałem się, i nie wiem dlaczego, ale doprawdy — nigdy, nigdy jeszcze ten kraj, ta rzeka, ta dżungla, nawet sklepienie tego jaśniejącego nieba nie wydały mi się tak beznadziejne i tak ponure, tak nieprzeniknione dla ludzkiej myśli, tak bezlitosne dla ludzkiej słabości.
— „I odtąd, naturalnie, był pan z nim ciągle razem?“ rzekłem.
— Okazało się że nie. Stosunki ich ulegały częstym przerwom z wielu powodów. Pielęgnował Kurtza, jak mi oświadczył z dumą, podczas dwóch chorób (wspominał o tem niby o ryzykownym jakimś czynie), ale zazwyczaj Kurtz wędrował sam, daleko w głębi lasów.
— „Przychodziłem tu często na stację i nieraz musiałem czekać wiele dni zanim się zjawił“ — opowiadał. „Ach, warto było czekać! — niekiedy“.
— „A co Kurtz robił? Badał okolice czy co?“ zapytałem.
— „O tak, naturalnie“; Kurtz odkrył bardzo wiele wsi, a także jezioro — wielbiciel jego nie wiedział dokładnie w jakim kierunku — niebezpiecznie było zanadto się dopytywać — ale w tych wyprawach chodziło mu przeważnie o kość słoniową.
— „Przecież nie miał już wówczas towarów do handlu“, wtrąciłem.
— „Spora ilość naboi została po dziś dzień jeszcze“ — odpowiedział, nie patrząc mi w oczy.
— „Mówiąc bez ogródek, łupił poprostu kraj“, rzekłem. Tamten skinął głową. „Z pewnością nie sam