Strona:PL Joseph Conrad-Młodość; Jądro ciemności.djvu/176

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wizerunek śmierci potrząsał groźnie ręką wobec tłumu nieruchomych ludzi z ciemnego, połyskliwego bronzu. Widziałem że otwierał szeroko usta — nadawało mu to wygląd niesamowicie żarłoczny, jakby chciał połknąć wszystko powietrze, i całą ziemię, i wszystkich ludzi przed sobą. Głęboki głos doszedł mnie słabo. Musiał widocznie krzyknąć. Wtem opadł na posłanie. Nosze wstrząsnęły się gdy tragarze ruszyli znów naprzód, i prawie jednocześnie zauważyłem że tłum dzikich znika bez żadnego dostrzegalnego ruchu, jakgdyby las, który raptem wyrzucił z siebie te stworzenia, wsysał je zpowrotem, tak jak się wciąga powietrze w długim oddechu.
— Niektórzy z pielgrzymów idących za noszami trzymali broń Kurtza — dwie krócice, ciężką strzelbę i lekki samoczynny karabin — gromy tego opłakanego Jupitera. Dyrektor szedł tuż obok jego głowy i pochylił się nad nim, szepcząc. Położyli go w jednej z małych kajut — było tam miejsce tylko na tapczan i parę składanych krzeseł, jak wiecie. Przywieźliśmy mu spóźnioną korespondencję; podarte koperty i otwarte listy pokrywały łóżko. Ręka jego błądziła powoli wśród tych papierów. Uderzyła mnie płomienność jego oczu przy spokojnym, znużonym wyrazie twarzy. Nie było to właściwie osłabienie chorobą. Zdawał się nie odczuwać żadnych cierpień. Odniosłem wrażenie że cień ten nasycił się już i uspokoił, że wyczerpał do dna wszystkie wzruszenia.
— Nagle zaszeleścił jednym z listów i spojrzał mi prosto w twarz, mówiąc: „Bardzo mi przyjemnie“. Widać ktoś mu o mnie napisał. Znów te specjalne polecenia! Zdumiała mię potęga głosu, którym władał bez wysiłku, prawie nie zadając sobie trudu porusza-