Strona:PL Joseph Conrad-Młodość; Jądro ciemności.djvu/204

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— „Nie kochać“, dokończyła żarliwie; oniemiałem z przerażenia. „Jaka to prawda! jaka prawda! Ale niech pan pomyśli że nikt go nie znał tak jak ja! Jego szlachetna dusza ufała mi bez granic. Ja go znałam najlepiej“.
— „Pani go znała najlepiej“, powtórzyłem.
— I może tak było istotnie. Lecz z każdem wymówionem słowem pokój się stawał mroczniejszy; tylko jej czoło, gładkie i białe, jaśniało niewyczerpanem światłem wiary i miłości.
— „Pan był jego przyjacielem“, ciągnęła. „Przyjacielem“, powtórzyła trochę głośniej. „Pan musiał być jego przyjacielem, jeśli panu to powierzył, jeśli pana do mnie przysłał. Czuję że mogę do pana mówić — i — och, muszę do pana mówić! Chcę aby pan — pan, który słyszał jego ostatnie słowa — wiedział że byłam godna tego człowieka... To nie jest duma... Chociaż — tak! Jestem dumna z tej świadomości że rozumiałam go lepiej, niż ktokolwiek inny na ziemi — sam mi to powiedział. A odkąd jego matka umarła, nie mam nikogo, nikogo — aby — aby — —“
— Słuchałem. Ciemność się pogłębiała. Nie byłem nawet pewien, czy Kurtz dał mi właściwą paczkę. Podejrzewam raczej że chciał mi powierzyć inną plikę papierów, które widziałem po jego śmierci w rękach dyrektora przeglądającego je pod lampą. A dziewczyna mówiła dalej, dając folgę swemu bólowi w przekonaniu że jej współczuję; mówiła tak, jak człowiek spragniony pije. Wspominano mi że jej rodzina sprzeciwiała się zaręczynom z Kurtzem. Nie był dosyć bogaty, czy też coś w tym rodzaju. I rzeczywiście nie jestem pewien czy nie cierpiał niedostatku przez całe życie. Były pewne podstawy do przypuszczenia, że miał