Strona:PL Joseph Conrad-Młodość; Jądro ciemności.djvu/206

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tać wszystko pozostałe światło i lśnić złotem. Wstałem także.
— „A z tego wszystkiego“, ciągnęła żałośnie, „ze wszystkiego co zapowiadał, z całej jego wielkości, z jego wspaniałomyślnej duszy, jego szlachetnego serca nie zostało nic — nic prócz wspomnienia. Pan i ja — —“
— „Będziemy go zawsze pamiętać“, rzekłem pośpiesznie.
— „Nie!“ krzyknęła. „Niepodobna, aby to wszystko przepadło — aby takie życie zostało poświęcone, nie zostawiając po sobie nic prócz bólu. Pan wie jakie rozległe miał plany. Wiedziałam o nich także — nie mogłam ich może zrozumieć — ale inni o nich wiedzieli. Coś musi pozostać. Jego słowa przynajmniej nie umarły“.
— „Jego słowa pozostaną“, rzekłem.
— „I jego przykład“, szepnęła do siebie. „Ludzie podziwiali go — dobroć jego jaśniała w każdym czynie. Jego przykład — —“
— „To prawda“, rzekłem. „Został też jego przykład. Tak, jego przykład. Zapomniałem o tem“.
— „Ale ja nie zapominam. Nie mogę — nie mogę uwierzyć — jeszcze nie mogę. Nie mogę uwierzyć że nigdy go już nie zobaczę, że nikt go już nie zobaczy — nigdy, nigdy, nigdy“.
— Wyciągnęła ramiona jakby za cofającą się postacią, wyciągnęła czarne ramiona ze splecionemi, blademi rękami na tle światła mierzchnącego w wąskich oknach. Nigdy go już nie zobaczy. A ja widziałem go jednak wyraźnie. Będę widział to wymowne widmo póki żyję, i ją będę widział także jako tragiczny i bliski Cień — podobny w tym geście do innego Cienia — również tragicznego, co pokryty bezsilnemi amuletami