Strona:PL Joseph Conrad-Młodość; Jądro ciemności.djvu/193

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Ten szkodliwy bałwan (miał na myśli dyrektora) gotów szperać w moich kufrach, kiedy nie patrzę“.
— Widziałem go znów popołudniu. Leżał nawznak z zamkniętemi oczami; cofnąłem się pocichu, ale usłyszałem jak mruczał:
— „Żyć sprawiedliwie, umierać... umierać...“
— Nadstawiłem ucha. Nic już nie usłyszałem. Czy powtarzał przez sen jakąś mowę? a może fragment zdania z dziennikarskiego artykułu? Pisywał dawniej do gazet i znów miał zamiar to robić dla rozpowszechniania swoich idei. „To mój obowiązek“.
— Ten człowiek tkwił w nieprzeniknionym mroku. Patrzyłem na niego, jak się patrzy w dół na kogoś leżącego na dnie przepaści, gdzie słońce nigdy nie świeci. Ale nie mogłem mu dużo czasu poświęcać, bo pomagałem maszyniście przy rozbieraniu cieknących cylindrów, przy wyprostowywaniu zgiętego korbowodu i innych tym podobnych sprawach. Żyłem w piekielnym rozgardjaszu wśród rdzy, opiłków, naśrubków, sworzniów, kluczów naśrubkowych, młotków, wiertarek — rzeczy których nienawidzę, ponieważ nie umiem sobie z niemi poradzić. Zajmowałem się naszą małą kuźnią — mieliśmy ją na szczęście na statku; pracowałem ciężko wśród nędznego śmietniska — chyba że miałem za silne dreszcze by się utrzymać na nogach.
— Pewnego wieczoru, gdy wszedłem do Kurtza ze świecą, przestraszyłem się, słysząc że mówi trochę drżącym głosem:
— „Leżę tu w ciemności i czekam na śmierć“.
— Światło znajdowało się o stopę od jego oczu. Zmusiłem się do szeptu: „Ale cóż znowu!“ i stałem nad nim jak wrośnięty w ziemię.
— Czegoś zbliżonego do zmiany, która zaszła