Strona:PL Joseph Conrad-Młodość; Jądro ciemności.djvu/183

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


sandały. Wygrzebałem jakąś starą parę, na którą spojrzał z podziwem nim ją wetknął pod lewe ramię. Jedna z jego kieszeni (jasno-czerwona) była wypchana nabojami, z drugiej (ciemno-niebieskiej) sterczały „Badania“ Towsona, i t. d., i t. d. Zdawał się uważać siebie za świetnie wyekwipowanego na nową walkę z puszczą. „Ach! Nigdy, nigdy już takiego człowieka nie spotkam. Czemuż pan go nie słyszał deklamującego poezje — i to jego własne, powiedział mi to. Poezje!“ Przewrócił oczami na wspomnienie owych rozkoszy. „Jak ten człowiek rozszerzył mój horyzont!“
— „Dowidzenia panu“, rzekłem.
— Uścisnął mi rękę i znikł wśród nocy. Pytam się siebie czasami, czy go rzeczywiście widziałem czy spotkanie z takim fenomenem było istotnie możliwe!...
— Gdy się obudziłem wkrótce po północy, przyszła mi na myśl jego przestroga i wzmianka o niebezpieczeństwie, które wśród tego gwiezdnego mroku wydało mi się tak realnem, że wstałem aby rzucić okiem dokoła. Na wzgórzu paliło się wielkie ognisko, oświetlając od czasu do czasu krzywy węgieł stacyjnego budynku. Jeden z agentów wraz z kilku naszymi Murzynami, uzbrojonymi w tym celu, trzymał straż nad kością słoniową; a daleko w głębi lasu czerwone, chwiejne błyski — które zdawały się wznosić z ziemi i opadać wśród mglistych kolumnowych kształtów o głębokiej czerni — wskazywały dokładnie miejsce obozowiska, gdzie czciciele Kurtza odbywali swe niespokojne wigilje. Monotonne bicie w wielki bęben napełniało powietrze głuchemi uderzeniami i przeciągłą wibracją. Spokojny pomruk wielu ludzi, nucących każdy dla siebie jakieś niesamowite zaklęcia, płynął z czarnej, pła-