Strona:PL Joseph Conrad-Młodość; Jądro ciemności.djvu/195

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wiście wiedziałem że pielgrzymi pochowali coś nazajutrz w błotnistej dziurze.
— A potem — bardzo niewiele brakowało by i mnie pochowano.
— Jednakże, jak widzicie, nie poszedłem wówczas za Kurtzem. Nie. Zostałem by prześnić ten koszmar do końca i by raz jeszcze wykazać swą lojalność w stosunku do tego człowieka. Przeznaczenie. Moje przeznaczenie! Śmieszna to rzecz, życie — owe tajemnicze kombinacje bezlitosnej logiki dla błahego celu. Conajwyżej można się spodziewać od życia odrobiny wiedzy o sobie samym — która przychodzi zapóźno i jest źródłem niewyczerpanych żalów. Zmagałem się tedy ze śmiercią. To najmniej zajmująca walka jaką sobie można wystawić. Człowiek prowadzi ją wśród nieuchwytnej szarzyzny, wśród pustki, bez gruntu pod nogami, bez widzów, bez wrzawy, bez chwały, bez wielkiego pragnienia zwycięstwa, bez wielkiej trwogi przed klęską, wśród chorobliwej atmosfery obojętnego sceptycyzmu, bez wielkiej wiary w słuszność własnej sprawy, a z mniejszem jeszcze przekonaniem o słuszności przeciwnika. Jeśli taką ma być najwyższa mądrość, to życie jest większą zagadką niż przypuszczają niektórzy. Byłem o włos od owej chwili kiedy człowiek może się wypowiedzieć po raz ostatni, i przekonałem się z upokorzeniem że prawdopodobnie nie będę miał nic do powiedzenia. Dlatego właśnie twierdzę iż Kurtz był wybitnym człowiekiem. On miał coś do powiedzenia. On to powiedział. Odkąd sam poza krawędź wyjrzałem, rozumiem lepiej jego wzrok, który nie mógł dostrzec płomienia świecy, lecz dość był dalekosiężny by objąć cały wszechświat, dość przenikliwy by przejrzeć wszystkie serca bijące w ciemności. Kurtz zsumował — osądził. „Ohyda!“