Strona:PL Joseph Conrad-Młodość; Jądro ciemności.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— „Ludzie, którzy tu przyjeżdżają, nie powinni mieć wnętrzności“.
— Przypieczętował właściwym sobie uśmiechem tę enuncjację, jakby to były drzwi otwierające się na ciemność, przy których pełnił funkcję odźwiernego. Zdawało się człowiekowi że coś ujrzał — ale leżała na tem pieczęć. Gdy mu dokuczyły ustawiczne kłótnie białych o pierwszeństwo przy stole, kazał zrobić olbrzymi okrągły stół, dla którego trzeba było oddzielny dom zbudować. Była to jadalnia stacji. Tam gdzie siedział dyrektor znajdowało się pierwsze miejsce — reszta się nie liczyła. Czuło się że to niezłomne jego przekonanie. Nie był ani uprzejmy, ani nieuprzejmy. Był spokojny. Pozwalał aby jego „boy“ — spasiony młody Murzyn z wybrzeża — traktował białych w jego obecności z wyzywającą zuchwałością.
— Zobaczywszy mię, dyrektor zaczął natychmiast mówić. Moja podróż przeciągnęła się bardzo długo. Nie mógł już czekać. Musiał wyruszyć beze mnie. Trzeba było zluzować ludzi na stacjach położonych wyżej nad rzeką. Tak długo się już zwlekało, że nie wiadomo kto umarł a kto żyje, jak tam sobie radzą — i tak dalej, i tak dalej. Nie zwracał uwagi na moje wyjaśnienia, i bawiąc się laską wosku, powtórzył kilka razy że sytuacja jest „bardzo, bardzo groźna“. Rozeszły się pogłoski iż bardzo ważna stacja znajduje się w niebezpieczeństwie, a jej kierownik, Kurtz, leży chory. Dyrektor ma nadzieję że to nieprawda. Kurtz jest... Czułem się zmęczony i zirytowany. Do djabła z tym Kurtzem! Przerwałem, oświadczając że słyszałem już o tym Kurtzu na wybrzeżu.
— „Ach tak! więc mówią tam o nim — szepnął sam do siebie“. — Po chwili milczenia ciągnął znów dalej,