Strona:PL Joseph Conrad-Młodość; Jądro ciemności.djvu/208

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


groźnie jak szmer zrywającego się wiatru: „Ohyda!“ Ohyda!”
— „Ostatnie jego słowo — abym miała z czem żyć“, prosiła. „Czy pan nie rozumie że ja go kochałam — kochałam — kochałam!“
— Opanowałem się i wyrzekłem powoli:
— „Ostatni wyraz jaki wymówił, to było — pani imię“.
— Usłyszałem lekkie westchnienie i naraz stanęło mi serce, zatrzymane przez straszliwy krzyk uniesienia, krzyk niepojętego tryumfu i niewypowiedzianego bólu:
— „Wiedziałam — byłam pewna!...“
— Wiedziała. Była pewna. Słyszałem jak płakała z twarzą ukrytą w dłoniach. Miałem wrażenie, że dom runie nim zdołam uciec, że niebiosa zwalą mi się na głowę. Ale nic się nie stało. Niebiosa nie zapadają się dla takiej drobnostki. Ciekawym czy byłyby się zapadły, gdybym oddał Kurtzowi sprawiedliwość na jaką zasłużył? Czyż nie powiedział że pragnie tylko sprawiedliwości? Ale nie mogłem. Nie mogłem jej powiedzieć. Byłoby się zrobiło za ciemno — beznadziejnie ciemno...“
Marlow umilkł i siedział na uboczu, niewyraźny i milczący, w pozie zadumanego Buddy. Nikt się nie poruszył przez jakiś czas.
— „Straciliśmy początek odpływu“, rzekł nagle dyrektor.
Podniosłem głowę. Otwarte morze było zagrodzone czarną ławą chmur, a spokojny wodny szlak, wiodący do najdalszych krańców ziemi, ciągnął się, mroczny, pod zasępionem niebem, zdając się prowadzić wgłąb niezmierzonej ciemności.