Strona:PL Joseph Conrad-Młodość; Jądro ciemności.djvu/091

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nasępiony blondyn; włosy miał rzadkie i powłóczył nogami. Gdyśmy odbijali od lichego, małego pomostu, wskazał pogardliwie głową na brzeg.
— „Tam pan mieszkał?“ — zapytał.
— „Tak“, — odpowiedziałem.
— „Niezłe okazy, ci rządowi faceci — co?“ — mówił dalej po angielsku z wielką precyzją i głębokiem rozgoryczeniem. — „To ciekawe czego się niektórzy ludzie nie podejmą za parę franków na miesiąc. Chciałbym wiedzieć co się dzieje z takimi osobnikami, kiedy się znajdą tam w górze rzeki?“
— Odrzekłem, źe mam nadzieję wkrótce się o tem przekonać.
— „Więc, to ta—a—ak!“ — wykrzyknął. Przeszedł wpoprzek statku, powłócząc nogami, i zerkając czujnie ku przodowi. — „Niech pan nie będzie zanadto pewien siebie“ — mówił dalej. — „Parę dni temu odczepiłem człowieka który się powiesił na drodze. Był to także Szwed“.
— „Powiesił się! Dlaczego, na miłość Boską?“ — wykrzyknąłem. Kapitan patrzył wciąż bacznie ku przodowi.
— „Któż to wie? Może nie mógł znieść tutejszego słońca, a może i kraju“.
— Wreszcie dotarliśmy do miejsca gdzie rzeka się rozszerzała. Ukazało się skaliste urwisko, wały wydobytej ziemi na brzegu, domy na wzgórzu; inne domki o żelaznych dachach tkwiły wśród pustki porytej wykopanemi jamami, lub przywierały do stoku. Nieustanny szum bystrego nurtu rzeki unosił się nad tym wizerunkiem zamieszkanej pustyni. Gromada ludzi, przeważnie czarnych i nagich, roiła się jak mrówki. Pomost wstępował w rzekę. Od czasu do czasu ośle-