Strona:PL Joseph Conrad-Młodość; Jądro ciemności.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


czułem bardzo naturalny wstręt do bójki z tym Cieniem — z tą wędrującą i udręczoną istotą.
— „Pan się zgubi“ — rzekłem, „zgubi się pan bezpowrotnie“.
— Czasem, wiecie, oświeci człowieka taki błysk natchnienia. Powiedziałem właśnie to co należało powiedzieć, choć Kurtz nie mógł zaiste być bardziej nieodwołalnie zgubiony, niż właśnie w owej chwili gdy powstawała nasza zażyłość — która miała trwać — i trwać — aż do końca — a nawet jeszcze dłużej.
— „Miałem olbrzymie plany“, mruknął niepewnie.
— „Tak“, odrzekłem; „ale jeśli pan zacznie wołać, roztrzaskam panu głowę — —“ W pobliżu nie było nawet kija ani kamienia. „Zaduszę pana“, poprawiłem się.
— „Byłem już u progu wielkich rzeczy“, błagał głosem pełnym takiej tęsknoty, że krew zlodowaciała mi w żyłach. „A teraz przez tego idjotycznego łotra — —“
— „Pańskie powodzenie w Europie jest w każdym razie zapewnione“, rzekłem spokojnie. Nie miałem najmniejszej ochoty go dusić, jak rozumiecie — przytem byłoby to przyniosło zaiste bardzo małą korzyść realną. Usiłowałem rozproszyć czar — ciężki, niemy czar dziczy — który zdawał się przyciągać Kurtza do bezlitosnej piersi, budząc w nim zapomniane i brutalne instynkty, pojąc go wspomnieniami zaspokojonych, potwornych namiętności. Byłem przekonany że to go jedynie gnało ku skrajowi lasu, ku puszczy, w stronę blasku ognisk, dudnienia bębnów, niesamowitego nucenia zaklęć; tylko to znęciło jego pozbawioną hamulców duszę poza granice dozwolonych dążeń. I, uważacie,