Strona:PL Joseph Conrad-Młodość; Jądro ciemności.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zie ocalić — ale niech pan zważy jak niepewną jest nasza pozycja — i dlaczego? Ponieważ metoda postępowania jest niezdrowa.
— „Więc pan to nazywa „niezdrową metodą?“ zapytałem, patrząc na wybrzeże.
— „Bez kwestji!“ wykrzyknął gorąco. „A pan?“
— „To żadna metoda“, mruknąłem po chwili.
— „A właśnie, właśnie!“ uradował się. „Przewidywałem to zgóry. Ten człowiek wykazał zupełny brak wyrobienia. Obowiązkiem moim jest zaznaczyć to tam gdzie trzeba“.
— „Ach“, odpowiedziałem, „tamten facet — jak to on się nazywa? ten ceglarz, wystosuje już dla pana raport jak się patrzy“.
— Wydał się zmieszanym przez chwilę. Doznałem wrażenia, żem nigdy jeszcze nie oddychał atmosferą tak nikczemną, i w myśli zwróciłem się do Kurtza po ulgę — tak, dosłownie po ulgę.
— „Mimo to wszystko uważam, że Kurtz jest wybitnym człowiekiem“, rzekłem z naciskiem.
— Drgnął, rzucił na mnie zimne, ciężkie spojrzenie, rzekł bardzo spokojnie: „Był“ — i odwrócił się tyłem. Godzina łaskawości dla mnie minęła; zostałem zaliczony do tej samej kategorji co Kurtz, jako zwolennik metod, do których czasy jeszcze nie dojrzały; uznano mnie za niepewnego! Ach, ale i to coś znaczyło, że mogłem dokonać wyboru między koszmarami.
— W rzeczywistości zwróciłem się myślą do dziczy a nie do Kurtza, który — nie miałem zamiaru temu przeczyć — był już niejako pogrzebany. I wydało mi się przez chwilę, jakbym też leżał w obszernym grobie, pełnym niewypowiedzianych tajemnic.