Głodne kamienie (zbiór)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Rabindranath Tagore
Tytuł Głodne kamienie
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Drukarz Poznańska Drukarnia i Zakład Narodowy T.A.
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Tłumacz Jerzy Bandrowski
Charles Freer Andrews[1]
Tytuł orygin. The Hungry Stones
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


RABINDRANATH

TAGORE


*  


GŁODNE

KAMIENIE









1923
LWÓW — POZNAŃ


WYDAWNICTWO POLSKIE







PRZEŁOŻYŁ JERZY BANDROWSKI
OKŁADKĘ RYSOWAŁ E. CZERPER



WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE





POZNAŃSKA DRUKARNIA I ZAKŁAD NARODOWY, T. A., POZNAŃ




GŁODNE KAMIENIE




Zetknęliśmy się z tym człowiekiem w pociągu, wracając, z kuzynem do Kalkutty z wycieczki wakacyjnej. Sądząc po stroju i zachowaniu, mieliśmy go zrazu za Mahometanina z głębi kraju, kiedy jednak zaczął mówić, nie wiedzieliśmy zupełnie, co o nim myśleć. Mówił o najrozmaitszych rzeczach z taką pewnością, że można było przypuszczać, iż możni tego świata zawsze we wszystkich sprawach zasięgali jego rady. Jak dotychczas, byliśmy zupełnie szczęśliwi, nie mając najmniejszego pojęcia o tem, że w grze są jakieś nieznane, niesłychane siły, że Rosjanie już idą na nas, że Anglicy knują naszą zgubę, zaś niezgoda panująca wśród przywódców narodowych musi doprowadzić do jakiegoś przełomu. Ale nasz nowy przyjaciel oświadczył z wiele mówiącym uśmiechem: „Między niebem a ziemią, Horacjo, dzieje się znacznie więcej, niż twe dzienniki piszą.“

Ponieważ dotychczas nigdy jeszcze nie opuszczaliśmy domu, człowiek ten imponował nam nadzwyczajnie. Przy najmniejszej sposobności uciekał się do nauk przyrodniczych, przytaczał Wedy lub cytował wiersz któregoś z perskich poetów, a ponieważ my nie mogliśmy rościć sobie pretensji do znajomości nauk przyrodniczych, Wed lub perskiego, nasz podziw dlań wzrastał oczywiście z każdą chwilą, zaś krewniak mój, teozof, był głęboko przekonany, że nasz towarzysz podróży posiada cudowną magnetyczną czy okultystyczną siłę, ciało astralne czy jakieś inne tym podobne nadnaturalne inspiracje. Z pobożnym zachwytem słuchał najniedorzeczniejszych bredni, jakie wychodziły z ust naszego niezwykłego towarzysza podróży, a nawet robił sobie pokryjomu notatki. Zdaje mi się, że nadzwyczajny mąż zauważył to i wcale nie brał za złe.
Stanąwszy na stacji, na której trzeba się było przesiadać, zebraliśmy się w poczekalni, aby zaczekać na swój pociąg. Była dziesiąta godzina w nocy, a ponieważ słyszeliśmy, iż pociąg z powodu zepsucia szyn będzie miał prawdopodobnie znaczne opóźnienie, rozesłałem na ławce swój koc i już chciałem się na nim położyć, aby się spokojnie przedrzomać, gdy naraz ów nadzwyczajny mąż zaczął powoli i z namysłem opowiadać następującą historję. Oczywiście o śnie tej nocy mowy już nie było.
— Kiedy z powodu pewnej różnicy zdań w sprawach administracyjnych zrezygnowałem ze swego stanowiska w Dżunagarh i wstąpiłem do służby Nizama Hajderabadu, zostałem jako energiczny młody człowiek mianowany natychmiast poborcą podatkowym od bawełny w Baricz.
Baricz jest miejscowością zachwycającą. Susta, wesoło gawędząc, skacze w dolinę przez kamienie i żwir i drobi potem, niby zręczna tancerka, pod drzewami lasu, leżącego u stóp samotnych gór. Liczące sto pięćdziesiąt stopni schody prowadzą z rzeki w górę, zaś nad schodami, na brzegu rzeki u stóp gór, stoi opuszczony pałac marmurowy. Dokoła niema nigdzie ani jednej chaty, bo wieś Baricz ze swym targiem bawełnianym leży w znacznej odległości od pałacu.
Przed jakiemiś dwustu pięćdziesięciu laty cesarz Mahmud Szach II. zbudował sobie ten samotny pałac na letnie mieszkanie. Za jego czasów biły z fontan strumienie wody różanej a na chłodnych płytach marmurowych komnat, w których powietrze odświeżano zapomocą sztucznych wonnych deszczów z rozpylaczów, siedziały dzieweczki perskie z włosami rozpuszczonemi przed kąpielą i, pluskając delikatnemi, bosemi nóżkami w wodzie basenów, śpiewały do dźwięku gitary ghazele swych winnic.
Fontanny nie szemrzą już, pieśni ucichły; różane stópki nie drepcą wdzięcznie po białym, jak śniegi, marmurze. Dziś pałac jest tylko odległą, samotną kwaterą takich jak ja poborców podatkowych, jęczących pod brzemieniem samotności i pozbawionych towarzystwa nadobnych kobiet. Karim Khan, mój stary woźny, kilkakrotnie przestrzegał mnie przed tą kwaterą. — „W dzień może pan tam siedzieć — mówił — ale na noc niech pan nie zostaje“! — Odprawiłem go ze śmiechem. Służba oświadczyła, że gotowa pracować w pałacu do zmierzchu, ale wieczorami będzie odchodzić. Nie miałem najzupełniej nic przeciwko temu. Dom był tak okrzyczany, iż nawet złodzieje z zapadnięciem ciemności nie śmieli się do niego zbliżyć.
Zrazu samotność tego opuszczonego pałacu dławiła mnie, jak zmora. Siedziałem w biurze do późna i pracowałem tak długo, jak tylko mogłem, a potem wracałem późnym wieczorem do domu wyczerpany i znużony, kładłem się natychmiast i zasypiałem.
Ale nim tydzień minął, zaczął pałac wywierać na mnie niesamowity wpływ. Trudno to opisać lub kazać komuś w to uwierzyć, ja jednak miałem wrażenie, jak gdyby cały dom był żywym organizmem, który mnie powoli zupełnie pożera.
Być może, że to zaczęło się, jak tylko w dom ten wszedłem, ale ja przypominam sobie dokładnie dzień, w którym pierwszy raz zdałem sobie z tego sprawę.
Było to z początkiem lata, a ponieważ targ nie był bardzo ożywiony, nie miałem wiele do roboty. Tuż przed zachodem słońca siedziałem w fotelu nad wodą przy schodach. Susta cofnęła się głęboko w łożysko, a na drugim brzegu szeroka smuga piasku świeciła wszystkiemi barwami zachodzącego słońca; z tego brzegu widziałem przez czystą, płytką wodę, jak na dnie rzeki połyskują kamyczki. Nie czuło się ani tchnienia jakiegoś wiatru, a nieruchome powietrze przepełnione było ciężkim aromatem korzennych krzewów, rosnących na niedalekich wzgórzach.
Kiedy słońce skryło się za górami, długa, ciemna zasłona opadła na scenę dnia, a wyłaniające się przed nią wierzchołki gór skróciły czas mieszania się światła i cienia podczas zachodu słońca. Pomyślałem, żeby się może przejechać i już chciałem wstać, gdy naraz usłyszałem za sobą na stopniach kroki. Obejrzałem się — nie było nikogo.
Przekonamy, że to było złudzenie, usiadłem, ale w tej chwili usłyszałem odgłos licznych kroków, jak gdyby wielki jakiś tłum zbiegał nadół po schodach. Całem mem ciałem wstrząsnął dziwny dreszcz zachwytu połączony z odrobiną trwogi, a mimo, że oczy moje nie dostrzegły ani jednej postaci, miałem przecie wrażenie, jak gdybym widział gromadę wesołych dziewcząt, zbiegających po schodach, aby się tego wieczoru letniego wykąpać w Suście. Najmniejszy odgłos nie zakłócał ciszy, w której pogrążona była dolina, rzeka i pałac, a przecie ja słyszałem wyraźnie, niby plusk setek kaskad, wesoły, swawolny śmiech dziewcząt, gdy one, śpiesząc ku rzece, goniły się i ścigały wzajemnie, nie zauważywszy mnie nawet. Jak one były niewidzialne dla mnie, tak oczywiście ja byłem niewidzilany dla nich. Rzeka była najzupełniej spokojna, a mimo to ja czułem, jak jej ciche, czyste wody zostały naraz zmącone przez niejedno dzwoniące bransoletami ramię, jak dziewczęta ze śmiechem opryskują się wodą wzajemnie i jak nóżki pięknych pływaczek wyrzucają snopy perlistych kropli.
Czułem, jak serce me drgnęło — lecz nie wiem, czy to, co mnie tak podnieciło, to była trwoga, zachwyt czy ciekawość. Pragnąłem mocno ujrzeć je wyraźniej, ale oczom mym nie było nic widzialne. Byłem pewny, że zrozumiem wszystko, co mówią jeśli tylko uważniej będę słuchał; jednakże mimo wszelkich wysiłków nie słyszałem nic prócz ćwierkania świerszczy w lesie. Było to, jak gdyby dzieliła mnie od nich ciemna zasłona dwustu pięćdziesięciu lat i miałem aż nadto wielką chęć drżącemi palcami unieść jeden jej koniec i zajrzeć przezeń, choćby nawet to towarzystwo po drugiej stronie pogrążone było w ciemnościach.
Nagły podmuch wiatru przerwał parną, duszną ciszę wieczoru, gładka powierzchnia Susty zmarszczyła się i splątała, niby kosa nimfy, zaś równocześnie z lasu, czarnego już w świetle wieczornem, doleciał szmer, jak gdyby ten las zbudził się nagle z jakiegoś ciężkiego snu. Otóż, czy to była rzeczywistość, czy sen — znikomy blask niewidzialnego Fata morgana, dalekiego, dwieście pięćdziesiąt lat liczącego sobie świata, zniknął z błyskawiczną szybkością. Jakoś nie powracały, wykręcając w biegu swe przemoczone suknie, tajemnicze postacie, które szybkiemi, bezcielesnemi krokami przebiegły koło mnie ze swym głośnym, bezdźwięcznym śmiechem i rzuciły się w wodę. Jak woń, którą lekki podmuch zwiewa, tak one zostały zdmuchnięte jednem jedynem tchnieniem wiosny.
A wtedy ogarnęła mnie naraz szczera trwoga, że to może Muza chce wykorzystać mą samotność i opanować mnie — że ta zła wróżka przyszła prawdopodobnie, aby zniszczyć biedaka, który chciał się wybić jako poborca podatkowy. Postanowiłem tedy porządnie jeść wieczorem, bo te wszystkie różne nieuleczalne choroby pochodzą właściwie zwykle z pustego żołądka. To też zawołałem natychmiast kucharza i kazałem mu na drugi dzień, nie szczędząc tłuszczu ani korzeni, zrobić obfite Moghlai.
Następnego poranka wydawało mi się to wszystko po prostu urojeniem. W jak najlepszym humorze wziąłem na głowę kapelusz letni, jak go noszą sahibowie, i pojechałem do kancelarji. Miałem tego dnia napisać raport kwartalny i byłem pewny, że wrócę do domu późno; tymczasem, zanim się jeszcze ściemniło, już zaczęło mnie dziwnie do domu ciągnąć — nie wiedziałem nawet, co to było, czułem tylko, że wszyscy na mnie czekają i że nie mogę dłużej przebywać poza domem. Wobec tego nie skończyłem swego raportu, wstałem, włożyłem kapelusz i, przeraziwszy ciemny, opuszczony gościniec chrzęstem swego wózka, dotarłem do obszernego pałacu, stojącego w milczeniu u ciemnego okraju wzgórz.
Na pierwszem piętrze prowadziły schody do bardzo obszernej hali z szerokiem, bogato ozdobionem sklepieniem, spoczywającem na trzech rzędach potężnych kolumn i jęczącem dzień i noc pod brzemieniem swej bezgranicznej samotności. Dzień chylił się ku końcowi, a lamp jeszcze nie zapalono. Kiedy otworzyłem drzwi, powstało tam coś w rodzaju panicznego zamieszania, jak to bywa, gdy zgromadzony tłum w nagłym popłochu rozbiega się i ucieka przez drzwi, okna, korytarze, werandy i pokoje, aby, tylko jak najprędzej pierzchnąć.
Nie widząc nikogo, stanąłem zmieszany, podczas gdy włosy moje zjeżyły się pod wpływem jakiegoś ekstatycznego zachwytu, a równocześnie odurzył mnie przedziwnie nikły, ze starości prawie zwietrzały aromat olejku różanego i innych perfum. Stojąc tak w kącie obszernej, pustej hali, wśród rzędów tych starych kolumn, usłyszałem szmer wody, padającej z wodotrysków na płyty marmurowe, dziwną jakąś melodję, wygrywaną na gitarze, brzęk klejnotów, szczęk nagolenic, dźwięk dzwonów, wybijających godziny, cichy, dźwięczny ton poruszanych wiatrem kryształowych wisiorków u świeczników, śpiew słowików w klatkach na korytarzach, klekotanie bocianów w ogrodzie, zaś wszystko spływało się dokoła mnie w jedną cudowną, nadziemską muzykę.
A nagle pad na mnie taki jakiś dziwny urok, że to nieuchwytne, nieokreślone i nierzeczywiste zjawisko wydało mi się jedyną rzeczywistością na świecie, przy której wszystko inne było tylko snem. To, że ja, Sridżut Takiataki, najstarszy syn ś. p. Takiatakiego, urzęduję tu jako poborca podatkowy z czterystu pięćdziesięciu rupjami pracy miesięcznej, ten sam, który dzień w dzień w marynarce i letnim kapeluszu zajeżdża wózkiem zaprzęgniętym w kucyki przed swoje biuro, wydało mi się tak niesłychanie śmiesznem, że, stojąc w ciemnościach tej wielkiej, milczącej hali, wybuchnąłem głośnym śmiechem.
W tej chwili wszedł mój służący z zapaloną lampą w ręce. Nie wiem, czy myślał, że postradałem zmysły, ale naraz stało mi się zupełnie jasnem, że istotnie jestem Sridżut Takiataki, syn ś. p. Takiatakiego. I gdy jedynie nasi poeci mogą powiedzieć, czy gdzie pod ziemią lub nad ziemią jest jakaś sfera, w której bezustannie szemrzą niewidzialne wodotryski i w której dłonie niewidzialnych wróżek wydzwaniają na gitarze wieczne akordy, jedno było w każdym razie pewne, mianowicie: że ja jestem poborcą podatkowym na rynku w Baricz z płacą czterystu pięćdziesięciu rupij miesięcznie. Siedząc przy świetle lampy z gazetą w ręce za swym stołem polowym, śmiałem się serdecznie ze swych przywidzeń.
Przeczytawszy gazety i skończywszy swe Moghlai, zgasiłem lampę i położyłem się do łóżka w małej, alkowie. Promienista gwiazda spoglądała bez drgnienia przez otwarte okno z ponad obramowanych czarnym lasem gór Awalli, ze swej miljony i miljony mil liczącej wysokości na pana poborcę podatkowego, wyciągniętego na swem skromnem łóżku. Myśl ta wydała mi się dziwną i dziwaczną zarazem i nie wiem kiedy zasnąłem, ani jak długo spałem; a naraz zerwałem się ze snu, mimo że nic nie słyszałem, ani żadnego intruza nie widziałem — tylko jasna gwiazda nad wierzchołkiem góry zaszła a blade światło zachodzącego księżyca ukradkiem wdzierało się przez otwarte okno, jak gdyby wstydząc się własnego natręctwa.
Nie widziałem nikogo, miałem jednakże wrażenie, że ktoś mnie zlekka trąca. Kiedy się zbudziłem, nie odezwała się do mnie ani słowem, a tylko swą zdobną w pierścienie ręką skinęła, abym szedł ostrożnie za nią. Wstałem pocichu i mimo, iż w licznych komnatach pałacu z jego drzemiącemi odgłosami i czujnem echem nikogo, oprócz mnie, nie było, bałem się za każdym krokiem, że ktoś może się zbudzić. Większa część komnat pałacu była zawsze zamknięta i ja nigdy do nich nie wchodziłem.
Wstrzymując oddech, szedłem cichemi krokami za swą przewodniczką — dokąd, tego dziś powiedzieć nie mogę. Przez ile prowadzono mnie nieskończonych, ciemnych i ciasnych krużganków, ile długich korytarzy, ile cichych, uroczystych sal posłuchania, i ile małych, zacisznych alkierzyków!
Mimo, że pięknej swej przewodniczki dojrzeć nie mogłem, to przecie postać jej nie była dla mego oka duchowego niewidzialną — była to dziewczyna arabska, której gładkie jak marmur, pełne ramiona przeświecały przez luźne rękawy: cienki welon padał jej z brzegu okrycia głowy na twarz, a za pasem tkwił zakrzywiony nóż. Miałem wrażenie, jak gdybym naraz został przeniesiony w którąś z „Tysiąca i Jednej Nocy“ i szedł na niebezpieczną schadzkę ciasnemi, ciemnemi uliczkami śpiącego Bagdadu.
Wreszcie przewodniczka moja zatrzymała się nagle przed ciemno-niebieską zasłoną i zdawało mi się, że na coś u jej stóp pokazuje. Nic tam nie było, ale ze strachu krew mi naraz w żyłach zastygła — bo tam, u stóp tej opony przywidział mi się okropny murzyn, eunuch, przybrany w bogaty brokat, siedzący z wyciągniętemi przed siebie nogami i śpiący z dobytym mieczem na kolanach. Moja piękna przewodniczka przeskoczyła lekko przez jego nogi i uniosła w górę brzeżek zasłony. Mogłem rzucić przelotne spojrzenie w jedną część pokoju, którego podłoga zasłana była perskim kobiercem. Ktoś tam siedział na łożu — kto, tego nie widziałem, dostrzegłem tylko dwie czarujące, małe nóżki w wyszywanych złotem pantofelkach z zakrzywionemi noskami, wystające z szerokich, szafranowych szarawarów i spoczywające leniwo na aksamitnym, pomarańczowym kobiercu. Po jednej stronie stał stoliczek z błękitnego kryształu, na którym kilka jabłek, gruszki, pomarańcze, mnóstwo winogron oraz dwa małe kubki obok złotego dzbana najwidoczniej oczekiwały gościa. Korzenna upajająca woń palących się w pokoju jakichś nieznanych mi kadzideł pozbawiała mnie prawie zmysłów.
Kiedy z biciem serca spróbowałem przejść przez wyciągnięte nogi eunucha, ten zbudził się naraz i zerwał, przyczem miecz z głośnym brzękiem spadł mu z kolan na marmurową posadzkę.
Zerwałem się z głośnym krzykiem i ujrzałem, że siedzę, zlany potem, na swojem łóżku polowem. Był już świt. Blady sierp księżyca wyglądał w jego świetle jak wyczerpany chory po bezsennej nocy, a nasz zwarjowany, stary Meher-Ali, idąc pustym gościńcem, wołał, jak to codzień zwykł czynić: „Precz! Precz!“
Oto było nagłe zakończenie jednej z mych nocy arabskich; ale pozostało ich jeszcze tysiąc.
Teraz nastał wielki przedział między memi dniami i nocami. W dzień szedłem wyczerpany i zmęczony do roboty, przeklinając noc, która mnie urzekała swemi pustemi przywidzeniami. Ale jak tylko nadszedł wieczór, dzienne me życie z całym swym przymusem i więzami pracy przedstawiało mi się jako nic nie znaczące i śmieszne przelewanie z pustego w próżne.
Z zapadnięciem nocy ogarniało mnie coś w rodzaju osobliwego podniecenia. Zmieniałem się wówczas w nieznaną osobę z dawno minionej epoki i odgrywałem swą rolę z jakiejś nieopisanej historji — a do tego zupełnie nie nadawała się ma krótka marynarka angielska i ciasne spodnie. Wobec tego, oczekując niecierpliwie cudownego spotkania z ukochaną, zasiadałem w miękkim fotelu, ubrany w szarawary, haftowany żupan, długi, zwisający, jedwabny kaftan, czerwoną aksamitną czapeczkę i z chustką, woniejącą olejkiem różanym, zaś zamiast papierosa, pykałem dym z długich, wijących się, wodą różaną napełnionych nargilów.
Nie jestem w stanie opisać wszystkich tych dziwnych rzeczy, które się działy koło mnie w miarę, jak zmrok zapada. Zdawało mi się, jak gdyby w zaczarowanych salach tego ogromnego budynku nagły podmuch wiosenny pędził przede mną urywki jakiejś pięknej baśni tak, że mogę dobrze przyjrzeć się jej części, ale nigdy nie poznam całości. A mimo to przez całe, długie noce chodziłem z pokoju do pokoju, aby jej jak najwięcej pochwytać.
W tym wirze nieuchwytnych przywidzeń, zapachu kwiata henny, dźwięku gitary i plusku fontan, rozprzestrzeniających fale aromatów i chłodu, przemknęło koło mnie naraz, nagłe, jak błyskawica, zjawisko przepięknej dziewicy, w szarawarach szafranowego koloru, z różanemi, delikatnemi nóżkami w wyszywanych złotem pantofelkach o zakrzywionych noskach, w obcisłym złociście haftowanym gorsecie i czerwonym czepku, z którego na jej śnieżno białe czoło i policzki spływała złota kreza.
Doprowadziła mnie do szaleństwa. W pogoni za nią wędrowałem z pokoju do pokoju, z korytarza do korytarza, po całym oszałamiającym labiryncie mej zaczarowanej krainy baśni.
Czasem wieczorem, kiedy przed wielkiem lustrem między dwiema płonącemi świecami stroiłem się niby książę krwi królewskiej, spostrzegałem nagle koło swego odbicia odbicie owej perskiej piękności. Szybki zwrot głowy, przelotne, ogniste, pełne namiętności i bólu spojrzenie wielkich, ciemnych oczu, delikatne, czerwone wargi rozchylone, jak gdyby chciały przemówić, postać zachwycająco smukła, uwieńczona młodością jak kwitnący ljan, dziarsko wyprostowana w pełnym wdzięku, elastycznym chodzie, oszałamiający wybuch bólu, pożądania i zachwytu, uśmiech, błysk klejnotów i jedwabiów — i wszystko znikało. Nagły podmuch wiatru, brzemiennego wszystkiemi aromatami wzgórz i lasów, gasił me światło. Zrzucałem ubranie i kładłem się na łóżku z zamkniętemi oczami, drżąc na całem ciele z rozkoszy, zaś dokoła mnie w powiewie, tchnącym wszystkiemi aromatami wzgórz i lasów, trzepotały w milczących ciemnościach pieszczoty, pocałunki, lube dotknięcia delikatnych rąk; do uszu mych dolatywał cichy szept, słodkie tchnienie owiewało me czoło lub też rozkosznie pachnąca chusteczka wachlowała me policzki. A potem zwolna chwytał mnie w swe zwoje bezlitosne jakiś tajemniczy wąż i z ciężkiem westchnieniem zapadałem w stan bez przytomności, który następnie przechodził w twardy sen.
Pewnego wieczoru postanowiłem przejechać się konno; ktoś błagał mnie, abym pozostał w domu, ale tego dnia nie chciałem słuchać żadnych próśb. Mój angielski kapelusz wisiał wraz z marynarką na wieszadle i właśnie chciałem te rzeczy zdjąć, gdy naraz wicher, zmieszany z piaskiem Susty i zeschłemi liśćmi z gór Awalli, pochwycił je i zaczął niemi rzucać wkoło; a wówczas rozległ się wesoły śmiech i, uderzając we wszystkie struny wesołości, stawał się głośniejszy i głośniejszy, póki wreszcie nie zginął w krainie zachodzącego słońca. Musiałem się wyrzec przejażdżki, zaś na drugi dzień raz na zawsze wyrzekłem się wymiętej marynarki i kapelusza. Tego znów dnia słyszałem późną nocą rozdzierające serce stłumione kanie, jak gdyby z pod mego łóżka, z pod podłogi, z pod kamiennych fundamentów olbrzymiego pałacu, z głębiny ciemnego, wilgotnego grobu głos jakiś wołał żałośnie i błagał mnie: „O, wybaw mnie! Rozbij te wrota okrutnego złudzenia, snu podobnego do śmierci i jałowych marzeń, usiądź za mną na siodle, przyciśnij mnie do swego serca, pędź wraz ze mną przez góry, lasy, rzeki, wwiedź mnie w ciepły blask twych słonecznych komnat!“
Lecz kimże ja jestem? I jakże cię mogę ocalić? Jakąż tonącą piękność, jaką wcieloną namiętność mam wyciągnąć na brzeg z tego dzikiego wiru marzeń! Ach, ty lube, eteryczne zjawisko! Gdzieżeś kwitła i kiedy? Nad jakiemże zimnem źródłem, w cieniu jakich gajów palmowych urodziłaś się — w łonie jakiej bezdomnie wędrującej pustynią tułaczki? I któryż Beduin wyrwał cię z ramion matki, ledwo rozchylający się pączek dzikiego pnącza, i zawiózł na targ niewolników — w któremże królestwie? I któryż gorliwy sługa Padyszacha, który cię tam ujrzał w wspaniałości kwiecia twej czystej niewinności, zapłacił złotem za ciebie, wsadził cię w złotą lektykę i zawiózł cię jako dar dla seraju swego pana? A tu znów historja tego miejsca! Muzyka sarengu[2] brzęk nagolenic, nagły błysk sztyletów, paląca trucizna win z Sziras i to nawskroś przeszywające, rozżarzone spojrzenie! Jakaż niezmierna wielkość — jak bezgraniczna niewola! Niewolnice po twej prawicy i lewicy wywijały czamarami[3], a łuna biła od ich brylantami wysadzanych naramienników; Padyszach, król królów, rzucił się do twych białych jak śnieg stópek, tkwiących w trzewiczkach, wysadzanych drogiemi kamieniami, a przed drzwiami, niby poseł śmierci, stał straszny abisyński eunuch z gołym mieczem w rękach. A potem, o ty, kwiecie pustyni, kiedy cię porwało czerwone jak krew, olśniewające morze wielkości ze swemi spienionemi falami zazdrości, swemi skałami i otchłaniami intryg, na któreż wybrzeże okrutnej śmierci zostałaś wyrzucona, czy też do którego wysłano cię kraju, jeszcze świetniejszego i okrutniejszego, niż ten?
W tej chwili zawołał znowu ów obłąkany Meher Ali: — Precz! Precz! To wszystko kłamstwo! To wszystko kłamstwo! — Otworzyłem oczy i spostrzegłem, że już jasny dzień. Służący wszedł i przyniósł mi korespondencję, zaś kucharz, złożywszy mi na powitanie głęboki pokłon, czekał na moje rozkazy.
Powiedziałem sobie: — Nie, nie mogę tu dłużej pozostać! — Tego samego zaraz dnia spakowałem swoje manatki i przeniosłem się do urzędu. Ujrzawszy mnie, stary Karim Khan uśmiechnął się zlekka. To mnie podrażniło, ale, nic nie mówiąc, zabrałem się do roboty.
Z nadejściem wieczoru zacząłem się robić roztargniony; zdawało mi się, jak gdybym miał z kimś umówioną schadzkę, wobec której przegląd rachunków za bawełnę wydał mi się pozbawionym wszelkiego znaczenia; ba, nawet godność Nizama nie przedstawiała dla mnie wielkiej wartości. Wszystko, co należało do teraźniejszości, wszystko, co się poruszało, chodziło i pracowało na chleb, wydało mi się bez znaczenia, niedorzecznem i godnem pogardy.
Rzuciłem pióro, zamknąłem księgę główną, siadłem na swój wózek, zaprzężony w kuce i pojechałem. Zauważyłem, że równo o zmierzchu wózek stanął sam przed bramą marmurowego pałacu. Szybkiemi krokami wybiegłem po schodach na górę i wszedłem do hali.
Panowało w niej przygnębiające milczenie. Pokoje patrzyły na mnie ponuro, jakby zagniewane. Serce me pełne było skruchy, ale nie było nikogo, przed kim mógłbym je otworzyć lub kogo mógłbym prosić o przebaczenie. Chodziłem po tych pokojach, jak nieprzytomny. Pragnąłem mieć gitarę, aby przy jej dźwięku zaśpiewać nieznajomej: „O ogniu, ćma, która napróżno chciała ujść, powróciła do ciebie! Wybacz jej ten jedyny raz, spal jej skrzydła i pochłoń ją w swym płomieniu.“
Nagle zgóry padły na me czoło dwie łzy. Tego dnia ciemne masy chmur leżały na szczytach gór Awalli. Posępne lasy i mętne fale Susty czekały w straszliwem napięciu i groźnem milczeniu. Naraz ziemia, woda i niebo zadrżały i dziki wicher z wyciem pognał dalekiemi, nie znającemi ścieżek lasami, szczerząc błyszczące zęby jak obłąkany, który w napadzie szału stargał swe łańcuchy. Puste sale pałacu zatrzasnęły swe drzwi i jęknęły żałośnie w śmiertelnym strachu.
Cała moja służba znajdowała się w gmachu rządowym, więc nie było nikogo, ktoby pozapalał lampy. Noc była chmurna i bez księżyca. Pogrążony w głębokich ciemnościach czułem wyraźnie, że na kobiercu przed łóżkiem leży na twarzy kobieta i targa w rozpaczy swe długie, rozpuszczone włosy. Krew zalewała jej piękne czoło, a kobieta to śmiała się okrutnym, przykrym, bezdusznym śmiechem, to wybuchała gwałtownem, konwulsyjnem łkaniem, to znów darła na sobie gorset i biła się w obnażoną pierś; a wiatr wył przez otwarte okno i rzucał do pokoju strugi deszczu, tak, że kobieta nawskroś przemokła.
Przez całą noc trwała burza, a wraz z nią bez przerwy to namiętne zawodzenie. Błądziłem w ciemnościach z pokoju do pokoju, pogrążony w beznadziejnym smutku. Kogóż miałem pocieszać, skoro nikogo nie było? I któż to wił się w tak strasznej męce? Co było przyczyną tej niepocieszonej troski?
Tu rozległ się znów krzyk obłąkanego: — Precz, precz! To wszystko kłamstwo! To wszystko kłamstwo!!
Spostrzegłem, że już się rozwidnia i że Meher Ali mimo straszliwej burzy obchodzi dokoła pałac ze zwykłym sobie okrzykiem. Naraz przyszło mi na myśl, że może on także mieszkał kiedyś w tym domu, i że, mimo iż zmysły postradał, przecie, zaklęty przez marmurowego demona, codzień musi doń przyjść i obchodzić go dokoła.
Nie zważając na burzę i deszcz, pobiegłem ku niemu i zapytałem go:
— Hallo, Meher Ali, co jest kłamstwem?
Nie odpowiedział, lecz, odepchnąwszy mnie na bok, biegł dalej dokoła pałacu ze swym szalonym okrzykiem, jak zahipnotyzowany przez węża ptak lata wciąż w kółko nad jego paszczą, i robił przytem rozpaczliwy wysiłek, aby samego siebie ostrzec, powtarzając bez przerwy: — Precz! Precz! To wszystko kłamstwo! To wszystko kłamstwo!!
Jak szalony pobiegłem w ulewnym deszczu do gmachu rządowego i zapytałem Karim Khana: — Powiedz mi, co to wszystko znaczy?
Od starego dowiedziałem się rzeczy następującej: Kiedyś szalały w tym pałacu niezliczone, niezaspokojone namiętności, nienasycone pożądania i piekielne płomienie dzikiej żądzy, a zato teraz przekleństwo wszystkiej wycierpianej męki serca i wszystkich zawiedzionych nadziei uczyniło każdy kamień tak spragnionym i łaknącym, że każdego żywego człowieka, który się do nich przypadkiem zbliży, pożerają chciwie niby wygłodzony potwór. Ani jeden ze wszystkich, którzy tam przespali trzy noce, nie mógł już ujść tej okrutnej paszczy, wyjąwszy Mehera Alego, który jednak przypłacił to pomieszaniem zmysłów.
Zapytałem:
— A czy nie znalazłby się jaki sposób, zapomocą którego ja mógłbym się uratować?
— Jeden jedyny tylko — odpowiedział stary — ale bardzo trudny. Ja panu powiem, na czem on polega, wprzód jednak musi pan wysłuchać całej historji perskiej panienki, która kiedyś mieszkała w tym przybytku rozkoszy. Nigdy nie odegrała się na tej ziemi dziwniejsza i bardziej serce rozdzierająca tragedja.
W tej właśnie chwili pojawili się noszący pakunki tragarze, oświadczając, iż pociąg już idzie. A więc było już tak późno? Podczas gdy pociąg wjeżdża na stację, my czem prędzej zbieraliśmy swoje manatki. Jakiś dystyngowany Anglik, zbudziwszy się prawdopodobnie ze snu, wyjrzał z okna przedziału pierwszej klasy i usiłował odczytać nazwę stacji. Jak tylko ujrzał naszego towarzysza podróży, zawołał „Hallo!“ i zabrał go do swego przedziału. Ponieważ my jechaliśmy klasą drugą, nie mieliśmy już sposobności dowiedzieć się, kim był ten człowiek i jak się jego historja skończyła.
Ja powiedziałem: — Ten człowiek miał nas za durniów i zakpił sobie z nas. Cała jego historja jest od początku do końca zmyślona.
Spór, jaki powstał z powodu tego mego odezwania się, zakończył się zerwaniem na całe życie wszelkich stosunków z moim teozoficznie myślącym kuzynem.




BABU Z NAJANDŻUR



I.

Babu z Najandżur byli kiedyś sławnymi obywatelami ziemskimi. Byli znani ze swej książęcej rozrzutności. Odrywali szorstki kant od swego muślinu z Dakki, ponieważ im drapał skórę. Mogli wydać tysiące rupij na wesele kotki. Opowiadają o nich, że przy jakiejś nadzwyczajnej uroczystości jeden z nich kazał zapalić niezliczoną ilość lamp, aby zamienić noc w dzień, a naśladując promienie słońca, kazał spuszczać z góry srebrne nici. Było to w czasach przed wielkim potopem. A potem przyszedł potop. Linja spadkobierców w rodzie staromodnych Babu z książęcemi nawyczkami nie mogła być długa. Jak w lampie, w której płonie zbyt wiele knotów, tak i tu: Oliwa w krótkim czasie wypaliła się i światło zgasło.
Sąsiad nasz, Kailas Babu, był ostatnim potomkiem tej wygasłej świetności. Zanim zdążył doróść, rodzina jego już doszła prawie do najniższego swego upadku. Kiedy jego ojciec umarł, rozwinęła jeszcze raz całą swą olśniewającą wspaniałość podczas pogrzebu, poczem ogłosiła bankructwo. Majątek sprzedano, aby spłacić długi. Pozostały szczupły zapas gotówki stanowczo nie wystarczał na podtrzymywanie dawnych świetnych tradycyj rodzinnych.
Kailas Babu opuścił Najandżur i przeniósł się do Kalkutty. Syn jego nie bawił długo na tym padole zamierzchłej świetności. Umarł, osierociwszy jedyną córkę.
W Kalkucie jesteśmy sąsiadami Kailasa Babu. Szczególnym zbiegiem okoliczności rodzina nasza jest zupełnem przeciwieństwem jego rodziny. Ojciec mój zdobył majątek własną pracą i całą jego dumę stanowiło zawsze, że nigdy nie wydał ani grosza więcej, niż było trzeba. Odzieżą jego była odzież robotnika i takież same były ręce. Nie kusiło go bynajmniej zyskać sobie zapomocą rozwinięcia rozrzutnego przepychu tytułu „Babu“, a ja, jego jedyny syn, jestem mu za to wdzięczny. Dał mi możliwie jak najlepsze wychowanie i wykształcenie, tak, że mogłem sam utorować sobie drogę w świecie. Nie wstydzę się też zupełnie faktu, że wybiłem się własnemi siłami. Szeleszczące banknoty w mej kasie są mi milsze od długiego rodowodu w pustej szkatule.
Zdaje mi się, że to było przyczyną, dla której gniewałem się, ile razy widziałem, jak Kailas Babu pobiera wysokie przekazy z publicznego kredytu swej dawno minionej chwały Babu. Wyobrażałem sobie, że patrzy na mnie zgóry dlatego, iż mój ojciec przyszedł do pieniędzy dzięki własnej pracy.
Muszę tu zaznaczyć, że, oprócz mnie, nikt nie by nieżyczliwie dla Kailasa Babu usposobiony. I istotnie, trudno byłoby znaleźć spokojniejszego i niewinniejszego od niego człowieka. W radości czy w cierpieniu pojawia się zawsze ze swemi dobrotliwemi, pełnemi współczucia, drobnemi grzecznostkami. Brał udział we wszystkich uroczystościach i religijnych obrzędach swych sąsiadów. Jego serdeczny, życzliwy uśmiech wita starych i młodych. Uprzejmość, z jaką dowiadywał się o wszystkie szczegóły życia rodzinnego, była niewyczerpana. Przyjaciele, którzy go spotykali na ulicy, musieli mu pozwolić wziąć się za guzik i zasypać całym szeregiem pytań mniej więcej tego rodzaju:
— Mój drogi przyjacielu, jakże się cieszę, że pana widzę! Jakże się panu powodzi — dobrze?! A jak się powodzi Szaszi? A cóż dziadzio — zdrów! — Pomyśl pan tylko, słyszałem niedawno, że syn Madha ma gorączkę! Czy nie wie pan, jak się ma? Ale Hari Czaran Babu dawno już nie widziałem: spodziewam się przecie, że nie chory. A co robi Rakkhal? I — e — e — jakże zdrowie pańskich pań?
Kailas Babu nosi się zawsze nienagannie czysto i schludnie, mimo iż zapas jego ubrań był w najwyższym stopniu ograniczony. Miał zwyczaj codzień wietrzyć starannie na słońcu swe koszule, kamizelki, kaftany i spodnie wraz z pościelą i małym kobierczykiem, na którym zwykle siadywał. Wywietrzywszy je, trzepał, czyścił szczotką i wieszał na wieszadle. Nieliczne meble, jakie posiadał, nadawały małemu pokojowi zupełnie przyzwoity wygląd i kazały się domyślać, że gospodarz ma, na wypadek potrzeby, niewątpliwie jakąś rezerwę. Często, kiedy Kailas Babu nie miał obsługi, zamykał na jakiś czas swój dom. Wówczas prasował swe rzeczy i sam spełniał różne inne obowiązki służby. A potem otwierał znowu drzwi swego domu i przyjmował przyjaciół.
Mimo, że Kailas Babu, jak to już przedtem powiedziałem, stracił swój cały majątek ziemski, to przecież pozostało mu w spadku kilka odziedziczonych przedmiotów. Była tam srebrna kadzielnica, filigranowa flaszeczka z olejkiem różanym, mała złota tacka, stary, kosztowny szal i staromodny kostjum paradny z pradziadowskim turbanem. Przedmioty te udało mu się z ciężkim trudem wydrzeć z pazurów lichwiarzy. Przy każdej nadarzającej się sposobności popisywał się niemi i starał się w ten sposób podtrzymać sławną na cały świat świetność Babu z Najandżur. W gruncie rzeczy najskromniejszy człowiek na świecie, uważał za najświętszy obowiązek wobec swego stanu, zaznaczać bezustannie w codziennej rozmowie swą dumę rodową. Przyjaciele jego dobrodusznie go w tem przekonaniu utwierdzali i nieraz się tem doskonale bawili.
Sąsiedzi nawykli wkrótce nazywać go swym Thakur Dada[4]. Gromadami pojawiali się w jego domu i wysiadywali tam całemi godzinami. Aby go nie narażać na wydatki, któryś z przyjaciół przynosił mu trochę swego tytoniu, mówiąc:
— Thakur Dada, dziś rano przysłano mi w podarunku tytuń z Gaja. Proszę, niech pan przyjmie tę szczyptę i niech pan spróbuje, czy panu będzie smakował.
Thakur Dada przyjmował i stwierdzał, że tytuń jest doskonały. Następnie opowiadał o świetnym tytuniu, jaki dawniej palono w Najandżur, po siedem talarów uncja.
— Może — zwykł był mawiać — może pan zechce skosztować? Mam jeszcze trochę tego tytuniu i mogę go zaraz przynieść.
Każdy wiedział, że, jeśliby go o to poproszono, klucz od szafy z pewnością się zagubi lub też że Ganesz, stary sługa rodziny, gdzieś go w jakiś sposób zapodział.
— Nigdy niewiadomo — mawiał wówczas — co się dzieje z rzeczami, gdy wpadną w ręce służby. Niktby nie uwierzył, co to za gamoń z tego Ganesza, ale ja nie mogę się zdobyć na to, aby go odprawić.
Ze względu na rodzinę Ganesz brał bez szemrania całą winę na siebie.
A wtedy odzywa się zwykle któryś z gości:
— Niech pan już da spokój, Thakur Dada. Proszę, niech pan już nie szuka. Ten tytuń, który palimy, jest bardzo dobry. Tamten byłby może za mocny.
Thakur Dada z westchnieniem ulgi siada znowu na swojem miejscu i rozmowa toczyła się dalej.
Kiedy się goście zaczynali żegnać. Thakur Dada wprowadzał ich zwykle aż do drzwi, a w progu mówił:
— A propos, kiedy panowie wszyscy przyjdziecie do mnie na obiad?
To ten, to ów odpowiadał na to:
— Wątpię, aby to było możliwe w najbliższym czasie, Thakur Dada. Kiedyś później wspólnie ustanowimy dzień.
— Doskonale! — brzmiała odpowiedź — Bardzo dobrze. Będzie nawet lepiej, jeśli odłożymy to do pory deszczowej. Tak obfity obiad, jaki ja mam zamiar panom dać, mógłby przy tej pogodzie nie wyjść na zdrowie.
Ale kiedy przychodziła pora deszczowa, unikano starannie przypomnienia mu jego obietnicy. Nawet gdy się o tem zgadało, któryś z przyjaciół dobrodusznie zwracał uwagę, iż wychodzenie z domu podczas tak ulewnego deszczu jest przecie rzeczą bardzo niewygodną i że byłoby znacznie lepiej poczekać, póki pora deszczowa nie minie. I tak szła zabawa dalej.
Jego ubogie mieszkanie było stanowczo za małe w stosunku do jego stanowiska, to też my wszyscy wraz z nim narzekaliśmy na to. Przyjaciele jego zapewniali go, że najzupełniej rozumieją trudności, jakie napotyka; prawie niepodobna znaleźć przyzwoity dom w Kalkucie. Od lat już wszyscy oglądali się za domem, któryby mu odpowiadał, nie potrzebuję jednak dodawać, że żaden z przyjaciół nie był tak nierozumny, aby go znaleźć. Thakur Dada mówił wówczas z pełnem rezygnacji westchnieniem:
— Tak, tak, zdaje mi się, że będę już musiał poprzestać na tym domu!
A następnie dodawał z wesołym uśmieszkiem:
— A swoją drogą nie potrafiłbym się już rozstać ze swymi przyjaciółmi. Muszę być niedaleko nich. To wszystko wynagradza.
Do pewnego stopnia bardzo żywo temu wszystkiemu współczułem. Niechęć moja pochodziła właściwie stąd, że w oczach młodego mężczyzny głupota uchodzi za największą zbrodnię. Otóż Kailas Babu nie był wcale głupi w prawdziwem znaczeniu tego słowa i w zwykłych, codziennych interesach chętnie zasięgano jego rady. Ale jak tylko zaczynał opowiadać o Najandżur, to, co mówił, pozbawione było wszelkiego zdrowego rozsądku ludzkiego. Ponieważ skutkiem przyjacielskiej, w duchu bawiącej się tem wszystkiem pobłażliwości, nikt jego niemożliwym twierdzeniom nie przeczył, zupełnie puszczał swej fantazji wodze. Gdy ktoś w jego obecności opowiadał sławną historję Babu z Najandżur, nie szczędząc śmiesznej przesady, on brał wszystko na serjo i ani na chwilę nie wątpił, że wszyscy niezłomnie w to wierzą.

II.

Próbując zanalizować myśli i uczucia, jakie żywiłem wobec Kailasa, dostrzegam jeszcze jedną, znacznie głębiej leżącą przyczynę mej niechęci.
Mimo że jestem synem bogatego człowieka i mogłem sobie pozwolić na to, aby na uniwersytecie spędzić lata, pracowałem tak pilnie, że jeszcze jako zupełnie młody chłopak zdałem w Kalkucie doktorat. Co się tyczy moralności, był mój tryb życia bez zarzutu. Prócz tego mój wygląd zewnętrzny był tak okazały, że, nie grzesząc przeciwko prawdzie, śmiało mógłbym się nazwać pięknym młodzieńcem, choćby to nawet nie było zbyt skromnie.
Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że rodzice panien na wydaniu uważali mnie za bardzo dobrą partję. Ja sam zdawałem sobie z tego doskonale sprawę i postanowiłem sobie osiągnąć na targu małżeńskim całą pełnię swej wartości. Myśląc o swej przyszłej wybrance, malowałem ją sobie w duchu jako jedyną córkę bogatego ojca, cudownej piękności i znakomicie wychowaną. Zasypywano mnie ze wszystkich stron propozycjami, ofiarowano mi znaczne sumy w gotówce, ja zaś ważyłem te propozyzje z nieubłaganą bezstronnością na wrażliwych ważkach swego samopoczucia. Jednakże żadna panna nie nadawa a się na mą towarzyszkę. Przyszedłem do przekonania, że, może być, mówiąc wraz z poetą Bhawabhuti:

W tym nieskończonym czasie i nieskońozonym świecie,
Ta, co mnie zrównoważy, narodzi się raz przecie.

Jednakże rzeczą wielce dla mnie wątpliwą było, czy ta niezrównana istota istnieje już teraz w dzisiejszych nędznych czasach i na ograniczonej przestrzeni dzisiejszego Bengalu.
Tymczasem rodzice, którzy nie rezygnowali ze mnie, wyśpiewywali hymny na mą cześć we wszystkich tonacjach i rytmach.
Otóż, pomijając już, czy mi się ich córki podobały czy nie, nie mogę powiedzieć, aby mi te hołdy nie przypadały do smaku. Przywykłem uważać je za coś, co mi się zupełnie słusznie należy z tego powodu, że jestem taką doskonałością. Uczy się nas przecie, że bogowie, przeznaczając dla ludzi swe dary, mimo wszystko oczekują od swych wiernych, aby oni pilnie oddawali im cześć i gniewają się, gdy się ich zaniedbuje. Te boskie pretensje były we mnie silnie rozwinięte.
Wspomniałem już, iż Thakur Dada mia jedyną wnuczkę. Widywałem ją często, ale nigdy nie uważałem jej za piękną. Nigdy też nie przyszło mi na myśl, że mogłaby wchodzić w rachubę jako moja żona. A swoją drogą liczyłem na to, iż jednego dnia Kailas Babu z całą należną mi czcią, złoży ją w ofierze na mym ołtarzu. Ba, — i to było tajemnicą mej niechęci — czułem się poważnie dotknięty, iż dotychczas tego jeszcze nie uczynił.
Słyszałem, jak raz wyraził się wobec swych przyjaciół, że Babu z Najandżur nigdy nikogo o żaden dar nie prosili. Nawet gdyby dziewczyna miała z tego powodu zostać starą panną, onby się tradycji rodzinnej nie sprzeniewierzył. Ta zarozumiałość szczególnie mnie przeciw niemu podnieciła. Moja niechęć żarzyła się przez jakiś czas ukryta w głębi mego ducha, bo jako chodząca doskonałość, pozostałem na oko zupełnie spokojny i znosiłem wszystko z nadzwyczajną cierpliwością.
Jak błyskawica towarzyszy piorunowi, tak gniew mój nie był pozbawiony pewnej przymieszki humoru. Rozumie się, że nie mogłem swego gniewu na staruszka wylać; to też przez pewien czas nic nie robiłem. A naraz pewnego dnia przyszedł mi na myśl plan tak wesoły, że nie mogłem się oprzeć pokusie wykonania go.
Mówiłem już, że wielu przyjaciół Kailasa Babu miało zwyczaj bez miary schlebiać próżności starego. Jeden z nich, urzędnik państwowy na emeryturze, opowiedział mu, iż wice-gubernator za każdem widzeniem wypytuje go o Babu z Najandżur i że się wyraził, iż w całym Bengalu jedyne naprawdę przyzwoite rodziny to Maharadża z Bardwanu i Babu z Najandżur. Kiedy Kailasowi Babu to niesłychane łgarstwo opowiedziano, ucieszył się bardzo i często później tę historję powtarzał, zaś ile razy spotkał gdzie w towarzystwie owego urzędnika państwowego, pyta go między innemi:
— O — à propos, jakże się ma pan wice-gubernator? Dobrze! Ach, jak mnie to cieszy! A jego zacnej pani też dobrze się powodzi, nieprawdaż? A jakże te rozkoszne dzieci — wszystkie zdrowe? Ach, to wybornie, bardzo się cieszę. Proszę, niech pan nie zapomni polecić mnie jego pamięci, jak go pan zobaczy.
Kailas Babu powtarzał bezustannie, że chce złożyć wice-gubernatorowi wizytę. Można było jednak być pewnym, że jeszcze niejeden wice-gubernator przyjdzie i pójdzie i niemało wody w Hugli upłynie, zanim rodzinna karoca Babu z Najandżur znajdzie się w tym stanie, aby mogła zajechać przed pałac namiestnikowski.
Pewnego dnia wziąłem Kailasa Babu na stronę i opowiedziałem mu szeptem:
— Thakur Dada, byłem wczoraj na audjencji i wice-gubernator wspomniał przypadkiem Babu z Najandżur. Napomknąłem mu, iż Kailas Babu mieszka teraz tu, w mieście. Czy pan wie — uczuł się obrażonym, że go pan nie odwiedził. Oświadczy mi, że zapomni o etykiecie i jeszcze dziś popołudniu złoży panu prywatnie wizytę.
Każdy inny byłby natychmiast mój zamiar przejrzał. I gdyby ten żart zwrócony był przeciw komu innemu, sam Kailas Babu poznałby się na nim. Jednakże po wszystkiem, co słyszał był od swego przyjaciela, urzędnika państwowego, i po wszystkich swoich własnych błazeństwach, musiał uznać wizytę wice-gubernatora za najnaturalniejszą rzecz na świecie. Przyniesiona przeze mnie wiadomość podnieciła go do najwyższego stopnia. Zajmował go i niepokoił każdy szczegół zapowiedzianych odwiedzin, zaś przedewszystkiem jego nieznajomość angielskiego. Jakże, na wszystko w świecie, usunie tę trudność? Powiedziałem mu, że to nie jest żadna trudność, że nieznajomość angielskiego uważana bywa za cechę arystokratyczną, zaś prócz tego wice-gubernator ma zawsze przy sobie tłumacza i że sam przecie wyraźnie oświadczył, że ta wizyta ma być nieoficjalna.
Około południa, kiedy większość naszych sąsiadów jest przy pracy, zaś reszta śpi, zatrzymał się przed drzwiami Kailasa Babu powóz zaprzężony w dwa konie. Dwuch lokajów w liberji weszło na górę po schodach i zameldowało głośno: — Pan wice-gubernator! — Kailas Babu był gotów i oczekiwał go w swym staromodnym stroju dworskim, w pradziadowskim turbanie na głowie; przy nim stał Ganesz, przybrany na tę uroczystość w najlepsze suknie swego pana. Kiedy gubernatora zameldowano, Kailas, dysząc, chrząkając i drżąc, pośpieszył ku drzwiom i wprowadził jednego z mych przyjaciół w przebraniu, kłaniając się nisko za każdym krokiem i starając się o ile możności iść tyłem. Przykrywszy twardy, drewniany stołek swym starym szalem rodzinnym, poprosił gubernatora, aby na nim usiadł. Następnie wygłosił szumną przemowę w dialekcie Urdu, nadwornym języku Sahibów i podał mu na złotej tacce sznur nanizanych moharów[5], ostatnie resztki zrujnowanego mienia. Ganesz, stary sługa rodziny Babu z Najandżur, stał tuż przy nim z miną pełną szacunku, graniczącego z przerażeniem, mając za sobą kadzielnicę, a w ręce filigranową flaszeczkę z wodą różaną, którą od czasu do czasu obficie zlewał Lorda-Sahiba.
Kailas Babu kilkakrotnie wyraził swój żal, że nie może jego ekscelencji szanownego „bahadura“ przyjąć z całą należną świetnością w Najandżur, w swem gnieździe rodzinnem. Tam mógłby mu zgotować odpowiednie, uroczyste przyjęcie, ale w Kalkucie jest obcy, do pewnego stopnia niby ryba wyrzucona na piasek.
Przyjaciel mój w swym wysokim cylindrze kiwał tylko z godnością głową. Nie potrzebuję oczywiście mówić, że stosownie do zwyczajów angielskich powinien był cylinder w pokoju zdjąć. Ale przyjaciel mój zdjąć go nie śmiał z obawy, że się zdradzi, zaś tak Kailas Babu jak i jego stary sługa Ganesz byli obaj pogrążeni w równie wzniosłej nieświadomości co do wszystkiego, co przepisuje angielska etykieta.
Po wizycie, trwającej jakie dziesięć minut a polegającej głównie na kiwaniu głową, przyjaciel mój powstał, aby się pożegnać. Dwaj lokaje w liberji pomaszerowali dumnie ze złotemi moharami, złotą tacką, starym, pradziadowskim szalem, srebrną kadzielnicą i flaszeczką filigranową z różaną wodą, jakeśmy to poprzednio między sobą umówili, i uroczyście złożyli wszystkie te przedmioty w powozie. Kailas Babu był przekonany, że to taki zwyczaj wice-gubernatorów.
Przyglądałem się temu wszystkiemu przez cały czas z sąsiedniego pokoju. Aż mnie boki bolały od powstrzymywanego śmiechu. Kiedy już dłużej nie mogłem wytrzymać, uciekłem do następnego pokoju i naraz spostrzegłem tam młodą dziewczynę, łkającą, że aż się zanosiła. Zauważywszy mój niepowstrzymany śmiech, podeszła ku mnie w przystępie gwałtownego gniewu i, uderzywszy błyskawicą swych wielkich, ciemnych oczu w moje oczy, rzekła stłumionym od łez głosem:
— Niech mi pan powie! Co panu mój dziadek zrobił złego? Dlaczego pan przyszedł, aby go oszukiwać? Poco pan tu przyszedł? Poco?
Nie mogła dalej mówić. Zasłoniła twarz dłońmi i wybuchnęła łkaniem.
Mój śmiech w jednej chwili zamilkł. Na myśl nawet mi nie przyszło, że to, co zrobiłem, mogłoby być czemś innem, niż znakomitym figlem, a teraz nagle spostrzegłem, że temu wrażliwemu, małemu serduszku sprawiłem okrutny ból. Okrucieństwo moje stanęło naraz przede mną w całej swej brzydocie i potępiło mnie. Wymknąłem się w milczeniu z pokoju, jak kopnięty pies.
Do tej chwili Kusum, wnuczka Kailasa Babu, nie była w mych oczach niczem innem, jak tylko dość bezwartościowym artykułem na rynku małżeńskim, artykułem czekającym napróżno na to, aby się ktoś na niego złakomił. Teraz jednak spostrzegłem ze zdumieniem, że tam, w kącie tego pokoju, biło ludzkie serce.
Całą noc spędziłem prawie bezsennie. Byłem wzburzony. Zaraz na drugi dzień, bardzo wcześnie, wszystkie ukradzione przedmioty zaniosłem z powrotem do domu Kailasa Babu, aby je potajemnie oddać Ganeszowi. Czekałem przed drzwiami, a ponieważ nikt nie wychodził, udałem się na górę do pokoju Kailasa Babu. W korytarzu już słyszałem, jak Kusum mówiła w najserdeczniejszym tonie:
— Kochany dziaduniu, musisz mi opowiedzieć wszystko, co wice-gubernator wczoraj ci powiedział, ani słówka nie wolno ci opuścić. Koniecznie muszę wszystko jeszcze raz słyszeć!
A dziadunia oczywiście, nie trzeba było bynajmniej długo prosić. Twarz jego jaśniała dumą, gdy powtarzał te wszystkie słowa uznania i pochwały, jakie łaskawy wice-gubernator raczył wyrzec o prastarej rodzinie z Najandżur. Zaś dziewczę siedziało u jego stóp i z najwyższem zainteresowaniem patrzyło mu w oczy. Z miłości dla starca postanowiła całą rolę odegrać do końca.
Byłem tak głęboko wzruszony, że łzy zakręciły mi się w oczach. Stałem na korytarzu w milczeniu, podczas gdy Thakur Dada upiększał swe opowiadanie o odwiedzinach wice-gubernatora w najniemożliwszy sposób. Kiedy wreszcie wyszedł z pokoju, wziąłem ukradzione przedmioty, złożyłem je u stóp dziewczęcia i odszedłem w milczeniu.
Później wstąpiłem znowu, aby się z Kailasem Babu osobiście zobaczyć. Stosownie do naszego obrzydliwego, nowoczesnego zwyczaju, wchodząc do domu, zwykle ze starym się nie witałem. Tego jednakże dnia złożyłem mu głęboki pokłon i ze czcią dotknąłem palcami jego stóp. Pewny jestem, iż stary myślał, że powodem tej mej niezwykłej grzeczności jest wizyta wice-gubernatora. Pochlebiło mu to nadzwyczajnie, a jego twarz przybrała na chwilę wyraz błogiej wyniosłości. Przyjaciele zebrali się dokoła niego, zaś on zaczął drugi już raz szeroko rozwodzić się nad wizytą wice-gubernatora, nie szczędząc coraz to nowych i coraz bardziej fantastycznych upiększeń. Historja rozwinęła się już w całą epopeję, tak co się tyczy treści jak i długości.
Kiedy wreszcie wszyscy goście odeszli, ja skromnie oświadczyłem się. Powiedziałem staremu, iż mimo, że najzupełniej nie czuję się godnym wejścia zapomocą małżeństwa w związki z tak świetną rodziną, to przecież — itd., itd.
Kiedy zupełnie wyraźnie już powtórzyłem swe oświadczyny, staruszek rzucił mi się na szyję i zawołał w niepohamowanej radości:
— Jestem biednym człowiekiem i nigdy nie spodziewałem się tak wielkiego szczęścia.
Było to pierwszy i ostatni raz w życiu, kiedy Kailas Baba uznał się za biednego człowieka. Było to też pierwszy i ostatni raz w życiu, że on, choć na chwilę, zapomniał o godności wrodzonej i właściwej Babu z Najandżur.



KORONUJEMY CIĘ NA KRÓLA



Kiedy Nabendu Szekhar żenił się z Arunlekhą, bóg małżeństwa uśmiechnął się przebiegle z poza ofiarnego ognia. Niestety, to, co dla bogów bywa wesołą zabawą, nie zawsze jest dobrym figlem dla nas, biednych śmiertelników!

Purnendu Szekhar, ojciec Nabendu, należał do ludzi, żyjących w dobrych stosunkach z angielskimi urzędnikami rządowymi. Dzięki temu, że umiał należycie posługiwać się wiosłami salaamu[6], dotarł w swej podróży życiowej do odległego brzegu godności ray bahadura[7]. Miał jeszcze w rezerwie spory zapas tych środków awansu, na nieszczęście jednak, gdy doszedł do pięćdziesiątego piątego roku życia, a spojrzenie jego spoczęło już z błogą tęsknotą na owianym mgłami szczycie godności radży, znalazł się nagle przeniesiony w sferę, w której ziemskie zaszczyty i odznaczenia nie mają żadnego znaczenia, zaś jego utrudzony od gięcia się w głębokich ukłonach kark znalazł wieczny odpoczynek na drwach stosu pogrzebowego.
Jak nas pouczają nowoczesne nauki przyrodnicze, żadna energja nie idzie na marne, lecz zmienia tylko swój kształt i kierunek. Tak też i siła salaamów Purnendy, niezawodna pomocnica zmiennej bogini szczęścia, spłynęła z bark ojca na barki jego godnego syna i młodzieńcza głowa Nabendu Szekhara zaczęła się kiwać przed drzwiami wysoko postawionych Anglików, jak wiatrem poruszana dynia.
Tradycje rodziny, do której się przyżenił, były zgoła odmienne. Najstarszy syn Pramathanath zdobył miłość całej swej rodziny i szacunek wszystkich, którzy go znali. Tak krewni jak i sąsiedzi uważali go pod każdym względem za wzór.
Pramathanath posiadał nie tylko uniwersyteckie wykształcenie, ale także zdrowy ludzki rozsądek. A mimo to nie posiadał ani wysokiego urzędu, ani znaczniejszych dochodów. Żadna wpływowa osobistość nie pomagała mu do wybicia się, bo Anglikom on schodził z drogi tak samo jak i oni jemu. Skutkiem tego cnoty jego lśniły tylko w kole jego rodziny i przyjaciół, nie wzbudzając zresztą poza tym zakresem żadnego podziwu.
A przecie tenże sam Pramathanath spędził swego czasu trzy lata w Anglji. Życzliwe przyjęcie, jakiego tam doznał, tak go chwyciło za serce, że zapomniał o cierpieniach i upokorzeniach swej ojczyzny i powrócił do kraju w kostjumie europejskim. Rodzinie jego sprawiało to z początku przykrość, po kilku dniach jednak wszyscy przyszli do przekonania, że nikomu w europejskiem ubraniu nie jest tak do twarzy jak jemu, aż wreszcie zaczęli podzielać jego przekonania i radowali się jego pełną godności dumą.
Wróciwszy z Anglji, postanowił Pramathanath pokazać światu, że z Anglo-Indusami można obcować na równej stopie. Ci rodacy nasi, którzy sądzą, że obcowanie tego rodzaju jest niemożliwe i że my musimy przemawiać do Anglików na klęczkach, zdradzają tylko zupełny brak szacunku dla samego siebie, a prócz tego są też niesprawiedliwi względem Anglików — tak myślał Pramathanath.
Z Europy przywiózł od wybitnych osobistości angielskich cały szereg listów, które ułatwiły mu dostęp do anglo-induskiego towarzystwa. On, a także i jego żona korzystali od czasu do czasu z angielskiej gościnności, zapraszani na herbatę, obiady, uroczystości sportowe i inne zabawy. Powodzenie to oszołomiło go i zaczęło wstrząsać wszystkiemi jego nerwami.
W tym czasie otwarto nową linję kolejową i wielu mieszkańców miasta, dumne przedmioty względów urzędniczych, zostało zaproszonych przez gubernatora do wzięcia udziału w pierwszej podróży. Wśród nich znajdował się też Pramathanath. Podczas podróży powrotnej jakiś angielski urzędnik policji wyprosił w najbezczelniejszy sposób paru induskich panów z przedziału, w którym znajdował się również Pramathanath w swem europejskiem ubraniu. Kiedy również chciał wysiąść, urzędnik odezwał się: — Pan wysiadać nie potrzebuje. Proszę, niech pan zostanie na swojem miejscu.
W pierwszej chwili Pramathanathowi pochlebił okazany mu w ten sposób szczególniejszy szacunek. Kiedy jednak pociąg ruszył dalej, doznał wrażenia, jak gdyby omdlewające promienie zachodzącego słońca, leżące na zachodnich polach, niezoranych i pozbawionych wszelkiej zieleni, rumieńcem wstydu zalały cały kraj. I kiedy tak siedział przy oknie swego pustego przedziału, zdawało mu się, że widzi ukryte poza drzewami spuszczone wdół oczy swej Ojczyzny i podczas gdy on sam pogrążył się w marzeniach, palące łzy spływały po jego policzkach, a jego serce biło żywiej z gniewu.
Przyszła mu na myśl historja o ośle, który ciągnął przez ulice wóz z figurą bożka. Przechodnie kłaniali się bożkowi i dotykali czołem pyłu ulicy. Głupi osioł wyobrażał sobie, że całą tę cześć jemu się oddaje.
— Jedyna różnica między osłem a mną — rzekł do siebie Pramathanath — jest ta: Ja dziś zrozumiałem, iż szacunek, jaki mi się okazuje, przeznaczony jest nie dla mnie, lecz dla brzemienia na moim grzbiecie.
Wróciwszy do domu, zwołał Pramathanath wszystkie dzieci, wzniósł wysoki stos z drzewa, podpali go i wrzucił weń jedno po drugiem, wszystkie swoje europejskie ubrania. Dzieci tańczyły dokoła ognia, a im wyżej strzelały płomienie, tem większa była ich uciecha. Następnie wyrzekł się Pramathanath swego łyku herbaty i odrobiny „toastu“ w anglo-induskich domach i siedział znowu nieprzystępny w twierdzy swego domu, podczas gdy jego tak haniebnie potraktowani przyjaciele w dalszym ciągu chodzili od drzwi do drzwi po domach angielskich, chyląc przed niemi swe oturbanione głowy.
Dziwną ironją losu zdarzyło się, iż biedny Nabendu Szekhar pojął za żonę młodszą siostrę z tej rodziny. Szwagierki jego były przystojne i dobrze wychowane. Nabendu przyszedł do przekonania, że zrobił bardzo dobry interes. Z drugiej strony jednak starał się wszelkiemi sposobami rodzinie wykazać, że i on był dla niej doskonałym nabytkiem. Niby to bez żadnego zamiaru pokazywał swym szwagierkom często listy, jakie jego ojciec, otrzymał był od Europejczyków. Ale gdy wiśniowe usteczka tych młodych dam zaczęły się sarkastycznie uśmiechać a ostrze lśniącego sztyletu wyjrzało z czerwonej aksamitnej pochwy, zrozumiał nieszczęśnik swą lekkomyślność i pożałował jej.
Labanjalekha, najstarsza z sióstr, przewyższała wszystkie pięknością i rozumem. Przy sposobności jakiegoś święta ustawiła na kominku w sypialni Nabendu parę angielskich trzewików, pomalowanych szkarłatną barwą na czerwono, naniosła kwiatów, pasty sandałowej, kadzidła i dwie świece, które w sposób przepisany przy składaniu ofiar zapaliła. Kiedy Nabendu przyszedł, obie szwagierki wzięły go między siebie, mówiąc z drwiącą powagą:
— Pokłoń się twym bogom i oby ich błogosławieństwo przyniosło ci szczęście.
Trzecia siostra, Kiranlekha, cały miesiąc spędziła nad wyszywaniem czerwonym jedwabiem szalu na plecy setką zwykłych nazwisk angielskich, jak Jones. Smith, Brown. Thomson itd. Gdy szal był gotów, uroczyście wręczyła Nabendu to namawali.[8]
Czwarta, Sasankalekha, mała i która się właściwie jeszcze nie liczyła, odezwała się raz:
— Bracie, ja ci zrobię różaniec, na którym będziesz mógł wymieniać imiona twych bogów, Sahibów.
Siostry wyłajały ją i zaczęły wołać:
— Idź sobie stąd, ty zuchwała żmijko!
Uczucia Nabendu Szekhara wahały się między wstydem a gniewem. A mimo to nie mógł się zdecydować na wyrzeczenie się towarzystwa swych szwagierek, zwłaszcza, że najstarsza była faktycznie bardzo piękna. Siła słodyczy jej miodu nie była mniejsza od goryczy, zaś ona karmiła zwykle Nabendu tak jednem jak i drugiem. Ćma mimo osmalenia skrzydeł w ślepem opętaniu trzepoce się wciąż dokoła światła, niezdolna do oderwania się od niego.
Towarzystwo szwagierek wywarło na Nabendu taki wpływ, iż po pewnym czasie zaczął zaprzeczać swemu ubieganiu się o względy Anglików. Wychodząc, aby złożyć uszanowanie gubernatorowi, mówił, że idzie wysłuchać mowy Surendtranatha Banerdżi. Idąc na kolej, aby wziąć udział w uroczystem powitaniu wice-gubernatora, powracającego z Dardżiling, opowiedział szwagierkom, iż idzie naprzeciw swego najmłodszego wuja.
Ciężka to była rzecz dla tego nieszczęsnego człowieka stać tak w krzyżowym ogniu swych Sahibów i szwagierek. Szwagierki jednak przysięgły sobie potajemnie nie spocząć, dopóki Sahibów nie wyprą.
Jakoś w tym czasie rozeszła się wieść, że nazwisko Nabendu ma się znaleźć na najbliższej liście odznaczeń z okazji urodzin królewskich i że on jako Ray-Bahadur stanie na pierwszym stopniu tej prowadzącej do raju drabiny. Biedak nie miał odwagi podzielić się ze szwagierkami tą wesołą nowiną. Ale wreszcie pewnego wieczoru, gdy księżyc jesienny zalewał ziemię swem zgubnem światłem, serce Nabendu tak wezbrało, że nie mógł już dłużej wytrzymać i zwierzył się z sekretu żonie. Na drugi dzień Arunlekha udała się w lektyce do domu swej najstarszej siostry i głosem zdławionym od łez zaczęła się skarżyć na swój los.
— No, przecie przez to, że zostanie Ray-Bahadurem, korona mu jeszcze z głowy nie spadnie. Dlaczego czujesz się tem tak upokorzona?
— Ach, nie, kochana siostro! — odpowiedziała Arunlekha. — Wolałabym wszystko inne, niż być żoną Ray-Bahadura.
Do koła ich znajomych należał też niejaki Bhutnath Babu, który był Ray-Bahadurem, a to tłumaczyło jej gwałtowną niechęć do tego tytułu.
Labanja próbowała ją uspokoić:
— Nie irytuj się, moja droga; zobaczę, co się da zrobić, aby temu przeszkodzić.
Babu Nilratan, mąż Labanji, by adwokatem w Buksarze. Kiedy jesień minęła, Nabendu otrzymał od Labanji list z zaproszeniem, aby ich odwiedził, wobec czego pełen radości pojechał do Buksaru.
Wczesna zima zachodniej prowincji okrasiła Labanjalekhę nowem zdrowiem i pięknością i ozdobiła jej blade policzki delikatnym rumieńcem. Była podobna do obsypanej kwieciem kazarydy w jasny dzień jesienny na samotnym brzegu strumyczka. Pełnym zachwytu oczom Nabendu wydała się niby krzak jaśminu w pełnym rozkwicie, lśniący od rosy w świetle porannem.
Nigdy w życiu nie czuł się Nabendu tak dobrze. Wzmożone poczucie zdrowia i podniecające towarzystwo pięknej szwagierki dawały mu uczucie takiej lekkości, że miał wrażenie, iż unosi się w powietrzu, nie dotykając ziemi. Zdawało mu się, jak gdyby Ganges, płynący tuż koło ogrodu, najszaleńsze jego fantazje unosił w nieznany kraj baśni, gdzie nabierały rzeczywistości.
Kiedy wczesnym rankiem wracał ze swej przechadzki nad rzeką, łagodne promienie słońca zimowego użyczały całemu jego ciału tego rozkosznego uczucia ciepła, jakie przenika kochanka w ramionach ukochanej. W domu zastawał czasem szwagierkę zajętą przyrządzaniem jakiejś smacznej potrawy. Czem prędzej ofiarował jej zwykle swą pomoc, przyczem na każdym kroku wykazywał zupełny brak zręczności i talentu kucharskiego. Nie starał się jednak wcale o to, aby dzięki uwadze i wprawie poczynić jakieś postępy, przeciwnie, bawiło go bardzo, gdy szwagierka go łajała i burczała. Zadawał sobie wiele pracy, by co dnia na nowo jej dowieść, że jest nieudolnym i nieporadnym jak nowonarodzone dziecię, o ile idzie o mieszanie korzeni, trzymanie patelni i uważanie, aby się coś tam nie przypaliło — za co otrzymywał należytą nagrodę w postaci pełnego politowania uśmiechu i połajanek.
W południe pałaszował z zapałem wszystkie piękne rzeczy, jakie przed nim zastawiano, czyniąc zadość tak swemu zdrowemu apetytowi jak też i zachętom szwagierki. Po jedzeniu zasiadano do kart, przyczem Nabendu wykazywał znowu wrodzony sobie brak wszelkiej zręczności. Szachrował, zapuszczał żórawia, kłócił się z partnerką, a choć nigdy nie wygrał, nie chciał się w żaden sposób przyznać do przegranej. Oczywiście to pociągało za sobą coraz to nowe bury, on jednak był niepoprawny.
Ale pod pewnym względem naprawdę się poprawił. Zapomniał najzupełniej, przynajmniej na jakiś czas, że najwyższy cel życia stanowiło staranie się o uśmiech Sahibów. Zaczynał powoli rozumieć, jakie szczęście i zadowolenie sprawia nam, gdy zyskujemy miłość i szacunek tych, którzy nam są najbliżsi i najdrożsi.
Przyczyniło się do tego też i to, że Nabenda żył teraz w zupełnie innej atmosferze. Mężowi Labanji, Babu Nilratanowi, znakomitemu prawnikowi, wielu brało za złe, że nie składa wizyt urzędnikom angielskim. Na zarzuty te odpowiadał Nilratan zwykle:
— Nie, dziękuję. Skoro nie mogą się zdobyć na tyle uprzejmości, aby oddać mi wizytę, moja uprzejmość byłaby tylko zupełnie zbyteczną rozrzutnością. Piasek pustyni jest pięknie biały i połyskujący, ja jednak wolę obsiewać czarną ziemię, która mi me ziarno zwróci.
I Nabendu, niepomny na przyszłość, zaczął żywić te same poglądy. Jego widoki na godność Bahadura kwitły tymczasem dalej na gruncie, przez zmarłego ojca i przez niego samego w ostatnich czasach starannie przygotowanym, i nie było potrzeba świeżo ich podlewać. Czyż nie ufundował niemałym sumptem placu wyścigowego w jednem mieście, które było najmilszem miejscem pobytu Anglików?
Kiedy zbliżał się czas Kongresu[9] otrzymał Nilratan z wydziału wezwanie do zbierania na ten cel składek. Niczego nie podejrzewający Nabendu siedział właśnie przy wesołej partyjce ze swoją szwagierką, gdy naraz zbliżył się do niego Nilratan z listą składek i rzekł:
— Proszę cię o podpis.
Ujrzawszy słowo „kongres“ Nabendu ze starej nawyczki przeraził się. Labanja zrobiła również bardzo przerażoną minę i odezwała się:
— Nie rób tego. Zmarnujesz sobie na nic swój tor wyścigowy.
Ale Nabendu wykrzyknął pogardliwie:
— Czy myślisz, że mi to może sen odbierze?
— Nie ogłosimy twego nazwiska w dziennikach — rzek Nilratan uspokajająco.
Ale Labanja wtrąciła z poważną i zakłopotaną miną:
— Mimo wszystko to jest trochę niebezpieczne. Takie rzeczy trudno zachować w tajemnicy...
Nabendu odpowiedział gwałtownie:
— Nicby memu nazwisku nie zaszkodziło, nawet gdyby się znalazło w gazetach.
To rzekłszy, chwycił listę składek, którą Nilratan wciąż jeszcze trzymał w ręku i jednym zamachem podpisał tysiąc rupij. W głębi duszy miał nadzieję, iż pisma tego nie podadzą.
Labanja uderzyła się w czoło i zawołała przerażona:
— I — có — żeś — ty — zro — bił!
— Nic złego! — odpowiedział Nabendu, wypinając dumnie pierś.
— Ależ — ależ — mówiła z wahaniem — pomyśl tylko, co to będzie, jak ci wszyscy Sahibowie się na ciebie obrażą — portjer na dworcu Sealda, służba sklepowa u Whiteway’a, dojeżdżacz u braci Hart — jak wszyscy ci panowie nie zechcą przyjść na twój proszony obiad i pić twego szampana! Pomyśl tylko, jak cię następnym razem zobaczą, nie będą cię już życzliwie klepać po ramieniu!
— Płakać o to nie będę! — odpowiedział Nabendu krótko.
Minę o parę dni.
Pewnego poranka, kiedy Nabendu popijał herbatę i przeglądał gazetę, nagle wzrok jego padł na adresowany do niego list otwarty, podpisany N. Autor listu dziękował mu pełnemi zapału słowy za jego hojny dar, oświadczając, iż nie można dość wysoko ocenić poparcia, jakie Kongres uzyskał dzięki temu, iż taki człowiek oddał się na jego usługi.
Ach, biedny ojcze Purnendu Szekharze! Czyż po to, aby utwierdzić potęgę Kongresu, spłodziłeś takiego nędznika?
Jednakże ta ciężarna nieszczęściem chmura miała też swe srebrne obramowanie. Z faktu, iż tak gmina anglo-induska jak i Kongres usiłowały złapać go na swój haczyk i przeciągnąć na swoją stronę, wynikało zupełnie jasno, iż przecie on nie był zwykłem zerem. To też Nabendu, rozpromieniony z radości, zaniósł dziennik swej szwagierce i pokazał jej list.
Labanja, udając, ze nic o tem nie wie, zawołała ze strachem:
— O, cóż to za fatalna historja! Teraz wszystko się już wyda! I któż ci tego złośliwego figla wypłatał? Oh, co za obrzydliwy zdrajca!
— No, no, Labanjo! — mówił ze śmiechem Nabendu — Nie trzeba na niego zaraz tak pomstować! Ja mu przebaczam z całego serca i jeszcze bym mu za to dał swe błogosławieństwo!
W parę dni później ktoś przysłał Nabendu wrogo usposobiony dla Kongresu dziennik anglo-induski. Znajdował się tam artykuł, opatrzony podpisem „Ktoś, kto to wie lepiej“, a naturalnie zaprzeczający wszystkiemu, co pisał autor listu otwartego. „Ci, którzy mają zaszczyt znać Babu Nabendu Szekhara osobiście — brzmiał artykuł — ani na chwilę nie uwierzą podobnemu oszczerstwu. Stać się członkiem Kongresu jest dla niego takiem samem niepodobieństwem, jak dla leoparda zrzucić swą skórę. Jest to człowiek nawskroś z charakterem — nie żaden nieszczęśliwy w swych staraniach o posadę rządową chłystek lub adwokat bez klienteli. Nie należy też do tych, którzy, wróciwszy po krótkim pobycie w Anglji i małpując nasze ubranie i obyczaje, wdzierają się bezczelnie w anglo-induskie towarzystwo, aby później z uczuciem zawodu musieć się z niego wycofać. To też nie widzimy najmniejszego powodu, dla któregoby Babu Nabendu Szekhar itd. itd.
Ach, ojcze Purnendu Szekharze! Jakże dobrą sławę wyrobiłeś sobie i swemu nazwisku wśród Anglików!
I ten artykuł pokazano szwagierce, bo czyż nie był to najlepszy dowód, że Nabendu nie jest jakimś mizernym, nędznym półgłówkiem, lecz prawdziwym, co się zowie, mężczyzną?
Labanja wykrzyknęła z udanem zdziwieniem:
— Któryż z twoich przyjaciół mógł to pisać? Może konduktor, może kuśnierz — a kto wie, czy nie tambourmajor z fortu?
— Mnie się zdaje, że na to powinieneś odpowiedzieć — odezwał się Nilratan.
— Czy to konieczne? — rzekł Nabendu wyniośle — Czy mam odpowiadać na każdą drobnostkę, jaką przeciw mnie wyciągną?
Śmiech Labanji zalał pokój.
Nabendu zmieszał się trochę i spytał:
— O cóż właściwie idzie?
Ale ona śmiała się dalej, nie mogąc się powstrzymać, przyczem jej smukła, młodzieńcza postać gięła się, jak gdyby wiatr nią kołysał. Ten wybuch wesoości najzupełniej już wyprowadził z równowagi Nabendu.
— Czy sądzisz może, że ja boję się na to odpowiedzieć? — zapytał nie bez pewnego smętku w głosie.
— Ale skądże! —-— odpowiedziała Labanja — Pomyślałam sobie tylko, że przecie nie wyrzekłeś się jeszcze nadziei uratowania swego tak obiecującego toru wyścigowego. Tak, nadzieja — to wszystko!
— Ty naprawdę myślisz, że ja się o to obawiam? Dobrze, przekonasz się! — odpowiedział Nabendu zrozpaczony i natychmiast zaczął pisać odpowiedź. Skończywszy, podał ją Labanji i Nilratanowi ale ci orzekli, że jest za słaba.
— To niedość energiczne. Na to się musi mocno chlasnąć, nieprawdaż?
Z całą uprzejmością podjęli się zredagowania artykuliku. Ostateczne jego brzmienie było następujące:
— Jeżeli ktoś, połączony z nami związkami krwi, przechodzi na stronę naszych nieprzyjaciół, staje się dla nas znacznie niebezpieczniejszym od każdego cudzoziemca. Pyszałkowaci Anglo-Indusi są dla rządu Indyj wrogami znacznie gorszymi, niż Rosjanie, a nawet Afganowie; stają oni zawsze jako niemożliwa do usunięcia zapora między rządem a narodem i uniemożliwiają wszelkie zadzierżgnięcie się jakichkolwiek węzłów przyjaznych między obu stronami. Kongres jest tą instytucją, która zbudowała szeroki gościniec, wiodący do lepszego porozumienia między rządem a poddanymi, jednakże dzienniki anglo-induskie rozkrzewiły się jak chwasty cierniste przez całą szerokość tej drogi itd. itd.
Nabendu w duchu obawiał się, że ten artykuł sprowadzi na niego nieszczęście, z drugiej strony jednak uczuł się wbity w dumę znakomitym stylem, który uważał za swój własny. Odpowiedź ta została na odpowiedniem miejscu wydrukowana, poczem zaczęły się w najbliższych dniach pojawiać w różnych dziennikach uwagi, odpowiedzi i ataki, aż wreszcie zagrzmiały trąby, obwieszczające światu fakt, iż Nabendu stał się członkiem Kongresu i jaką sumę na jego cele podpisał.
Nabendu mówi teraz z tak rozpaczliwą odwagą, jak gdyby był najzagorzalnym patrjotą. Labanja śmiała się w duchu i mówiła sama do siebie:
— No, no, poczekaj, próbę ogniową masz jeszcze przed sobą.
Pewnego poranku, kiedy Nabendu przed kąpielą natarł sobie oliwą piersi i właśnie starał się wszelkiemi sposobami namaścić również trudno dostępne okolice łopatek, służący przyniósł mu bilet z nazwiskiem samego sędziego okręgowego! Miły Boże! Cóż miał począć? Nie mógł przecie w żaden sposób wyjść tak namaszczony i przyjąć Sahiba. Szamotał się konwulsyjnie, jak ryba, którą czeka patelnia. Wykąpał się z gorączkowym pośpiechem, ubrał się i wybiegł z pośpiechem z łazienki. Służący oświadczył mu, że Sahib czekał przez dłuższy caas i właśnie odszedł. Jaką część winy w tej komedji złośliwego splotu okoliczności ponosiła Labanja, a jaka przypadała na służącego, stanowi zadanie rachunkowe, którego rozwiązanie pozostawiam matematykom etyki.
Serce Nabendu skurczyło się w piersi z bólu jak świeżo ucięty ogon jaszczurki. Przez cały dzień siedział milczący, smutny, osowiały.
Labanja, usunąwszy z twarzy wszelki ślad wesołości, jaka panowała w jej duszy, kilkakrotnie pytała go stroskanym głosem:
— I cóż ci się stało? Mam nadzieję, że nie jesteś chyba chory?
Nabendu zrobił wielki wysiłek, aby się uśmiechnąć i dać jakąś wesołą odpowiedź.
— Któż mógłby zachorować przy tobie — wyjąka wreszcie — która jesteś uosobioną boginią zdrowia?
Ale uśmiech zgasł szybko. Przykre myśli dręczyły go bezustannie.
— Naprzód podpisałem się na liście składek na rzecz Kongresu, następnie ogłosiłem w dziennikach ten głupkowaty artykuł, zaś teraz obraziłem sędziego okręgowego, każąc mu na siebie czekać, gdy on zaszczycił mnie swemi odwiedzinami. Co on sobie o mnie pomyśli!
— Ach, ojcze Purnendu Szekharze, dziwnem zrządzeniem losu wyglądam na takiego, jakim wcale nie jestem!
Następnego poranka Nabendu ubrał się w swe najlepsze suknie, włożył do kieszeni zegarek z grubym, złotym łańcuszkiem i wdział na głowę wielki turban.
— Dokąd idziesz? — zapytała go szwagierka.
— Mam ważne sprawy — odpowiedział Nabendu.
Labanja milczała.
Stanąwszy u drzwi sędziego okręgowego, wyjął swój bilet wizytowy.
— Teraz z nim mówić nie można — rzekł lodowatym tonem dyżurny lokaj.
Nabendu wyjął z kieszeni parę rupij.
Lokaj skłonił się natychmiast i rzekł:
— Jest nas pięciu, panie!
Wobec tego Nabendu wyjął w tej chwili dziesięć rupij i poda mu je.
Wprowadzono go do sędziego okręgowego, który siedział przy biurku w szlafroku i w pantoflach. Sędzia okręgowy wskazał mu palcem krzesło i spytał, nie podnosząc głowy z nad papierów:
— Czem można służyć. Babu?
Nabendu przebierał przez chwilę nerwowo palcami po swym łańcuszku, aż wreszcie rzekł niepewnym głosem:
— Pan był wczoraj łaskaw odwiedzić mnie, panie sędzio?
Sahib zmarszczył czoło, rzucił nań z ponad papierów okiem i rzekł:
Ja pana odwiedzać? Co pan za głupstwa wygaduje?
— Proszę o przebaczenie, panie! — jąkał Nabendu — Musiała zajść jakaś pomyłka — jakieś nieporozumienie — to mówiąc, starł obfity pot z czoła i wyszedł z pokoju, zataczając się. A kiedy się tego wieczora niespokojnie przewracał na łóżku, wciąż niby z jakiejś odległej dali, brzmiało mu w uszach:
— Babu, ty jesteś kolosalnym osłem!
Wracając do domu, przyszedł Nabendu do przekonania, że sędzia okręgowy wyparł się tylko tej wizyty, obrażony, iż musiał tak długo czekać.
Na pytanie Labanji odpowiedział, że wyszedł, aby kupić wody różanej. Zaledwie to powiedział, zjawiło się pół tuzina policjantów z odznakami upoważniającemi do inkasowania grzywny; skłoniwszy się nisko przed Nabendu, czekali z uśmiechem.
— Czy oni chcą cię aresztować za to, że podpisałeś składkę na Kongres? — szepnęła Labanja z uśmiechem.
Sześciu policjantów wyszczerzyło tuzin szeregów białych zębów i rzekło:
— Bakszisz, Babu Sahib!
Z sąsiedniego pokoju wyszedł Nilratan i spytał zirytowany:
— Bakszisz? Za co?
Policjanci odpowiedzieli, wciąż jeszcze uśmiechając się:
— Babu Sahib był na audjencji u sędziego okręgowego, wobec tego przyszliśmy po bakszisz.
— O! — zaśmiała się Labanja — Nie wiedziałam nic o tem, że sędzia okręgowy handluje już wodą różaną. Jak dotąd, niezbyt mu zależało na tem, aby nam kadzić.
Nabendu, starając się pogodzić historję swych zakupów z wizytą u sędziego okręgowego, wyjąkał parę słów bez związku, z których zresztą nikt nie mógł być mądry.
Nilratan rzucił policjantom:
— Tu niema żadnego powodu do dawania baksziszu; nic nie dostaniecie.
— O, to przecie biedni ludzie! — rzekł Nabendu nieśmiało — Dlaczegoby im nic nie dać?
Mówiąc to, wyjął banknot. Ale Nilratan wyrwał mu go z ręki z uwagą:
— Są na świecie biedniejsi od nich — dam im te pieniądze w twojem imieniu.
Nabendu czuł się niezmiernie unieszczęśliwiony tem, że nie mógł czemś przejednać niepokojących sług rozgniewanego boga Sziwy. Kiedy policjanci odchodzili z groźnie zmarszczonemi czołami, patrzył na nich błędnym wzrokiem, jak gdyby chciał powiedzieć:
— Wiecie wszystko, moi panowie! To nie moja wina!
Tego roku Kongres miał się odbyć w Kalkucie. Nilratan udał się tam wraz z żoną, aby wziąć udział w obradach. Nabendu towarzyszył im.
Jak tylko przyjechali do Kalkutty, stronnictwo Kongresu zebrało się dokoła Nabendu, a jego radość i zapał nie miały granic Powitano go głośnem „hurra“, wyróżniano go na najrozmaitsze sposoby i wynoszono go pod niebiosa. Każdy mówi, że gdyby ludzie wybitni, jak Nabendu, nie oddali się na usługi sprawy, ojczyzna byłaby stracona. Nabendu chętnie się z tem zgadzał i wyszedł z chaosu omyłek i zamieszania jako jeden z przywódców ojczyzny. Kiedy pierwszego dnia wszedł do sali zebrań, wszyscy powstali z miejsc, wołając głośno „Hip, hip, hurra!“ według zagranicznego zwyczaju, tak że ojczyzna ze wstydu zarumieniła się aż po korzonki włosów.
Nadszedł dzień imienin królewskich i nazwisko Nabendu nie stało na liście Ray-Bahadurów.
Tegoż wieczoru otrzymał zaproszenie od Labanji. Kiedy do niej przyszedł, Labanja wręczyła mu z wielką pompą szatę honorową i własnoręcznie namalowała mu sandałową pastą czerwony znak na czole. Każda z sióstr zarzuciła mu na szyję własnoręcznie uwity wieniec. W różowem sari i obsypana klejnotami oczekiwała go w jednym z sąsiednich pokojów małżonka Anunlekha, z twarzą rozjaśnioną uśmiechem i rumieńcem. Siostry jej pospieszyły do niej i wręczyły jej wieniec, aby i ona wzięła udział w uroczystości, ona jednak nie chciała ich nawet słuchać, zaś jej wieniec, który tęsknił do szyi Nabendu, oczekiwał cierpliwie cichego milczenia północy.
Siostry mówi y do Nabendu:
— Koronujemy cię dziś na króla. W całym Hindustanie niema nikogo, ktoby dostąpił takiego zaszczytu.
Czy to było dla Nabendu wielką pociechą, wie tylko on jeden; ale my sami wielce o tem powątpiewamy. Przeciwnie, mamy nadzieję, że on przecie jeszcze w tem życia doprowadzi do Ray-Bahadura i że pisma anglo-induskie ogłoszą z okazji jego zgonu rozdzierające serce artykuły. Wobec czego wznieśmy na razie trzykrotny okrzyk na cześć ojca Purnendu Szekhara: — Hip, hip, hurra! Hip, hip, hurra! Hip, hip, hurra!



ODWET



I.

Było to nocą księżycową w czas pełni, w początkach marca. Młoda wiosna rozsyłała na wszystkie strony swe tchnienia, ciężarne wonią kwiatów mangowych. Miły śpiew niestrudzonej papiji, ukrytej w gestem listowiu starej, bliźniaczej śliwy nad sadzawką, dolatywał do czuwającej jeszcze sypialni w domu Mukerdżi’ego. Tam, przy oknie, siedział Hemanta naprzeciw swej żony; bawił się delikatnie lokiem jej włosów, okręcając go sobie dokoła palców, to znów dzwonił splotem jej bransolet, lub też zsuwał jej na twarz wieniec, który jej włożył na głowę. Podobny był do wietrzyka wieczornego, który pieszczotliwie wdzięczy się do swego ukochanego kwiatuszka i, nie chcąc pozwolić mu zasnąć, ciągnie go łagodnie to w tę to w drugą stronę.
Ale Kusum siedziała nieruchomo, patrząc przez otwarte okno, ze spojrzeniem utopionem najzupełniej w rozświetlonych księżycem głębiach nieskończonej przestrzeni. Zdawało się, jak gdyby nie czuła pieszczot małżonka.
Wreszcie Hemanta wziął ją za obie ręce, potrząsnął niemi łagodnie i rzekł:
— Kusum, gdzie jesteś? Odeszłaś ode mnie tak daleko, że dopiero po długiem, cierpliwem poszukiwaniu mogłem cię przy pomocy wielkiego dalekowidza odnaleźć jako drobniuchny punkcik. Chodź bliżej, kochanie! Patrz, jaka przecudna noc.
Kusum odwróciła wzrok od pustej przestrzeni, spojrzała na męża i rzekła:
— A ja znam zaklęcie, które mogłoby w jednej chwili na drzazgi rozbić całą tę księżycową noc wiosenną.
— Jeśli istotnie znasz takie zaklęcie — roześmiał się Hemanta — proszę cię, nie wymawiaj go. Gdybyś jednak mogła w jakiś sposób sprawić, aby niedziela była trzy lub cztery razy na tydzień, zaś noce aby trwały aż do piątej popołudniu następnego dnia, proszę cię, nie zwlekaj z tem.
To mówiąc, próbował przyciągnąć żonę do siebie. Ale Kusum wysunęła się z jego objęć i rzekła:
— Wiesz, chciałabym dziś wieczór powiedzieć ci coś, co zamierzałam wyznać dopiero na śmiertelnem łożu. Dziś czuję, że potrafiłabym znieść wszelką karę, jakąbyś mi wymierzył.
Hemanta chciał właśnie zrobić jakiś żart na temat kar i zacytował odpowiedni wiersz, gdy naraz usłyszeli szybkie zbliżanie się pary gniewnych pantofli. Były to dobrze znane kroki jego ojca, Harihara Mukerdżega, a Hemancie, który nie wiedział, co to ma znaczyć, zabiło serce z niepokoju.
Harihar stanął przed drzwiami na korytarzu i zawołał doniosłym głosem:
— Hemanta, wypędź natychmiast swą żonę z domu!
Hemanta spojrzał na żonę. W rysach jej twarzy nie znalazł ani śladu zdziwienia. W milczeniu ukryła twarz w dłoniach, pragnąc tylko z całej duszy, aby się mogła zapaść pod ziemię.
Wciąż jeszcze na skrzydłach powiewu wiosennego przylatywała do pokoju cudna pieśń papiji. Nikt jej nie słyszał. Niezliczone są piękności ziemi, ale, ach, jakże łatwo szczęście ludzkie obraca się w niwecz!

II.

Hemanta, wróciwszy do pokoju, zapytał żonę.
— Czy to prawda?
— Tak — odpowiedziała Kusum.
— Dlaczego mi o tem przedtem nie powiedziałaś?
— Próbowałam nieraz, ale nie mogłam. Och, ja nieszczęśliwa!
— Opowiedz mi teraz wszystko!
Powoli, ale bez wahania, pewnym głosem opowiedziała mu Kusum swą historję. Było to, jak gdyby szła boso przez ogień, ciężkiemi lecz zdecydowanemi krokami i nikt nie wiedział, jak strasznie cierpiała. Kiedy skończyła, Hemanta wstał i wyszedł.
Kusum by a pewna, że wyszedł, aby już nigdy więcej nie wrócić. Wydało się jej to tak naturalne, jak pierwszy lepszy, zwykły, codzienny wypadek, do tego stopnia w przeciągu tych paru ostatnich chwil dusza jej stępiała i zobojętniała. Nie było w niej nic prócz uczucia, że cały świat i cała jej miłość jest od początku do końca jednem wielkiem złudzeniem. Nawet wspomnienie, zapewnień miłości, jakie jej mąż w ostatnich dniach poczynił, wywołało na jej wargi tylko suchy, gorzki, przykry uśmiech, jak okrutny nóż, który jej przeszył serce. Myślała może, że to oto jest ta miłość — miłość, zdająca się wypełniać całe życie, kryjąca w sobie tyle tkliwości i głębi uczucia, miłość, która nawet najkrótszą rozłąkę czyniła tak bolesną, a chwilę powitania tak jedyną i słodką, miłość niby bezgraniczna co do rozmiarów, a wiecznie trwała i której koniec trudno sobie było wyobrazić nawet w nowych postaciach odrodzenia. — A więc to była ta miłość! Tak wątła była jej podstawa. Ledwo jej dotknie palec kapłana, już ta „wieczna“ miłość zmienia się w garstkę popiołu. Jeszcze przed chwilą szeptał jej Hemanta w ucho: — Jaka przecudna noc! — I ta noc jeszcze się nie skończyła, ta sama papija ćwierkała swą pieśń, ten sam powiew południowy wpada do pokoju, poruszając zlekka zasłonami łóżka, to samo światło księżycowe leżało na łóżku niedaleko otwartego okna, drzemiąc rozkosznie, jak znużona wesołą zabawą piękna kobieta. Wszystko to było kłamstwem. Miłość kłamała jeszcze podstępniej, niż ona sama.

III.

Następnego poranka zapuka Hemanta do drzwi Peari Sankara Ghosala. Po bezsennej nocy by zupełnie wyczerpany i wyglądał mizernie i nieswojo.
— Czego sobie życzysz, mój synu? — powitał go Peari Sankar.
Hemanta spłonął gniewem.
— Skalałeś naszą kastę! — zawołał drżącym głosem — Przywiodłeś nas do zguby. Za to odpokutujesz. Nie mógł dalej mówić, głos odmówił mu posłuszeństwa.
— Za to wy zostawiliście mi mą kastę, nie dopuściliście do wyrzucenia mnie z gminy i przyjaźnie poklepaliście po ramieniu! — rzekł Peari Sankar z cichym, sarkastycznym śmiechem.
Hemanta pragnął, aby jego gniew bramiński na miejscu spalił Peari Sankara na węgiel, jednakże jego wściekłość trawiła tylko jego samego. Peari Sankar siedział naprzeciw niego nietknięty i w jak najlepszem zdrowiu.
— Czy zrobiłem ci kiedy co złego? — spytał Hemanta.
— Odpowiedz mi na jedno pytanie — rzekł Peari — Co złego twemu ojcu zrobiła moja córka, moje jedyne dziecię? Byłeś wtenczas jeszcze mały i może nic o tem nie słyszałeś. Zatem posłuchaj. Uspokój się tylko. Historja, którą ci chcę opowiedzieć, jest bardzo wesoła.
Byłeś jeszcze małym chłopczykiem, kiedy mój zięć, Nabakanta uciekł z klejnotami mej córki do Anglji. Może przypominasz sobie to nadzwyczajne wzburzenie we wsi, kiedy po pięciu latach wrócił jako adwokat. Twój ojciec, który dochrapał się był godności wójta, oświadczył, że jeśli odeślę swą córkę do domu jej męża, muszę się jej raz na zawsze wyrzec i nie będzie mi wolno nigdy jej pozwolić przekroczyć progu mego domu. Padłem mu do nóg i błagałem: — Bracie, uratuj mnie ten jedyny raz. Ja młodzika doprowadzę do tego, że będzie jadł gnój krowi i podda się całej ceremonji oczyszczenia, ale przyjmij go na powrót do kasty! — Twój ojciec jednak pozostał nieubłagany. Ja zaś nie mogłem w żaden sposób wyrzec się swego jedynego dziecka, wobec czego, pożegnawszy się ze wsią i z krewnymi, udałem się do Kalkutty. Ale i tam prześladowały mnie me cierpienia. Kiedy ułożyłem już jak najszczegółowiej małżeństwo swego bratanka, ojciec twój podjudził krewnych jego narzeczonej i małżeństwo się rozwiało. A wówczas przysiągłem sobie święcie, że jeśli w mych żyłach jest choć kropla krwi bramińskiej, zemszczę się. — Teraz zaczynasz powoli rozumieć już sens tego wszystkiego, nieprawdaż? Ale poczekaj jeszcze chwilkę. Ubawisz się dopiero, kiedy całej historji wysłuchasz, jest ona naprawdę bardzo zajmująca.
Chodziłeś już do gimnazjum. Mieszkał wówczas obok mnie, w sąsiednim domu, niejaki Bipradas Czatterdżi. Biedaczysko nie żyje już. Miał on wychowanicę, sierotę, imieniem Kusum, córkę człowieka z kasty Kajastha. Dziewczyna była bardzo ładna, to też stary bramin strzegł jej, jak mógł, przed natrętnym wzrokiem gimnazjalistów. Rozumie się jednak, że młoda dziewczyna nie potrzebowała się nadzwyczajnie wysilać, aby staremu zamydlić oczy. Wychodziła bardzo często na dach niby, żeby tam rozwieszać wypraną bieliznę, zaś o ile sobie przypominam, ty również przyszedłeś wówczas do przekonania, że dach jest najodpowiedniejszem dla ciebie miejscem do nauki. Czy, siedząc tam na tych dachach, rozmawialiście z sobą, tego już nie wiem, ale zachowanie się dziewczyny wzbudziło podejrzenie starego. Coraz bardziej zaniedbywała swe obowiązki domowe i zaczęła, jak Parwati[10] podczas swych ćwiczeń pokutnych, pogardzać pożywieniem i snem. Parę razy wieczorem, w obecności owego staruszka, wybuchała nagle płaczem, pozornie bez najmniejszego powodu.
Nareszcie zauważył, że oboje przesiadujecie dość często na dachu i że ty zaniedbujesz nawet szkołę, aby tylko móc w południe siedzieć z książką w ręku na dachu: do tego stopnia nagle przypadło ci do smaku samotne studjum. Bipradas przyszedł do mnie, aby się mnie poradzić, i opowiedział mi o wszystkiem.
— Wujaszku! — powiedziałem mu — Od dawna już nosisz się z zamiarem zrobienia pielgrzymki do Benares. Zróbże to teraz, a dziewczynę pozostaw pod moją opieką. Już ja się nią zajmę.
Pojechał. Umieściłem dziewczynę w domu Sripati Czatterdżi’ego i podałem go za jej ojca. Co się stało, wiesz sam. Stanowi to dla mnie niemałą ulgę, że mogłem ci wszystko od początku opowiedzieć. Brzmi to jak jakiś romans, nieprawda? Myślę napisać o tem książkę i wydrukować ją, ale cóż, nie mam zdolności literackich. Mój siostrzeniec podobno nie jest pod tym względem bez zdolności, postaram się, może on mnie wyręczy. Najlepiej jednak byłoby, gdybyś ty zrobił to do spółki z nim, bo ja nie wiem tak dokładnie, jak się to wszystko skończyło.
Hemanta, nie słuchając już ostatnich uwag Peari Sankara, zapytał:
— Czy Kusum godziła się na to małżeństwo?
— Cóż! — rzekł Peari Sankar — Na to trudno odpowiedzieć! Znasz przecie kobiety! Kiedy mówią „nie“, myślą „tak“. W pierwszych dniach po przeprowadzeniu się na nowe mieszkanie, odchodziła prawie od zmysłów z tego powodu, że cię nie widziała. Ty jednak, zdaje się, w krótkim czasie odnalazłeś jej nowe mieszkanie, bo zwykle zbaczałeś z drogi do gimnazjum i wałęsałeś się w pobliżu domu Sripati. Nie miałem wrażenia, jakoby oczy twoje szukały gimnazjum, ponieważ zwrócone były w stronę zakratowanych okien domu prywatnego, gdzie dostać mogły się tylko owady lub serca lunatycznych młodzieńców. Obojga was było mi bardzo żal. Widziałem, że studja twoje były poważnie zagrożone, a także stan dziewczęcia był godny politowania.
Pewnego dnia zawezwałem do siebie Kusum i powiedziałem:
— Słuchaj mnie, córko moja. Jestem już starym człowiekiem, wobec czego nie potrzebujesz się mnie wstydzić. Wiem, kogo twe serce pożąda. Ten młody człowiek jest niemniej od ciebie pogrążony w rozpaczy. Bardzobym chciał połączyć was.
Usłyszawszy to, Kusum zalała się łzami i wybiegła z pokoju. Ja zaś zacząłem wieczorem chodzić do domu Sripati, gdzie rozmawiałem z Kusum o tobie, tak, że wreszcie udało mi się zdobyć jej zaufanie. Kiedy jej wreszcie powiedziałem, że chciałbym doprowadzić do skutku wasze małżeństwo, zapytała:
— I jakże to jest możliwe?
— Pozwól mi tylko działać! — odpowiedziałem — Podam cię jako braminkę!
Po długich namowach poprosiła mnie, abym się dowiedział, czy i ty na to się zgodzisz.
— Co za nonsens! — rzekłem. — Chłopak i tak już mało że od zmysłów nie odchodzi, pocóż go dręczyć jeszcze temi wszystkiemi zawikłaniami? Byle tylko ślub się udał — zresztą, wszystko dobre, co się dobrze kończy. A ponieważ niema najmniejszego niebezpieczeństwa, aby rzecz się wydała, absolutnie już nie wiem. dlaczego miałabyś rezygnować z własnego szczęścia, unieszczęśliwiając równocześnie na całe życie drugiego człowieka.
Nie wiem, czy Kusum zgadzała się z tym planem, czy nie. Narazie płakała, a potem nie chciała się odezwać ani słowem. Ile razy mówiłem „Wobec tego dajmy spokój tej całej sprawie“, zaczynała się bardzo niepokoić. Kiedy sprawy doszły do tego punktu, wysłałem Sripati do ciebie z propozycją małżeństwa; ty przyjąłeś ją natychmiast i w ten sposób wszystko zostało załatwione. Tuż przed oznaczonym terminem stała się Kusum tak oporna, że tylko z najwyższym wysiłkiem mogłem utrzymać ją w posłuszeństwie.
— Dajmy temu wszystkiemu spokój, wuju! — powtarzała bez przerwy.
— Cóż ty sobie wyobrażasz, szalone dziecię! — łajałem ją — Jakże możemy cofać się dziś, kiedy wszystko jest już gotowe?
— Powiedz ludziom, że ja umarłam — błagała mnie — Wyślij mnie, dokąd chcesz!.
— A cóż się stanie z młodym człowiekiem? — pytałem — Dziś jest w siódmem niebie radosnego oczekiwania, iż jutro już spełni się jego najgorętsze życzenie, a ty chcesz, abym ja mu nagle zwiastował twoją śmierć? Jedynem następstwem tego byłoby, że jutro rano przyniósłbym ci wieść o jego śmierci, a tego samego wieczora dowiedziałbym się o śmierci twojej. Czy wyobrażasz sobie, że stary człowiek, jak ja, mógłby się dopuścić takiego podwójnego mordu na dziewczynie i braminie?
Tak tedy w oznaczonym naprzód pomyślnym dniu wesele się odbyło i ja uczułem się zwolniony od brzemienia obowiązku, jakiego się sam podjąłem. Co się potem stało, sam wiesz najlepiej.
— Czyż nie mogłeś poprzestać na tem, że wyrządziłeś nam krzywdę nie do naprawienia? — spytał Hemanta po chwili milczenia. — Dlaczegóż teraz zdradziłeś tajemnicę?
Peari Sankar odpowiedział na to z idealnym spokojem:
— Widząc iż wszelkie przygotowania do małżeństwa twej siostry są gotowe, powiedziałem sobie: Prawdą jest. iż skalałem kastę jednego bramina, ale to stało się tylko na skutek poczucia obowiązku. Teraz jednak zagrożona jest kasta drugiego bramina, a tu już moim oczywistym obowiązkiem jest zapobiec temu. Dlatego też napisałem do krewnych narzeczonego, iż mogę im dowieść, że ty pojąłeś za żonę córkę Sudry.
Hamując wszelkiemi siłami swój gniew, rzekł Hemanta:
— Cóż stanie się z dziewczyną, jeśli ja ją teraz opuszczę? Czy przyjmiesz ją napowrót w swój dom?
— Ja swoje zrobiłem — rzekł Peari Sankar spokojnie. — Nie moją rzeczą jest troszczyć się o odepchnięte żony innych ludzi. — Hej, jest tam kto? Przynieś dla Hemanty Babu szklankę mleka kokosowego z lodem. I trochę betelu!
Hemanta wstał i wyszedł, nie czekając na tę obfitą ucztę.

IV.

Była to piąta noc ostatniej kwadry, noc ciemna. Ptaki nie śpiewały. Śliwa nad stawem wyglądała jak kleks atramentowy na takiemże tle. Wiatr połu dniowy wałęsał się w ciemnościach bez celu, jak lunatyk. Gwiazdy na niebie starały się przebić czujnemi oczami ciemności, jak gdyby chciały zbadać jakąś głęboką tajemnicę.
W sypialni było zupełnie ciemno. Hemanta siedział na skraju łóżka przy otwartem oknie, wpatrując się w ciemność przed sobą. Kusum leżała na ziemi, objąwszy obu ramionami nogi swego małżonka i tuląc do nich swą twarz. Czas stał nieruchomo jak ocean podczas ciszy. Było to, jak gdyby los na tle wiecznej nocy raz na zawsze wymalował ten obraz. Zniszczenie po obu stronach, sędzia w środku, a potępieńcy u jego stóp.
Znowu człapanie pantofli!
Harihar Mukerdżi zawołał, stanąwszy u drzwi:
— Miałeś już dość czasu, dłużej czekać nie mogę. Wypędź tę dziewczynę z domu!
Usłyszawszy to, Kusum przycisnęła jeszcze raz z całą miłością stopy małżonka do piersi, okryła je pocałunkami, dotknęła ich jeszcze raz ze czcią czołem i wyszła.
Hemanta wstał, podszedł do drzwi i rzekł:
— Ojcze, ja swej żony nie opuszczę!
— Co? — rykną Harikar — Czy chcesz być wyrzucony z kasty?
— Kasta jest mi obojętna! — odpowiedział Hemanta spokojnie.
— Zatem i ja się ciebie wyrzekam!



KABULIWALA[11]



Moja mała, pięcioletnia córeczka nie może żyć bez paplania. Jestem głęboko przekonany, że w całem swojem życiu ani minuty nie strwoniła na milczenie. Matka się o to nieraz gniewa i chciałaby jej szczebiotaniu koniec położyć, ale ja nie. Dla mnie widok Mini milczącej jest nienaturalny i długo znieść go nie mogę. To też zwykle bardzo żywo z sobą rozmawiamy.

Naprzykład pewnego dnia, kiedy byłem w połowie siedemnastego rozdziału swej nowej powieści. Mini wśliznęła się ukradkiem do mego pokoju i, wziąwszy mnie za rękę, oświadczyła mi:
— Ojcze, odźwierny Ranulajal mówi na wronę, że to kruk! Ale on się na tem nie zna, prawda?
Zanim mogłem jej wytłumaczyć rozmaitość zwyczajów wyrażania się, już żeglowała po wodach innych tematów:
— Co na to powiesz, ojcze? Bhola mówi, że na niebie w chmurach jest słoń i ten słoń wyrzuca wodę ze swej trąby i wtedy deszcz pada!
Zaś gdy ja w zamyśleniu szukałem stosownej Odpowiedzi, ona wystrzeliła nowem pytaniem:
— Słuchaj, ojcze, czy matka jest twoją krewną?
— Jest siostrą mej duszy — szepnąłem mimo woli, a potem zrobiłem poważną minę i rzekłem:
— A teraz idź i baw się z Bholą, Mini! Ja jestem zajęty!
Okno mego pokoju wychodzi na ulicę. Mała usiadła mi u nóg na ziemi koło mego biurka i bawiła się pocichutku, bębniąc sobie po kolankach. Ja pracowałem pilnie nad swym siedemnastym rozdziałem, w którym bohater, Protap Singh, właśnie trzyma w ramionach bohaterkę i zamierza uciec z nią, wyskakując przez okno trzeciego piętra, gdy naraz Mini przestała się bawić, podbiegła do okna i zawołała:
— Kabuliwala! Kabuliwala!
Istotnie, ulicą szedł powoli Kabuliwala. Ubrany by w przestronne suknie swego narodu z wielkim turbanem; na plecach niósł worek, a w rękach miał skrzynki z owocami.
Nie wiem, co się mojej córeczce stało, ale naraz zaczęła go głośno wołać.
— Ach! — pomyślałem sobie — Ten mi tu teraz wejdzie i ja nigdy tego siedemnastego rozdziału nie skończę!
W tej chwili Kabuliwala się obejrzał i ujrzał dziecko. Jak tylko Mini to zauważyła, zlękła się nagle i uciekła do matki. Miała widać przesądne wyobrażenie, że ten wysoki mężczyzna niesie może w swym worku na plecach dwoje czy troje dzieci takich jak ona. A tymczasem handlarz minął już bramę i powitał mnie z uśmiechem na twarzy.
Mimo, iż sytuacja, w jakiej znajdowała się moja bohaterka i mój bohater była istotnie niebezpieczna, uczułem się zmuszony do pozostawienia ich na chwilę własnemu losowi i kupienia czegoś od tego człowieka, którego przecie do domu za wołano. Parę drobiazgów od niego kupiłem, a przy tej sposobności wywiązała się też między nami pogawędka o Abdurrahmanie, Rosjanach, Anglikach i policji granicznej.
Na odchodnem zapytał:
— A gdzie ta mała dziewczynka, proszę pana?
Przyszedłszy do przekonania, że Mini należałoby z jej niedorzecznego strachu wyleczyć, kazałem ją zawołać.
Stanęła przy mojem krześle i przyglądała się Kabuliwali z jego workiem. Częstował ją orzechami i winogronami, jednakże jej nieufność z tego powodu jeszcze wzrosła. Mini nie dała się niczem skusić, a tylko tem mocniej trzymała się mnie.
Takie było ich pierwsze spotkanie.
Jednakże pewnego poranka, zaledwie parę dni później, wychodząc z domu. zauważyłem ku swemu niezmiernemu zdumieniu rzecz zupełnie nieoczekiwaną. Oto Mini siedziała na ławce przed domom i śmiejąc się gawędziła z Kabuliwalą, który siedział u jej stóp. Zdawało się, że — wyjąwszy oczywiście ojca — moja córeczka w życiu swem nie miała uważniejszego słuchacza. A już koniec jej malutkiego sari pełen by migdałów i rodzynków, któremi obdarzył ją gość.
— Poco jej tyle tego dajesz! — zapytałem i podałem mu pół rupji.
Kabuliwala wziął pieniądz bez wahania i wsunął go do kieszeni.
Niestety, kiedy za godzinę wróciłem, pokazało się, że pieniążek wywołał dwa razy większą awanturę, niż by wart. Albowiem Kabuliwala dał go Mini, a gdy matka ujrzała w jej rękach świecącą monetę, natychmiast wpadła na nią.
— Skąd masz te pół rupji?
— Kabuliwala mi ją dał! — odpowiedziała Mini ucieszona.
— Kabuliwala! — wykrzyknęła matka z przerażeniem — O Mini, jakże mogłaś ją przyjąć od niego!
W tej chwili nadszedłem ja i uratowałem ją od grożącego jej niebezpieczeństwa. A potem zacząłem ją badać.
Pokazało się, że oboje nie pierwszy raz mieli ze sobą schadzkę. Kabuliwala przezwyciężył lęk dziecka, uciekłszy się do sprytnego przekupstwa orzechami i migdałami, tak, że oboje byli już w jak najlepszej przyjaźni.
Wymyślali najrozmaitsze wesołe historje, które ich nadzwyczaj bawiły. Mini, która z całą swą malutką godnością siedziała naprzeciw niego, z góry patrząc na olbrzyma, aż kurczyła buzię ze śmiechu, pytając:
— O, Kabuliwala, Kabuliwala! Co tam masz w tym swoim worku.
Zaś on odpowiadał nosowym tonem górala:
— Słonia!
Nie jest to bynajmniej tak okropnie śmieszne, ale oni oboje bawili się tym dowcipem nadzwyczajnie. Zaś dla mnie było zawsze coś dziwnie pociągającego w tej dziecinnej rozmowie z dojrzałym człowiekiem.
Zaś Kabuliwala, który przecie też nie chciał pozostać w tyle, pytał:
— A ty, mała, kiedy przeniesiesz się do domu swego teścia?
Otóż większość małych dziewuszek bengalskich od najmłodszych lat słyszy o domu swego teścia, my jednak, rodzice trochę nowocześni, nie opowiadaliśmy dziecku o tych rzeczach, wobec czego Mini musiała się czuć tem pytaniem trochę zakłopotana. Nie chcąc jednak dać tego po sobie poznać, odpowiedziała dowcipnie:
— A czy ty tam idziesz?
Jest rzeczą znaną, że wśród ludzi tego rodzaju, co Kabuliwala, słowo „Dom teścia“ ma dwojakie znaczenie. Jest to eufemizm, oznaczający więzienie jako miejsce, w którem się jest dobrze zaopatrzonym, a nie musi się za nic płacić. W tym sensie zrozumiał też zacny handlarz pytanie mej córeczki.
— O! — wykrzyknął, grożąc pięścią niewidzialnemu policjantowi — Już ja memu teściowi dobrze kurtę skroję!
Mini, wyobrażając sobie biednego krewnego Kabuliwali w tej sytuacji, wybuchnęła głośnym śmiechem, w czem jej srogi przyjaciel zawtórował.
Zabawy te odbywały się przeważnie rano, jesienią, w tej porze roku, kiedy za dawnych czasów królowie wyruszali na podboje, zaś ja, który się nigdy ze swego ciasnego kąta w Kalkucie nie ruszałem, wysyłałem ducha swego „na wander“ po całym świecie. Jak tylko usłyszałem nazwę jakiegoś obcego kraju, serce moje niemal się wyrywało do niego, zaś na widok cudzoziemca na ulicy zaczynałem natychmiast snuć całą sieć marzeń — góry, przesmyki w dolinach, lasy jego dalekiej ojczyzny, wśród nich jego chata i wolne, niezależne życie dalekiego pustkowia. Może obrazy obcych krajów malują się w mej fantazji tak jaskrawo i żywo dlatego, że wiodę żywot właściwie zupełnie roślinny, do tego stopnia, iż gdyby mi kazano wyjechać w podróż, miałbym wrażenie, że piorun we mnie strzelił. W obecności tego Kabuliwali czułem się natychmiast przeniesiony w kraj leżący u stóp gołych, skalistych grzbietów górskich, między któremi wiją się ciasne, jakby wydrążone w głazach ścieżki. I widziałem schodzące w niziny łańcuchy obładowanych towarami wielbłądów i grupy kupców w turbanach, a uzbrojonych w dziwaczną, starodawną broń palną i dzidy. Widziałem — lecz wtedy stawała przedemną matka Mini, błagając mnie, „abym się miał na ostrożności przed tym człowiekiem.“
Matka Mini jest, niestety, kobietą bardzo bojaźliwą. Jak tylko usłyszy jakiś szmer na ulicy lub zobaczy ludzi, idących w kierunku naszego domu, zaczyna się odrazu bać, zaczyna sobie w swej trwodze odrazu wyobrażać, że to muszą być złodzieje, pijacy, węże, może tygrysy, malarja, gąsienice lub też marynarze angielscy. Nawet po doświadczeniach wielu lat nie może trwogi swej przezwyciężyć. Kabuliwali niedowierzała w najwyższym stopniu i prosiła mnie wciąż, abym na niego bacznie uważał.
Próbowałem z całą miłością obrócić w śmiech jej obawy, ona jednak traktowała tę sprawę zupełnie poważnie i pytała mnie uroczyście:
— Czy nie zdarzało się nigdy, że dzieci kradziono? Czy nie jest prawdą, że w Kabulu istnieje niewolnictwo? Czy zupełnie nie można sobie wyobrazić, że ten ogromny chłop mógłby uprowadzić takie malutkie dziecko?
Odpowiadałem, że, choćby to nie było niemożliwe, jest w najwyższym stopniu nieprawdopodobne. Oczywiście, to jej nie wystarczało i obawy jej trwały w dalszym ciągu, ponieważ jednak nie miała żadnej określonej przyczyny, nie wypadało jej zabronić Kabuliwali wstępu do domu i ten poufały stosunek rozwijał się w dalszym ciągu.
Raz na rok, w połowie stycznia, zwykł był Rahmun, Kabuliwala, wracać do swej ojczyzny i kiedy się ta pora zbliżała, Kabuliwala miał mnóstwo do roboty z bieganiem od domu do domu i ściąganiem swych wierzytelności. Jednakże mimo wszystko miał tego roku czas na odwiedzanie Mini. Ktoś, przyglądający się temu wszystkiemu z boku, mógłby przypuszczać, że oni się chyba między sobą spiknęli, bo jeśli Kabuliwala nie mógł przyjść rano, z pewnością zjawiał się wieczorem.
Ja sam wzdrygałem się czasami, natknąwszy się niespodziewanie w kącie jakiegoś ciemnego pokoju na tego ogromnego mężczyznę w przestronnem ubraniu i obwieszonego workami i skrzyniami, kiedy jednak widziałem, jak Mini wybiegała wesoło do niego ze swem „Oh, Kabuliwala! Kabuliwala!“ i jak ci, tak różniący się między sobą wiekiem przyjaciele, znowu zaczynali się śmiać i żartować ze sobą, uspokajałem się natychmiast.
Pewnego poranku, parę dni przed zamierzonym powrotem Rahmuna do kraju, siedziałem w swej pracowni nad korektami. Chłodno było. Pęk promieni słonecznych padał przez okno na moje nogi i ta odrobina ciepła sprawiała mi przyjemność. Dochodziła ósma i wcześni przechodnie chronili głowy od zimna. Naraz usłyszałem na ulicy jakiś zgiełk, a wyjrzawszy z okna, ujrzałem prowadzonego przez dwuch policjantów Rahmuna, związanego i otoczonego gromadą ciekawych pauprów. Na ubraniu Kabuliwali widać było plamy krwi, a jeden z policjantów niósł nóż. Wybiegłem przed dom, zacząłem wołać i pytać, co to wszystko ma znaczyć. Częścią od tych ludzi, częścią od drugich dowiedziałem się, że ktoś z sąsiedztwa był handlarzowi winien za szal rampurski, później jednak kupna tego się wyparł i że, podczas kłótni, jaka z tego powodu powstała, Rahmun go pchnął nożem. W podnieceniu zaczął teraz jeniec w straszny sposób na swego nieprzyjaciela wymyślać, gdy naraz, na werandzie mego domu znalazła się moja mała Mini ze zwykłym swym okrzykiem:
— Oh, Kabuliwala! Kabuliwala!
Rahmun natychmiast zwrócił się do niej rozpromieniony. Tym razem nie miał na plecach worka, dlatego nie mógł już rozprawiać z nią o słoniu. Wobec tego ona przeszła do drugiego pytania:
— Czy idziesz do domu swego teścia?
Rahmun roześmiał się i rzekł:
— Tak jest, mała, żebyś wiedziała, idę do domu teścia.
Zaś widząc, że ten żart nie zrobił na dziecku wrażenia, podniósł w górę swe skrępowane ręce.
— Och! — wykrzyknął. — Dałbym ja staremu teściowi porządnie w skórę, gdyby mi rąk nie związano.
Skazano go za morderstwo na kilkanaście lat więzienia.
Czas mijał, przestano o nim myśleć. Pracowaliśmy jak zwykle na swem zwykłem miejscu, rzadko tylko albo i wcale już nawet nie wspominając górala, kiedyś wolnego a dziś spędzającego swe lata w więzieniu. Ze wstydem muszę wyznać, że także moja lekkomyślna Mini zapomniała o swym przyjacielu. Nowe znajomości wypełniły jej życie. W miarę, jak zaczynała dorastać, obcowała coraz więcej z dziewczętami, spędzając z niemi tyle czasu, że nigdy już nie przychodziła, jak dawniej, do pokoju ojca. Prawie że nie mówiliśmy z sobą.
Minęły lata. Była znowu jesień a my poczyniliśmy właśnie przygotowania do wesela naszej Mini. Miało się ono odbyć podczas świąt Pudża. W czasie, kiedy Durga powraca na Kailas, miało do domu swego małżonka odejść światło domu naszego, pogrążając go w ciemnościach.
Był pogodny poranek. Powietrze było po deszczu jakby wymyte do czysta, a promienie słoneczne były jakby ze szczerego złota. Świeciły tak jasno, że użyczały blasku piękności nawet brudnym, ceglanym murom naszych kalkuckich ulic. Już wczesnym rankiem zabrzmiały dudy weselne, a każdy ich ton szarpał mem sercem. Żałosna melodja Bhairawi powiększała jeszcze mój ból z powodu czekającego mnie rozstania. Dziś wieczór miała moja Mini wyjść za mąż.
Od wczesnego ranka dom pełen był zgiełku i niepokoju. Na dziedzińcu trzeba było na żerdziach bambusowych rozpiąć baldachim. W każdym pokoju, na każdej werandzie zawieszano z wielkim brzękiem świeczniki. Końca nie miało ciągłe latanie i pośpiech. Siedziałem właśnie w swej pracowni, przeglądając rachunki, gdy ktoś wszedł z niskim pokłonem i stanął przede mną. Był to Kabuliwala Rahmun. Zrazu nie poznałem go, Nie miał swego worka, jego długie włosy były krótko ostrzyżona, nie było też już na jego twarzy właściwego mu wyrazu siły. Poznałem go jednak, gdy tylko się uśmiechnął.
— Kiedy przyszedłeś, Rahmun? — spytałem go.
— Wczoraj wieczorem wypuszczono mnie z więzienia — odpowiedział.
Przykro zabrzmiały mi w uszach te słowa. Dotychczas nie rozmawiałem był jeszcze z nikim, kto zranił swego bliźniego, i serce skurczyło się we mnie, kiedy sobie to przypomniałem, bo teraz zrozumiałem że dzień zacząłby się pod lepszą wróżbą, gdyby on był nie przyszedł.
— U nas jest dziś w domu święto — odezwałem się — skutkiem czego jestem bardzo zajęty. Czy nie mógłbyś przyjść kiedyindziej?
Natychmiast zwrócił się ku wyjściu, ale u drzwi zawahał się i rzekł:
— Czy nie mógłbym choć na chwilę zobaczyć małej?

` Wyobrażał sobie, że Mini wciąż jeszcze jest taką samą, jak była, że natychmiast wybiegnie do niego z okrzykiem: „Oh, Kabuliwala! Kabuliwala!“, myślał też pewnie, jak to oni będą się znów śmiać i żartować, jak za dawnych czasów, a nawet przyniósł na pamiątkę tych minionych dni starannie zawiniętą w papier garść migdałów, rodzynków i winogron, wyproszonych zapewne u któregoś z rodaków, bo on sam nie miał już nic do darowania.
Rzekłem znowu:
— Święto jest w domu. Nie będziesz się mógł z nikim zobaczyć.
Wyraz wielkiego rozczarowania rozlał się po jego twarzy. Przez chwilę patrzył na mnie, jakby zastanawiając się nad czemś, potem powiedział „Do widzenia“ i wyszedł.
Było mi go tak żal, że chciałem go przecie zawołać, gdy naraz on sam wrócił. Podszedł do mnie, podał mi swój podarunek i rzekł:
— Przyniosłem malutkiej tych parę drobiazgów. Czy zechce je pan dać jej ode mnie?
Wziąłem torebkę i chciałem mu zapłacić, ale on chwycił mnie za rękę, mówiąc:
— Bardzo pan jest dobry, drogi panie! Niech pan o mnie nie zapomina, ale niech pan zostawi pieniądze. Pan ma córeczkę, ja w domu mam też takie maleństwo. O niej myślę, przynosząc pańskiej córeczce owoce — a nie, żeby przytem coś zarobić.
To rzekłszy, sięgnął do kieszeni swej luźnej szaty i wyjął mały, brudny skrawek papieru. Rozwinąwszy go bardzo starannie, rozłożył go obu dłońmi na mem biurku. Na papierze widać było odcisk małej rączki. Nie fotografję. Nie rysunek. Odcisk zasmarowanej atramentem rączki, którą położono płasko na papierze. Ten ślad swej córeczki on z roku na rok nosił na sercu, odkąd przyjechał do Kalkutty, aby handlować na ulicach swoim towarem.
Łzy stanęły mi w oczach. Zapomniałem, że to tylko biedny Kabuliwala, podczas gdy ja — ależ nie, czyż ja byłem czemś więcej od niego? I on był ojcem.
Ten odcisk rączki jego małej Garvati w dalekiej, górskiej ojczyźnie przypomniał mi moją własną małą Mini.
Natychmiast posłałem kogoś do apartamentów wewnętrznych i kazałem zawołać Mini. Robiono mi najrozmaitsze trudności, ale ja nie zważałem na nie. Wreszcie zjawiła się Mini w czerwonej jedwabnej sukni ślubnej, z namalowanym na czole sandałową pastą znakiem, ubrana jak panna młoda, i stanęła zawstydzona przede mną.
Pojawienie się jej zmieszało trochę Kabuliwalę. Nie wiedział, w jaki sposób odświeżyć dawną znajomość. Wreszcie zapytał z uśmiechem:
— Mała, więc idziesz do domu swego teścia?
Ale Mini rozumiała już znaczenie słowa „teść“ i nie mogła mu odpowiedzieć, jak za dawnych czasów. Za całą odpowiedź zarumieniła się tylko i stała tak przed nim, oblubienica spłoniona ze spuszczoną twarzą.
Mimowoli przyszedł mi na myśl dzień, w którym Kabuliwali spotkał się pierwszy raz z moją Mini i zrobiło mi się dziwnie smutno. Kiedy odeszła, westchnął Rahmun głęboko i usiadł na podłodze. Prawdopodobnie przyszło mu na myśl, że przez ten czas i jego córka musiała już dorosnąć i że teraz trzeba będzie nanowo zdobywać jej przyjaźń — w każdym zaś razie nie zastanie jej taką, jaką ją znał kiedyś. A prócz tego — mało to rzeczy mogło się zdarzyć w przeciągu tylu lat?
Zabrzmiały dudy weselne, a łagodne słońce jesienne zalało nas swem światłem. Ale Rahmun siedział wciąż jeszcze na podłodze, zapatrzony w duchu w nagie grzbiety Afganistanu.
Wyjąłem banknot i podałem mu go, mówiąc:
— Wracaj do swej córki, Rahmunie, i oby radość waszego spotkania się przyniosła szczęście memu dziecku.
Prawda, skutkiem tego podarunku trzeba było uroczystości weselne poniekąd okroić. Musiała odpaść iluminacja oraz muzyka wojskowa, co bardzo popsuło humor moim paniom. Zato mnie ucztę weselną znacznie radośniejszą robiła myśl. że w dalekim kraju tak długo nieobecny ojciec połączy się znowu ze swem jedynem dzieckiem.



RADŻA I JEGO ŻONA



Bipin Kisore nie urodził się na dobrego gospodarza, to też umiał dwa razy lepiej pieniądze trwonić, niż je zarabiać. Naturalnem następstwem tego musiało oczywiście być, że nie mógł długo mieszkać w domu, w którym się urodził.

Był to delikatnie zbudowany młody człowiek ujmującej powierzchowności, mistrz, co się tyczy muzyki, głupiec w interesach i zupełnie pozbawiony zdolności do walki o życie. Toczy się gościńcem życia gdzieś przed siebie, jak koło z wozu Dżagannatha.[12] Nie mógł też długo prowadzić życia w tak wielkim stylu, do jakiego przywykł.
Na szczęście jednakże Radża Czittarandżan, znalazłszy się dzięki procesowi, wygranemu w sądzie opiekuńczym, znowu w posiadaniu swego majątku, nosił się z gorącem życzeniem założenia teatru amatorskiego. Oczarowany najzupełniej gładką powierzchownością i wielkiemi muzykalnemi zdolnościami Bipina, przyjął go z radością na swój dwór.
Czittarandżan miał wykształcenie uniwersyteckie. Nie pozwalał sobie nigdy na żadne wykroczenia. Mimo, iż był synem bogatych rodziców, jadał i sypiał zawsze o tym samym czasie a nawet na tem samem miejscu. A naraz oddał się Bipinowi tak, jak inny oddaje się pijaństwu. Nieraz jedzenie stygło i robiło się późno, a Radża wciąż jaszcze przysłuchiwał się Bipinowi lub rozprawiał z nim o jakiejś operze. Dewan[13] zauważył, iż jedyną wadą nienagannego zresztą charakteru jego pana jest zbyt wielka słabość, jaką ma dla Bipina Kisore.
Rani[14] Basanta Kumari robiła o to swemu małżonkowi wyrzuty, twierdząc, że traci czas ze zbankrutowanym nicponiem. Im prędzej się go z domu pozbyć potrafi, tem jej będzie przyjemniej.
Radżę w duchu ta pozorna zazdrość młodej małżonki bardzo cieszyła. Uśmiechał się na myśl, iż kobieta uznaje na ziemi tylko jednego, jedynego mężczyznę — tego, którego kocha, a na zasługi innych mężczyzn jest ślepa. Że jest cały szereg takich, których zasługi są godne uznania, o tem kodeks kobiecy nie wspomina. W oczach kobiety jedynie dobrym i godnym jej względów jest ten mężczyzna, który jej wyśpiewał do ucha formułę przysięgi ślubnej. Jeśli jej mąż przyjdzie na obiad, choćby tylko chwilę później niż zwykle, odchodzi prawie od zmysłów ze strachu i niepokoju, ale czy ludzie jej męża mają co wziąć do ust, to ją nic a nic nie obchodzi. Możnaby podobnie bezmyślną stronniczość płci piękniejszej potępiać, Czittarandżanowi jednak nie wydawała się bynajmniej tak nieprzyjemną. To też nieraz wygłasza w obecności małżonki przesadne pochwały na cześć Bipina tylko po to, aby wywołać w ten sposób jej zachwycający wybuch gniewu.
Ale to, co dla dostojnej pary stanowiło żart, było gorzką rzeczywistością dla biednego Bipina. Jak to zwykle bywa, służba uważała za miarodajne dla siebie postępowanie pani i starała się też we właściwy sobie bezlitosny, rafinowany sposób zaniedbanie biednego pasorzyta jeszcze powiększyć. Ku wielkiemu zmartwieniu i cichemu bólowi Bipina zupełnie o jego potrzebach zapominano.
Rani wyłajała pewnego dnia służącego Pute:
— Stale wykręcasz się od roboty; co robisz przez cały dzień?
— Maharani raczy wybaczyć — wyjąkał biedny chłopak, któremu kazano obsługiwać Bipina — ale ja jestem przez cały dzień zajęty obsługiwaniem Bipina Babu, stosownie do rozkazu Maharadży.
— Twój Bipin Babu jest prawdopodobnie wielkim panem, co? — zadrwiła Rani.
Więcej nie było trzeba. Pute zrozumiał wskazówkę. Już na drugi dzień po obiedzie zapomniał sprzątnąć ze stołu Bipina naczynie, to znów zapomniał potrawy przykryć, tak że Bipin musiał je jeść zimne. Często musiał niewprawną dłonią sam myć swe naczynie, a jeszcze częściej nie dostawał wogóle nic do jedzenia. Jednakże skarżyć się i odgrywać rolę denuncjanta, to nie leżało w jego charakterze, a także nie był zdolny do poniżania się aż do małodusznych kłótni ze służbą. Udawał, że niczego nie widzi, brał wszystko za dobrą monetę. Tak tedy w miarę, jak zyskiwał w oczach Radży, w Rani wzbudzał niechęć, która wkońcu nie znała już żadnych granic.
Nareszcie po wielu próbach opera Subhadraharan była gotowa do wystawienia. Na dziedzińcu pałacu zbudowano scenę. Radża gra rolę Kryszny, Bibin Ardżunę. O, jakże cudownie śpiewał, jak pięknie wyglądał. Pijani radością słuchacze klaskali w dłonie.
Po przedstawieniu przyszedł Radża do Rani i spytał, jak się jej podobało.
Rani odpowiedziała:
— Bipin istotnie grał rolę Ardżuny świetnie! Poznać po nim potomka szlachetnego rodu. A jaki on ma piękny głos!
— A ja ? — zapytał Radża żartem — Jakże ja wyglądałem? Czyż nie jestem piękny? Nie mam wspaniałego głosu?
— O, ty, to zupełnie co innego! — odpowiedziała Rani i zaczęła znowu rozwodzić się szeroko nad aktorskiemi talentami Bipina Kisore.
Teraz się znów karta odwróciła. Ten, który dotychczas zwykł był wychwalać, zaczął krytykować. Radża, dotychczas niestrudzony w wychwalaniu wobec swej małżonki szumnemi mowami pochwalnemi Bipina, przyszedł nagle do przekonania, że ludzie bezmyślni przecie trochę zanadto znów rozpływają się nad niewątpliwemi zresztą jego zaletami. Cóż nadzwyczajnego właściwie jest tak w jego wyglądzie zewnętrznym jak i głosie? Prawda, że on sam. Radża, dotychczas należał do tych bezmyślnych ludzi, ale teraz nagle w tajemniczy sposób przejrzał i przyszedł do rozumu.
Od następnego dnia jak najstaranniej już pamiętano o posiłku dla Bipina. Rani zauważyła nawet raz wobec Radży:
— To faktycznie niesprawiedliwość, że Bipin Babu musi mieszkać razem z podurzędnikami w budynku administracji; prawda, że dziś jest w nędzy ale to mimo wszystko człowiek z towarzystwa. Radża wykrzyknął krótko „Ha!“ i zmienił temat rozmowy. Rani zaproponowała, aby z okazji uroczystości odłączenia jej pierworodnego powtórzono jeszcze raz operę. Radża udał, że tego nie dosłyszał.
Kiedy Radża raz złajał Pute za niestaranne nakrycie stołu, służący odpowiedział:
— I cóż ja mogę począć? Z rozkazu Rani cały dzień muszę być na usługach Bipina Babu.
Rozgniewało to Radżę, to też zawołał bardzo podnieconym tonem:
— Ba, Bipin Babu to istotnie wielki pan! Nie może to sobie sam umyć naczynia?
Służący nie dał sobie tego dwa razy mówić i Bipin popadł znowu w swój dawny beznadziejny stan.
Rani lubiła pieśni Bipina; były one przecudne, to nie ulegało żadnej wątpliwości. Zwykle wieczorami, kiedy Radża wraz z Bipinem oddawał się muzyce, przysłuchiwała się z drugiego pokoju. Ale wkrótce po tych wypadkach Radża znów wrócił do swego dawnego rozkładu dnia i Bipina wieczorem nie wzywano. Radża Czittarandżan miał zwyczaj obchodzić w południe cały swój dom, aby się przekonać, czy wszystko jest jak być powinno. Pewnego dnia, przyszedłszy do „zenany“ trochę wcześniej, zastał żonę pogrążoną w jakiejś lekturze. Kiedy jej zapytał, co czyta, zmieszała się trochę, ale, opanowawszy się szybko, odpowiedziała:
— Uczę się na pamięć kilku piosenek ze śpiewnika Babu Bipina. Od chwili, kiedy tak nagle wyrzekłeś się swej ulubionej namiętności, zupełnie już nie mamy w domu muzyki. Biedactwo! A przecie ona sama robiła wszystko, co było w jej siłach, aby mu tę namiętność obrzydzić.
Następnego dnia Radża Bipina odprawił, nie zastanawiając się ani na chwilę nad tem, gdzie biedaczysko dostanie kęs chleba.
To jednak nie było jedynem jego zmartwieniem. On się do Radży przywiązał naprawdę i szczerze. Służył mu więcej z miłości niż dla zapłaty. Zapłata, jaką otrzymywał, była dla niego niczem w porównaniu z przyjaźnią pana. To też, choć sobie łamał nad tem głowę, w żaden sposób nie mógł odgadnąć powodu tak nagłego oddalenia przez Radżę. — „Przeznaczenie! Takie, widać, było przeznaczenie!“ — powiedział sobie. A potem, westchnąwszy ciężko, wziął mężnie i w milczeniu swą starą gitarę, zapakował ją do pudła, ostatnie dwie szóstki, jakie jeszcze miał w kieszeni, da Pute’mu na piwo i poszedł w daleki, daleki świat, gdzie nie miał ani jednej dobrej duszy.



ROZWIĄZANIE ZAGADKI



I.

Kriszna Gopal Sirkar, właściciel Dżikrakoty, oddał swe dobra w zarząd swemu najstarszemu synowi i osiadł w Benares, aby tam, jak przystoi na dobrego Hindusa, strawić wieczór żywota na praktykach religijnych i rozmyślaniu. Wszyscy ubodzy i pozbawieni opieki z całej okolicy płakali, żegnając się z nim, wszyscy też świadczyli, iż taka pobożność dobroczynność należy w dzisiejszych zwyrodniałych czasach do rzadkości.
Syn jego, Bipin Bihari, był młodym człowiekiem, wychowanym według haseł nowoczesnych i z wykształceniem uniwersyteckiem. Nie bez dumy nosił okulary, brodę i rzadko tylko obcował z bliźnimi. Jego życie prywatne było nienaganne. Nie palił, kart nigdy nie tykał. Mimo łagodnego, prawie miękkiego wyglądu był człowiekiem silnym i nieugiętym. Ten rys charakteru dał się wkrótce w najrozmaitszy sposób odczuć jego dzierżawcom. W przeciwieństwie do ojca on w żadnym wypadku nie opuszczał ani grosza z należnego mu czynszu. Nigdy też nikomu, mającemu się uiścić z zapłaty, nie dał ani dnia zwłoki.
Objąwszy zarząd majątku, Bipin Bihari zauważył, że jego ojciec wielkiej ilości brahminów wypuścił ziemię zupełnie bezpłatnie, a jeszcze większej za bardzo tylko niewielką opłatą. Ojciec jego nie umiał się oprzeć gorącym prośbom — to była słaba strona jego charakteru.
Bipin Bihari powiedział sobie, że tak to dalej być nie może. Nie mógł się przecie wyrzec dochodu z połowy majątku, bo — jak sobie to w duchu tłumaczył — po pierwsze ludzie, korzystający z tych względów i tyjący jego kosztem, byli zwykłymi nierobami, nie zasługującymi na te dobrodziejstwa. Tak więc, wyświadczając je, popierało się tylko lenistwo. Powtóre zaś, życie w naszych czasach stało się przecie znacznie droższe niż dawniej. Wymagania szalenie wzrosły. Chcąc się utrzymać na dawnem stanowisku, trzeba było wydawać cztery razy tyle, co przedtem. Stąd też jego nie stać było — jak sobie na to mógł pozwolić ojciec — na szafowanie na prawo i lewo. Przeciwnie, jego obowiązkiem i powinnością było raczej pozbierać teraz możliwie jak najwięcej z powrotem.
To też Bipin Bihari nie tracił czasu, lecz natychmiast przystąpił do wykonania tego, co uważał za swój obowiązek. Był człowiekiem surowych zasad.
Co był stracił skutkiem słabości ojca, wracało teraz stopniowo do niego. Uznał tylko bardzo nieznaczną część ulg i postarał się o to, aby i one nie były trwałe.
Skargi dzierżawców dotarły do Kriszny Gopala W Benares za pośrednictwem poczty. Kilku dzierżawców udało się nawet do Benares, aby mu osobiście skargi swe przedłożyć. Kriszna Gopal napisał do syna list, w którym wyraził mu swe niezadowolenie. Bipin Bihari odpisał mu i wykazał, do jakiego stopnia czasy się zmieniły. Dawniej — twierdził — za ulgi, wyświadczane dzierżawcom, obywatel wiejski otrzymywał pewne odszkodowanie w postaci licznych, a będących w powszechnem zastosowaniu podarunków, jakie mu dzierżawcy znosili. Stosownie do nowych ustaw wszystkie te podarunki byłyby bezprawne. Obywatel wiejski winien poprzestać na czynszu dzierżawnym i nic więcej żądać mu niewolno. „Cóż się z nami stanie, jeśli nie będziemy ściśle obstawali przy tem, co się nam z prawa należy? — pisał dalej. — Skoro dzierżawcy nic od siebie dać nie chcą, czy my możemy dawać im takie ulgi? Od tej pory łączące nas stosunki muszą być ściśle prawem uregulowane. Jeśli w dalszym ciągu będziemy wciąż robili prezenty i zakładali fundacje, zrujnujemy się; w ten sposób byłoby niepodobieństwem utrzymać się przy majątku i na należnem nam stanowisku.“
Kiedy się Kriszna Gopal dowiedział się, że czasy się do tego stopnia zmieniły, zrobiło mu się trochę niewyraźnie na duchu.
— Cóż! Młoda generacja wie to chyba najlepiej! — mruknął. — Nasze staromodne poglądy są już prawdopodobnie przestarzałe. Jeśli się do tego wmieszam, syn z pewnością nie będzie chciał majątkiem administrować i zażąda, abym wrócił. Nie, dziękuję, co to, to nie. Tych parę pozostających mi dni wolę już poświęcić służbie bożej.

II.

Wobec tego sprawy potoczyły się dalej swym torem. Bipin Bihari uporządkował najzupełniej swe stosunki majątkowe po długiem procesowaniu się w sali sądowej i zastosowaniu nielicznych, mniej legalnych środków poza nią. Większa część dzierżawców zastosowała się do jego woli ze strachu. Opór stawiał mu tylko pewien młody człowiek, nazwiskiem Asimuddin, syn Mirzy.
Do tego człowieka czuł Bipin niepohamowaną odrazę. Mógł ostatecznie zrozumieć, z jakiego powodu ojciec nadał bezpłatnie tak dużo ziemi brahminom, ale dlaczego ten Mahometanin ma tyle ziemi, częścią zupełnie wolnej od opłaty, a częścią za opłatą znacznie niższą, niż się należało, to stanowiło dla niego zagadkę. I któż to był taki? Syn wdowy po jakimś Mahometaninie z niższych sfer, parobek, który stawiał się hardo całemu światu tylko dlatego, że w szkółce wiejskiej nauczył się trochę czytać i pisać. Takie zuchwalstwo uważa Bipin za rzecz nic do zniesienia.
Informował się u swego sekretami co do dzierżawy Asimuddim, ale wszystko, co ten mógł mu powiedzieć, było, że Babu Kriszna Gopal sam przed wielu laty osadził na tych gruntach tę rodzinę, nikt jednak nie miał wyobrażenia, dlaczego. Sekretarz wyraził przypuszczenie, że prawdopodobnie wdowa umiała sobie zjednać współczucie dobrotliwego dziedzica, skarżąc mu się na swą nędzę i niedolę.
Wszystkie te ulgi i względy wydały się Bipinowi zupełnie niezasłużone. Nie znał żałosnego położenia tych ludzi w dawniejszych czasach. Względny dobrobyt oraz pewność siebie, jakiej był świadkiem obecnie, doprowadziły go do wniosku, że ludzie ci najprawdopodobniej w bezczelny sposób wyłudzili od jego ojca część należącego się mu dziedzictwa.
Asimuddin był nie mniej upartym młodym człowiekiem. Przysiągł, że odda raczej życie, niż piędź swej ziemi. Wobec tego wybuchła otwarta wojna.
Biedna, stara wdowa robiła wszystko, co mogła, aby syna uspokoić.
— Nie możemy się z naszym panem kłócić! — powtarzała mu często. — Tak długo korzystaliśmy z jego łaski, ufajmyż mu dalej, nawet gdy odmawia nam swych względów i cofa ulgi. Oddaj mu część pól, jeśli tego żąda.
— Ach, matko, co ty się na tych sprawach rozumiesz! — wykrzyknął Asimuddin niecierpliwie.
Asimuddin przegrywał jeden proces za drugim. Im bardziej przegrywał, tem bardziej się robił zacięty. Aby swe wszystko odzyskać, stawiał wszystko, co miał, na jedną kartę.
Pewnego popołudnia zerwała Mirza Bibi parę owoców i trochę jarzyn w swym ogrodzie i, nic nie mówiąc synowi, udała się do Bipina Babu. Patrząc nań z iście macierzyńską czułością, rzekła:
— Niech cię Bóg błogosławi, mój synu. Nie niszcz Asima, bo popełnisz wielką niesprawiedliwość. Oddaję go pod twoją opiekę. Patrz na niego, jak na kogoś, komu pomóc jest twym obowiązkiem — uważaj go za nicponia młodszego brata. Twój majątek jest tak wielki — nie zazdrość-że mu jego malutkiej cząstki, mój synu.
Ta zuchwała poufałość gadatliwej starowiny w wysokim stopniu Bipina zirytowała.
— Co wy się na tych sprawach rozumienie, dobra kobieto! — odpowiedział. — Jeśli macie do mnie jaki interes, przyślijcie swego syna.
Mirza Bibi, usłyszawszy już drugi raz, że nic a nic się na tych rzeczach nie rozumie, udała się z powrotem do domu, przez całą drogę obcierając fartuchem oczy i zasyłając ciche modlitwy do Ałłacha.

III.

Proces wlókł się od trybunału kryminalnego do sądu cywilnego i znowu do trybunału apelacyjnego, gdzie Asimuddin miał nawet pewien sukces. W ten sposób minęło półtora roku. Teraz jednakże był już zupełnie zrujnowanym człowiekiem, tkwiącym po uszy w długach. Wierzyciele jego skorzystali z tej sposobności, aby wykonać wyrok, który już byli przeciw niemu przeprowadzili. Ustanowiono dzień, w którym całe jego mienie miało być sprzedane na licytacji.
Było to w poniedziałek. We wsi, nad małą, teraz po deszczach wezbraną rzeczułką, odbywał się targ. Sprzedawano i kupowano częściowo nad brzegiem, a po części w łodziach uwiązanych u palów nadrzecznych. Zgiełk i hałas był wielki. Ponieważ to się działo w lipcu, największa podaż była na owoce chlebowe; widziano również ryby hilsa w wielkich ilościach. Niebo było chmurne. Obawiając się deszczu, wielu przekupniów rozpięło nad swemi towarami namioty na bambusowych żerdkach.
Asimuddin przyszedł również na targ, ale bez grosza przy duszy. Nikt nie chciał już dać mu kredytu. Dlatego też przyniósł talerz mosiężny i nóż; oba te przedmioty zamierzał zastawić i nakupić rzeczy niezbędnych.
Nad wieczorem wyszedł Bipin Babu na przechadzkę z eskortą kilku służących, uzbrojonych w kije. Zachęcony wrzawą skierował swe kroki ku targowi. Tam zatrzymał się na chwilę przed kramem Dwarisa, handlarza olejków, i wypytywał go z żywem zainteresowaniem, jak mu się powodzi. Naraz Asimuddin zamierzył się nożem i, rycząc jak tygrys, rzucił się na Bipina Babu. Kupcy zatrzymali go w porę i rozbroili go w mgnieniu oka. Oddano go natychmiast w ręce policji, poczem sprawy targowe potoczyły się zwykłym swym torem.
Nie możemy powiedzieć, żeby Bipin Babu nie był w duchu z tego wypadku zupełnie zadowolony. To przecie niesłychane, aby zwierzę, któremu właśnie chcemy zadać cios śmiertelny, odwróciło się nagle, szczerząc zęby.
— To łajdak! — roześmiał się Bipin w duchu — Nareszcie mam go w garści.
Kiedy damy w domu Bipina usłyszały o wypadku, zawołały przerażone:
— Ależ to morderca! Co za szczęście, że go w porę złapano!
Pocieszały się oczywiście myślą, że łotra tego nie minie dobrze zasłużona kara.
Tegoż samego wieczoru na drugim końcu wsi niska chata biednej wdowy, pozbawionej chleba i syna spowita była czarnym całunem śmierci. Inni zapomnieli wkrótce o zajściu popołudniowem, zjedli wieczerzę, położyli się do łóżek i zasnęli, w oczach wdowy jednak ten niesłychany wypadek przesłonił wszystko na szerokim świecie. Ale któż to miał z tem walczyć? Garstka znużonych kości i drżące z trwogi serce bezsilnej matki.


IV.

Od tego czasu minęły trzy dni. Następnego dnia zajście miał rozpatrywać sędzia pokoju. Bipin Biibu wezwany był na świadka. Nigdy jeszcze właściciel Dżikrakoty nie stawał jako świadek, ale Bipin niewiele sobie z tego robił.
Następnego dnia o oznaczonej godzinie, otoczony wielkim dworem, Bipin Babu w lektyce stanął przed gmachem sądowym. Miał na głowie turban, zaś z piersi jego zwisał złoty łańcuszek od zegarka. Sędzia pokoju poprosił go, aby usiadł, wskazawszy mu miejsce na podwyższeniu koło siebie. Sala była przepełniona. Takiej sensacji nie miano tu już oddawna.
Właśnie kiedy rozprawa miała się rozpocząć, wszedł policjant i szepnął coś Bipinowi do ucha. Bipin, nadzwyczaj zmieszany, wstał i wyszedł, poprosiwszy sędziego, aby parę minut poczekał.
Wyszedłszy, ujrzał w pewnej odległości stojącego pod drzewem figowem swego ojca. Ojciec był bosy i otulony namabali[15]; w rękach trzymał różaniec. Jego wychudła postać opromieniona była łagodnym blaskiem, a z twarzy jego biła cicha litość.
Bipin dotknął czołem stóp ojca, przyczem obszerna suknia paradna i ciasne spodnie nadzwyczaj go krępowały. Kiedy się pochylił, turban zleciał mu na nos, a zegarek wypadł z kieszeni i zaczął dyndać w powietrzu. Bipin poprawił turban i poprosił ojca do domu swego adwokata, tuż w pobliżu.
— Nie, dziękuje! — odpowiedział Kriszna Gopal. — To, co ci mam powiedzieć, chcę ci powiedzieć tu.
Tymczasem zebrała się dokoła nich gromada gapiów. Ludzie Bipina rozpędzili ich.
Wtedy rzekł Kriszna Gopal:
— Musisz uczynić wszystko, co możesz, aby Asima uwolnić i musisz mu zwrócić wszystką zabraną ziemię.
— Czy to jest powodem, ojcze — wykrzyknął zdumiony Bipin — dla którego puściłeś się w podróż z Benares aż tu? Czy nie chciałbyś mi powiedzieć, dlaczego otaczasz tych ludzi tak szczególnemi względami?
— I cóż ci z tego przyjdzie, jeśli się dowiesz, mój chłopcze?
Ale Bipin nie poddawał się.
— Rzecz polega na tem, ojcze! — mówi dalej. — Wiele ulg cofnąłem, ponieważ byłem zdania, że dzierżawcy na nie nie zasługują. Był miedzy nimi cały szereg brahminów, ale przeciwko temu nie wyrzekłeś ani słowa. Czemuż teraz z taką gorliwością ujmujesz się za tymi Mahometanami? Jeżeli teraz, po tem wszystkiem, co zaszło, proces przeciw Asimowi umorzę i ziemię mu zwrócę, cóż ludzie o tem powiedzą?
Kriazna Gopal milczał przez chwilę. A potem rzekł, jąkając się i przeciągając różaniec szybko przez drżące palce:
— Gdyby trzeba było koniecznie ludziom stosunek wytłumaczyć, możesz im powiedzieć, że Asimuddin jest mym synem, a twoim bratem.
— Jakto? — wykrzyknął Bipin, boleśnie dotknięty. — Z krwi Mahometanki?
— Tak jest, mój synu! — brzmiała spokojna odpowiedź.
Bipin stał przez chwilę pogrążony w niemem zdumieniu. Wreszcie odzyskał do pewnego stopnia mowę.
— Chodźmy do domu, ojcze; później o tem pomówimy.
— Nie, mój synu! — odpowiedział starzec. — Usunąwszy się od zgiełku świata, aby służyć swemu Panu i Bogu, do domu wracać nie mogę. Odchodzę. A polecam ci uczynić, co ci dyktuje twoje, poczucie obowiązku.
To rzekłszy, pobłogosławił syna i odszedł chwiejnym krokiem, z trudem tylko powstrzymując łzy.
W Bipina jakby grom ugodził; przez chwilę nie wiedział, co powiedzieć, co począć.
— Oto pobożność starszej generacji! — rzekł wreszcie do siebie.
Z dumą myślał, o ile wyżej stał od ojca, co się tyczy wykształcenia i obyczajności. Pochodziło to stąd. — konkludował — że zawsze ściśle trzymał się swych zasad.
Wróciwszy do sądu, ujrzał na korytarzu między dwoma stójkowymi Asimuddina, czekającego na rozprawę. Asim był wynędzniały i wyczerpany. Wargi jego były blade i suche, a oczy świeciły nieswoim blaskiem. Okryty był brudną, podartą szmatą.
— Więc to mój brat!
Bipin aż się zatrząsł na tę myśl.
Sędzia pokoju żył z Bipinem w przyjaźni, więc rozprawa skończyła się na niczem. Po kilku dniach przywrócono Asimuddinowi dawniejsze jego stanowisko. Dlaczego się tak stało — nikt nie rozumiał. Nawet mieszkańcy wsi byli tem do najwyższego stopnia zdumieni.
Wkrótce jednak rozeszła się wieść o pobycie Kriszny Gopala tuż przed rozprawą. Ludzie zaczęli sobie rzucać porozumiewawcze spojrzenia. Bystrzy adwokaci odgadli odrazu całą historję. Jeden z nich Ram Taran Babu, zawdzięczał Krisznie Gopalowi całe swe wykształcenie a zatem i karjerę. Oddawna już podejrzewał, iż cnotliwość i pobożność jego dobroczyńcy są udane. Teraz był niezbicie przekonany, że o ile tylko mogłoby się rzecz dokładnie zbadać, pokazałoby się, iż wszyscy „pobożni“ ludzie są właściwie obłudnikami.


— Niech sobie odmawiają swój różaniec, ile tylko chcą — myślał zadowolony — każdy jest na tym świecie akurat taki jak i ja. Jedyna różnica między dobrym a złym człowiekiem jest, że człowiek dobry się maskuje, a zaś zły tego nie robi.
Odkrycie, iż osławiona pobożność, dobroczynność i wielkoduszność Kriszny Gopala nie była niczem innem jak tylko obłudną maską, uwolniła Ram Tarana Babu od brzemienia, które mu przez długie lata nieznośnie ciężyło. Nareszcie — dzięki jakiemu wnioskowaniu, tego nie wiemy — spadł mu z serca kamień wdzięczności. I to sprawiło mu wielką ulgę.



MOJA PIĘKNA SĄSIADKA



Uczucia, jakie żywiłem dla młodej wdowy, mieszkającej w sąsiednim obok mnie domu. były uczuciami głębokiej czci i szacunku, przynajmniej tak ja mówiłem swym przyjaciołom i sobie. Nawet mój najbardziej zaufany przyjaciel, Nabin, nie wiedział nic o prawdziwym stanie mego umysłu, ja zaś czułem się nawet do pewnego stopnia dumnym, iż, ukrywając swą namiętność w najgłębszym zakątku swego serca, mogłem ją w ten sposób utrzymać w czystości. Była ona niby zawcześnie strącone na ziemię, lśniące od rosy kwiecie sephali. Za czysta i za święta dla obsypanego kwiatami łoża poślubnej nocy, była poświęcona niebiosom.

Jednakże namiętność jest jak strumień górski, którego nie można zatrzymać w domu, bo on musi się wyładować w świecie. Dlatego też i ja próbowałem uczuciom swym dać wyraz w poezji, ale pióro moje wzdragało się pokalać przedmiot mego ubóstwienia.
Dziwnym zbiegiem okoliczności zdarzyło się jakoś, że właśnie w tym czasie mój przyjaciel uległ również ciężkiej chorobie wierszowania. Spadło to na niego nagle, jak trzęsienie ziemi. Był to pierwszy paroksyzm biednego chłopca, wobec czego oczywiście nie umiał jeszcze władać ani rymem, ani rytmem. A mimo to nie umiał się oprzeć, lecz uległ urokowi, jak wdowiec swej drugiej żonie.
Zwrócił się do mnie z prośbą o pomoc. Temat jego poezyj był odwieczny i wiecznie nowy: wszystkie jego wiersze poświęcone były miłości. Śmiejąc się, poklepałem go po ramieniu i zapytałem:
— No, chłopcze, a któż to jest ta „ona?“
Odpowiedział również ze śmiechem:
— Sam jeszcze nie wiem.
Muszę wyznać, że pomoc, jakiej użyczałem swemu przyjacielowi, była dla mego serca wprost niezmiernem dobrodziejstwem. Jak kura. wysiadująca kacze jajo, tak i ja trwoniłem całe ciepło swej świeżo rozkwitłej namiętności na urabianie wylewów Nabina. Zmieniałem i poprawiałem jego niedojrzałe wierszydła z taką gorliwością, że większa część każdego jego poematu była właściwie mojem dziełem.
A wtedy Nabin zdziwiony pytał:
— Przecie to właśnie to samo, co ja chciałem powiedzieć, a tylko że słów znaleźć nie mogłem. Skąd do licha bierzesz te wszystkie piękne uczucia?
Odpowiadałem jak poeta:
— Czerpię je z własnej fantazji, bo prawda, jak ci dobrze wiadomo, jest zawsze niema, zaś fantazji słów nigdy nie brak. Rzeczywistość hamuje je, niby skała prąd uczucia, ale fantazja zawsze potrafi znaleźć sobie ujście.
Biedny, zdumiony Nabin mówił:
— Ach, tak, oczywiście, rozumie się — a potem po chwili namysłu: — Oczywiście, masz słuszność.
Jak to już powiedziałem, moja własna miłość była pełna tak pokornej i wstydliwej czci, że obawiałem się skalać ją słowy. Jednakże mając Nabina za parawan, mogłem już bez przeszkody dać swemu pióru wszelką wolność, przez co żar szczerego uczucia spłynął w te pisane dla niego wiersze.
W swych jasnych chwilach Nabin wołał:
— Ależ to są twoje własne wiersze! Pozwól mi je ogłosić pod twem nazwiskiem!
— Nonsens — odpowiadałem. — Wiersze są twoje, mój kochany, a ja tylko je gdzieniegdzie zaokrągliłem!
Zwolna sam Nabin istotnie zaczął w to wierzyć.
Nie chcę przeczyć, że nieraz w tym czasie kierowałem wzrok swój ku oknu sąsiedniego domu z uczuciem, jakie musi mieć astronom, Wpatrujący się w gwiaździste niebo. Te moje ukradkowe spojrzenia spotykały się też od czasu do czasu z nagrodą. A ile razy trafił mnie choćby tylko przelotny promień tego czystego oblicza, wszystko, co w namiętności mojej było burzliwego i mętnego, w jednej chwili uspokajało się i stawało się czystem.
Ale jednego dnia przeraziłem się. Czyż mogłem wierzyć własnym oczom? Było gorące, letnie popołudnie. Groziła jedna z tych rozpętanych, nagle wybuchających burz północno zachodnich. Czarne masy chmur spiętrzyły się w północno zachodniej stronie nieba i w dziwnem, niepokojącem świetle tego tła stała moja piękna sąsiadka, w zamyśleniu patrząc przed siebie w przestrzeń. Cóż za świat bezsilnej tęsknoty odkryłem w rozmarzonem spojrzeniu tych promiennych, ciemnych oczu! Czy ten mój księżyc ze swym jasnym blaskiem ukrywa jeszcze może w swej głębi wulkaniczny ogień? Ach, to spojrzenie bezgranicznej tęsknoty, unoszące się nakształt chorego na nostalgję ptaka ponad chmurami, szukało z pewnością — nie nieba, lecz gniazda serca ludzkiego.
Na widok bezgranicznej namiętności, jaka się mi tu nagle objawiła, ledwie mogłem zapanować nad sobą. Teraz mało mi już było poprawiać niedojrzałe poematy. Cała moja istota pragnęła znaleźć swój wyraz w jakimś godniejszym czynie. Wreszcie przyszło mi na myśl, że powinienem poświęcić się sprawie powtórnego zamążpójścia wdów w naszym kraju. Postanowiłem sobie nie tylko wygłaszać na ten temat mowy i pisać, ale także popierać tę propagandę finansowo.
Nabin nie ze wszystkiem ze mną się zgadzał.
— Wieczne wdowieństwo — mówi — ma w sobie coś dziwnie czystego i spokojnego; cicha piękność spoczywa na niem jak na milczących grobach umarłych w łagodnem świetle księżyca. Czy już sama możliwość ponownego związku nie zmąci aby tego niebiańskiego piękna?
Otóż taka czułostkowość doprowadza mnie zawsze do wściekłości. Cóżbyśmy powiedzieli, gdyby w czasie głodu człowiek dobrze odżywiony i syty mówił lekceważąco o jedzeniu i radził napół zagłodzonemu człowiekowi nasycić swój głód zapachem kwiatów i śpiewem ptaków. To też odpowiedziałem poniekąd gwałtownie:
— Posłuchaj, Nabin, dla malarza ruina może być czemś nadzwyczaj pięknem, jednakże domy buduje się nie po to, aby je artyści podziwiali, lecz aby mieszkać mogli w nich ludzie; dlatego muszą być odpowiednio utrzymywane, choćby to nawet raziło estetyczne uczucia artystów. Łatwo ci w swym cichym kącie śpiewać hymny pochwalne na cześć wdowieństwa, nie powinieneś jednak zapominać o tem, że pod białą szatą wdowy, w męce i ogniach pożądania bije żywe serce ludzkie!
Miałem wrażenie, że nawrócenie Nabina będzie rzeczą niełatwą, dlatego rozpędziłem się nieco więcej niż było potrzeba. Zdziwiło mnie trochę, że gdy skończyłem swą krótką mowę, Nabin, wydawszy głębokie westchnienie, najzupełniej ze mną się zgodził. Większa a zupełnie już druzgocąca perora, jaką miałem na języku, okazała się zupełnie zbyteczna.
Kiedyś po jakimś tygodniu przyszed Nabin do mnie i oświadczył mi, że jeśli mu zechcę dopomóc to on da dobry przykład i pierwszy się z wdową ożeni.
Szalałem z radości. Uściskałem go z całej siły i przyrzekłem mu, że, o ile idzie o potrzebne na ten cel pieniądze, wszystko dla niego zrobię. Wówczas Nabin opowiedział mi swoją historję.
A więc dowiedziałem się, że ukochana Nabina nie była bynajmniej postacią urojoną, lecz rzeczywistą. Pokazało się, że jak ja, tak i Nabin od jakiegoś czasu adoruje jakąś wdowę, o czem jednak żywej duszy nie mówi. Następnie — pisma, w których zwykły się pojawiać Nabina, a właściwie moje wiersze, dostawały się też do rąk pięknej wdowy, i wywierały również pewne wrażenie.
Jak mi Nabin wyraźnie zapewnił, bynajmniej nie miał powziętego zgóry zamiaru starać się w ten sposób o rękę swej damy. Sam mówi, że nie miał wyobrażenia, czy wdowa umie wogóle czytać, czy nie. Nie zdradzając nazwiska nadawcy, posyłał zwykle pismo pod adresem jej brata. Była to poprostu jego fantazja, ustępstwo, jakie robi swej beznadziejnej namiętności. Była to jak gdyby ofiara z kwiatów, złożona bóstwu; ofiarujący nie pyta nawet, czy bóg dowie się o ofierze, czy ją przyjmuje lub odtrąca.
Nabin stara się wyjaśnić mi przedewszystkiem, że nie miał na oku żadnego określonego celu, starając się wszelkiemi sposobami pozyskać przyjaźń brata wdowy, co mu się też ostatecznie udało. Kochanka musi żywo zajmować każdy bliski krewny ukochanej.
Następnie przyszła długa historja o tem, jak to choroba brata sprowadziła ich razem. Już sama obecność poety wystarczała, jak to jest zupełnie zrozumiałe, do wywołania licznych dyskusyj na temat poezyj, przyczem oczywiście dyskusje te nie ograniczały się do tego jedynego tematu.
Kiedy ja niedawno temu w puch rozbiłem wszystkie jego przesądy dotyczące ponownego zamęźcia wdowy, zebrał się na odwagę oświadczenia się wdowie. Zrazu zgody jej pozyskać nie mógł, używszy jednak szerzej moich wymownych słów, do których dodał od siebie parę łez, uczynił ją sobie bezwarunkowo powolną. Teraz opiekun jej potrzebowałby tylko trochę grosza, aby móc poczynić odpowiednie przygotowania.
— To możesz mieć natychmiast! — odpowiedziałem.
— Owszem, ale widzisz — mówił Nabin dalej — parę miesięcy może upłynąć, zanim uda mi się ojca tak udobruchać, że znowu zacznie mi wypłacać mą miesięczną pensję. Z czegóż będziemy żyli przez ten czas?
Niezwłocznie wypełniłem czek na potrzebną sumę, poczem zapytałem:
— Ale teraz powiedz mi, kto ona? Nie potrzebujesz się we mnie obawiać rywala, przysięgam ci, nigdy nie będę pisał do niej wierszy, a nawet gdybym to uczynił, nie poślę ich jej bratu, lecz tobie.
— Nie gadaj głupstw! — rzekł Nahin — Jeśli ci jej nazwiska nie wymieniłem, to nie dlatego, żebym się bał w tobie rywala! Rzecz w tem: Ona bała się tego kroku i prosiła mnie, abym nic o tem przyjaciołom nie wspominał. Teraz jednak, kiedy wszystko tak szczęśliwie się skończyło, to nie ma znaczenia. Ona mieszka tu obok, pod numerem dziewiętnastym.
Gdyby serce me było żelaznym kotłem, pękłoby z pewnością.
— Zatem ona wcale nie jest przeciwna powtórnym związkom małżeńskim? — zapytałem spokojnie.
— Teraz już nie! — odpowiedział Nahin, uśmiechając się.
— A więc to tylko wiersze wywołały tę czarodziejską zmianę?
— No, moje wiersze nie są przecie wcale takie złe, nieprawdaż?
Kląłem w głębi duszy.
Kogo kląłem? Jego? Siebie? Los?
Ale kląlem — co wlazlo.



URATOWANA



Gauri była ładną, rozpieszczoną dziewczyną, pochodzącą ze starej i bogatej rodziny. Mężowi Pareszowi, udało się dopiero po dłuższym czasie i wielu usiłowaniach zdobyć lepsze warunki bytu materjalnego. Dopóki był biedny, rodzice Gauri trzymali ją przy sobie w domu, nie chcąc jej narażać na niedostatek i ograniczenia; nie była już bardzo młoda, kiedy wreszcie sprowadziła się do domu swego męża. To też Paresz nigdy nie miał wrażenia, że ona jest mu zupełnie oddana. Był adwokatem w małem miasteczku na zachodzie i nie miał tam nikogo z bliskich krewnych. Wszystkie jego myśli krążyły wciąż dokoła żony do tego stopnia, że czasami wracał do domu przed końcem rozprawy. Zrazu Gauri nie mogła zrozumieć, dlaczego wracał tak niespodziewanie. Ni stąd ni zowąd odprawił bez najmniejszego powodu któregoś ze służących; żadnego wogóle dłuższy czas w domu nie trzymał. Zwłaszcza jeśli Gauri kogoś ze służby chciała utrzymać, widząc, że jest pożyteczny, człowiek ten z pewnością tracił miejsce natychmiast. Dumna Gauri czuła się tem nieraz do najwyższego stopnia dotknięta, ale jej niechęć z tego powodu jeszcze gorzej usposabiała męża.
Kiedy Paresz wreszcie nie mógł się już zupełnie opanować i zaczął w tajemnicy wypytywać o swą żonę którąś z dziewek, żona o wszystkiem się dowiedziała. Nie lubiła ona dużo mówić, ale jej zraniona duma szalała w niej jak zraniony lew i to szalone podejrzenie wisiało między nimi niby miecz piekielny. Paresz, zauważywszy, iż żonie znane są pobudki jego postępowania, nie wstydził się już wręcz ją oskarżać, zaś w miarę jak ona odpłacała mu za zazdrość milczącą pogardą, namiętność ta wybuchała w nim coraz to dzikszym ogniem i pożerała go.

Bezdzietna Gauri, pozbawiona szczęścia w małżeństwie, postanowiła szukać pociechy w religji. Zawezwawszy do siebie z niedalekiej świątyni Paramanandę Swami, młodego duchownego, oświadczyła mu wyraźnie, że obiera go za swego przewodnika duchowego i prosi go, aby jej chciał tłumaczyć księgi święte. Cały skarb miłości i oddania, jaki jeszcze zachował się w jej sercu kobiecem, ponieważ nie było nikogo, ktoby zeń chciał czerpać, złożyła ze czcią u stóp swego mistrza.
Nikt nie wątpił o czystości charakteru Paramanandy. Wszyscy żywili dlań jak największą cześć. A ponieważ Paresz nie śmiał zdradzić się wobec niego z jakiemś podejrzeniem, zazdrość wżarła mu się w serce jak utajony wrzód raka.
Pewnego dnia jakaś nic nie znacząca przyczyna spowodowała wybuch choroby. Paresz drwił z Paramandy w obecności żony, jako z obłudnika i rzekł:
— Czy możesz przysiąc, że nie jesteś zakochana w tym lisie, grającym rolę ascety?
Gauri skoczyła, jakby ugryziona przez żmiję, i, podrażniona do ostateczności jego podejrzeniem, rzekła z gorzkiem szyderstwem:
— A gdyby tak było?
Paresz, nie mówiąc ani słowa, udał się do sądu na posiedzenie, zamknąwszy ją wprzód na klucz.
Blada z gniewu z powodu tej niesłychanej obrazy, Gauri wyłamała w jakiś sposób drzwi i opuściła dom.
Paramananda siedział w ciszy południa w swym samotnym pokoju, pogrążony w studjum świętych ksiąg. Nagle, jak grom z jasnego nieba, wpadła w tę ciszę Gauri.
— Ty tu? — zapytał mistrz zdumiony.
— Wybaw mnie, o mistrzu mój, z hańby mego pożycia małżeńskiego — wykrzyknęła — i pozwól, abym się u stóp twych poświęciła służbie bożej!
Paramananda odesłał ją z surowem napomnieniem do domu. Nie wiem jednakże, czy mógł czytać dalej.
Paresz, wróciwszy do domu i znalazłszy drzwi otwarte, spytał:
— Kto tu był?
— Nikt! — odrzekła jego małżonka. — Ja sama wyszłam i udałam się do domu swego mistrza.
— Po co? — pytał dalej Paresz, a rumieniec gniewu na jego twarzy zamienił się w bladość.
— Bo tak chciałam.
Od tego dnia obstawił Paresz swój dom stróżami i zachowywał się tak niedorzecznie, że całe miasto mówiło o jego zazdrości.
Wieści o bolesnych krzywdach, które uczennica codzień znosić musiała, zaczęły Paramanandzie przeszkadzać w jego pobożnych rozmyślaniach. Zdawało mu się czasem, że właściwie powinienby natychmiast tę miejscowość opuścić, nie mógł się jednak zdobyć na pozostawienie dręczonej kobiety jej losowi. Któż może powiedzieć, ile biedny asceta w tych strasznych dniach wycierpiał?
Nareszcie pewnego dnia otrzymała uwięziona Gauri list.
— Moje dziecię — zaczynał się list — prawda, że wiele świętych kobiet uciekło od świata, aby się poświęcić Bogu. Gdyby przypadkiem pokusy tego świata miały odwrócić twe myśli od Boga, z Jego pomocą postarałbym się o to, aby służkę jego dla jego świętej służby uratować. Jeśli chcesz, możesz mnie znaleźć jutro o drugiej popołudniu koło sadzawki waszego domu.
Gauri ukryła ten list pod swemi warkoczami. Na drugi dzień, rozpuściwszy włosy przed kąpielą, zauważyła, że listu niema. Czyż mógł wysunąć się na łóżko i wpaść w ręce męża? Na myśl o tem doznała w pierwszej chwili jakby uczucia okrutnej radości, wyobrażając sobie, jak się zacznie wściekać; potem jednak stała się nieznośną myśl, iż list, który ona nosiła na głowie niby świętą glorję, może być skalany dotknięciem zuchwałych rąk.
Szybkim krokiem pośpieszyła do pokoju męża. Leżał jęcząc na podłodze z wywróconemi oczami i z pianą na ustach. Wyjęła list z jego zaciśniętej pięści i natychmiast posłała po lekarza.
Lekarz oświadczył, że to apopleksja. Chory zmarł jeszcze przed jego przybyciem.
Pokazało się, że Paresz miał tego dnia ważną konferencję, która zmuszała go do wyjścia z domu. Paramananda dowiedział się o tem i stosownie do tego umówił się z Gauri. Tak głęboko wpadł!
Owdowiała Gauri, ujrzawszy przez okno swego mistrza, skradającego się jak złodziej ku sadzawce, zamknęła oczy, jak gdyby olśniona błyskawicą. Ta błyskawica w jednej chwili ukazała jej całą głębię jej upadku.
— Gauri! — wołał głos z ogrodu.
— Już idę! — odpowiedziała.

Gdy przyjaciele Paresza usłyszeli o jego śmierci i przyszli, aby wziąć udział w jego pogrzebie, znaleźli Gauri martwą obok trupa swego mężu. Otruła się. Wszyscy byli do głębi przejęci wiernością małżeńską, jakiej dowiodła swą dobrowolną śmiercią, wiernością doprawdy rzadką w tych zwyrodniałych czasach.

KONIEC.

Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Autor wykorzystanego przekładu na język angielski
  2. Pewien rodzaj skrzypiec.
  3. Ogon jaka, w Azji oddawna oznaka godności królewskiej.
  4. Dziadek.
  5. Moneta złota, wartości 24 rupij.
  6. Głęboki ukłon.
  7. Tytuł honorowy.
  8. Namawali jest to chustka, zadrukowana najzupełniej imionami bogów i używana przez pobożnych Hindusów przy nabożeństwie i modlitwach.
  9. Paninduski kongres.
  10. Parwati, jedno z imion małżonki Sziwy-Durga, Kali itd.
  11. Handlarz owoców w Kabulu.
  12. Dżagannatha. „Pan świaia“, przydomek Wisznu (Kryszny), a zwłaszcza imię wielkiego posągu tego boga w świątyni Puri w Orissie, ustawionego na wozie, ciągnionym w czasie Świąt przez pobożnych.
  13. Krajowiec, marszałek wielkiego dworu, pośredniczący w stosunkach z krajowcami.
  14. Żeńska forma słowa „Radża“.
  15. Używany do nabożeństwa szal, cały zadrukowany imieniem Kriszny.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Rabindranath Tagore i tłumaczy: Jerzy Bandrowski, Charles Freer Andrews.