Strona:Głodne kamienie.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ładowanych towarami wielbłądów i grupy kupców w turbanach, a uzbrojonych w dziwaczną, starodawną broń palną i dzidy. Widziałem — lecz wtedy stawała przedemną matka Mini, błagając mnie, „abym się miał na ostrożności przed tym człowiekiem.“
Matka Mini jest, niestety, kobietą bardzo bojaźliwą. Jak tylko usłyszy jakiś szmer na ulicy lub zobaczy ludzi, idących w kierunku naszego domu, zaczyna się odrazu bać, zaczyna sobie w swej trwodze odrazu wyobrażać, że to muszą być złodzieje, pijacy, węże, może tygrysy, malarja, gąsienice lub też marynarze angielscy. Nawet po doświadczeniach wielu lat nie może trwogi swej przezwyciężyć. Kabuliwali niedowierzała w najwyższym stopniu i prosiła mnie wciąż, abym na niego bacznie uważał.
Próbowałem z całą miłością obrócić w śmiech jej obawy, ona jednak traktowała tę sprawę zupełnie poważnie i pytała mnie uroczyście:
— Czy nie zdarzało się nigdy, że dzieci kradziono? Czy nie jest prawdą, że w Kabulu istnieje niewolnictwo? Czy zupełnie nie można sobie wyobrazić, że ten ogromny chłop mógłby uprowadzić takie malutkie dziecko?
Odpowiadałem, że, choćby to nie było niemożliwe, jest w najwyższym stopniu nieprawdopodobne. Oczywiście, to jej nie wystarczało i obawy jej trwały w dalszym ciągu, ponieważ jednak nie miała żadnej określonej przyczyny, nie wypadało jej zabronić