Strona:Głodne kamienie.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zgiełk, a wyjrzawszy z okna, ujrzałem prowadzonego przez dwuch policjantów Rahmuna, związanego i otoczonego gromadą ciekawych pauprów. Na ubraniu Kabuliwali widać było plamy krwi, a jeden z policjantów niósł nóż. Wybiegłem przed dom, zacząłem wołać i pytać, co to wszystko ma znaczyć. Częścią od tych ludzi, częścią od drugich dowiedziałem się, że ktoś z sąsiedztwa był handlarzowi winien za szal rampurski, później jednak kupna tego się wyparł i że, podczas kłótni, jaka z tego powodu powstała, Rahmun go pchnął nożem. W podnieceniu zaczął teraz jeniec w straszny sposób na swego nieprzyjaciela wymyślać, gdy naraz na werandzie mego domu znalazła się moja mała Mini ze zwykłym swym okrzykiem:
— Oh, Kabuliwala! Kabuliwala!
Rahmun natychmiast zwrócił się do niej rozpromieniony. Tym razem nie miał na plecach worka, dlatego nie mógł już rozprawiać z nią o słoniu. Wobec tego ona przeszła do drugiego pytania:
— Czy idziesz do domu swego teścia?
Rahmun roześmiał się i rzekł:
— Tak jest, mała, żebyś wiedziała, idę do domu teścia.
Zaś widząc, że ten żart nie zrobił na dziecku wrażenia, podniósł w górę swe skrępowane ręce.
— Och! — wykrzyknął. — Dałbym ja staremu teściowi porządnie w skórę, gdyby mi rąk nie związano.