Strona:Głodne kamienie.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ani tchnienia jakiegoś wiatru, a nieruchome powietrze przepełnione było ciężkim aromatem korzennych krzewów, rosnących na niedalekich wzgórzach.
Kiedy słońce skryło się za górami, długa, ciemna zasłona opadła na scenę dnia, a wyłaniające się przed nią wierzchołki gór skróciły czas mieszania się światła i cienia podczas zachodu słońca. Pomyślałem, żeby się może przejechać i już chciałem wstać, gdy naraz usłyszałem za sobą na stopniach kroki. Obejrzałem się — nie było nikogo.
Przekonamy, że to było złudzenie, usiadłem, ale w tej chwili usłyszałem odgłos licznych kroków, jak gdyby wielki jakiś tłum zbiegał nadół po schodach. Całem mem ciałem wstrząsnął dziwny dreszcz zachwytu połączony z odrobiną trwogi, a mimo, że oczy moje nie dostrzegły ani jednej postaci, miałem przecie wrażenie, jak gdybym widział gromadę wesołych dziewcząt, zbiegających po schodach, aby się tego wieczoru letniego wykąpać w Suście. Najmniejszy odgłos nie zakłócał ciszy, w której pogrążona była dolina, rzeka i pałac, a przecie ja słyszałem wyraźnie, niby plusk setek kaskad, wesoły, swawolny śmiech dziewcząt, gdy one, śpiesząc ku rzece, goniły się i ścigały wzajemnie, nie zauważywszy mnie nawet. Jak one były niewidzialne dla mnie, tak oczywiście ja byłem niewidzilany dla nich. Rzeka była najzupełniej spokojna, a mimo to ja czułem, jak jej ciche, czyste wody zostały naraz zmącone przez niejedno