Strona:Głodne kamienie.djvu/91

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Dajmy temu wszystkiemu spokój, wuju! — powtarzała bez przerwy.
— Cóż ty sobie wyobrażasz, szalone dziecię! — łajałem ją — Jakże możemy cofać się dziś, kiedy wszystko jest już gotowe?
— Powiedz ludziom, że ja umarłam — błagała mnie — Wyślij mnie, dokąd chcesz!.
— A cóż się stanie z młodym człowiekiem? — pytałem — Dziś jest w siódmem niebie radosnego oczekiwania, iż jutro już spełni się jego najgorętsze życzenie, a ty chcesz, abym ja mu nagle zwiastował twoją śmierć? Jedynem następstwem tego byłoby, że jutro rano przyniósłbym ci wieść o jego śmierci, a tego samego wieczora dowiedziałbym się o śmierci twojej. Czy wyobrażasz sobie, że stary człowiek, jak ja, mógłby się dopuścić takiego podwójnego mordu na dziewczynie i braminie?
Tak tedy w oznaczonym naprzód pomyślnym dniu wesele się odbyło i ja uczułem się zwolniony od brzemienia obowiązku, jakiego się sam podjąłem. Co się potem stało, sam wiesz najlepiej.
— Czyż nie mogłeś poprzestać na tem, że wyrządziłeś nam krzywdę nie do naprawienia? — spytał Hemanta po chwili milczenia. — Dlaczegóż teraz zdradziłeś tajemnicę?
Peari Sankar odpowiedział na to z idealnym spokojem: