Strona:Głodne kamienie.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

nych drogiemi kamieniami, a przed drzwiami, niby poseł śmierci, stał straszny abisyński eunuch z gołym mieczem w rękach. A potem, o ty, kwiecie pustyni, kiedy cię porwało czerwone jak krew, olśniewające morze wielkości ze swemi spienionemi falami zazdrości, swemi skałami i otchłaniami intryg, na któreż wybrzeże okrutnej śmierci zostałaś wyrzucona, czy też do którego wysłano cię kraju, jeszcze świetniejszego i okrutniejszego, niż ten?
W tej chwili zawołał znowu ów obłąkany Meher Ali: — Precz! Precz! To wszystko kłamstwo! To wszystko kłamstwo! — Otworzyłem oczy i spostrzegłem, że już jasny dzień. Służący wszedł i przyniósł mi korespondencję, zaś kucharz, złożywszy mi na powitanie głęboki pokłon, czekał na moje rozkazy.
Powiedziałem sobie: — Nie, nie mogę tu dłużej pozostać! — Tego samego zaraz dnia spakowałem swoje manatki i przeniosłem się do urzędu. Ujrzawszy mnie, stary Karim Khan uśmiechnął się zlekka. To mnie podrażniło, ale, nic nie mówiąc, zabrałem się do roboty.
Z nadejściem wieczoru zacząłem się robić roztargniony; zdawało mi się, jak gdybym miał z kimś umówioną schadzkę, wobec której przegląd rachunków za bawełnę wydał mi się pozbawionym wszelkiego znaczenia; ba, nawet godność Nizama nie przedstawiała dla mnie wielkiej wartości. Wszystko, co należało do teraźniejszości, wszystko, co się po-