Strona:Głodne kamienie.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wracając do domu, przyszedł Nabendu do przekonania, że sędzia okręgowy wyparł się tylko tej wizyty, obrażony, iż musiał tak długo czekać.
Na pytanie Labanji odpowiedział, że wyszedł, aby kupić wody różanej. Zaledwie to powiedział, zjawiło się pół tuzina policjantów z odznakami upoważniającemi do inkasowania grzywny; skłoniwszy się nisko przed Nabendu, czekali z uśmiechem.
— Czy oni chcą cię aresztować za to, że podpisałeś składkę na Kongres? — szepnęła Labanja z uśmiechem.
Sześciu policjantów wyszczerzyło tuzin szeregów białych zębów i rzekło:
— Bakszisz, Babu Sahib!
Z sąsiedniego pokoju wyszedł Nilratan i spytał zirytowany:
— Bakszisz? Za co?
Policjanci odpowiedzieli, wciąż jeszcze uśmiechając się:
— Babu Sahib był na audjencji u sędziego okręgowego, wobec tego przyszliśmy po bakszisz.
— O! — zaśmiała się Labanja — Nie wiedziałam nic o tem, że sędzia okręgowy handluje już wodą różaną. Jak dotąd, niezbyt mu zależało na tem, aby nam kadzić.
Nabendu, starając się pogodzić historję swych zakupów z wizytą u sędziego okręgowego, wyjąkał