Strona:Głodne kamienie.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


sów. Za całą odpowiedź zarumieniła się tylko i stała tak przed nim, oblubienica spłoniona ze spuszczoną twarzą.
Mimowoli przyszedł mi na myśl dzień, w którym Kabuliwali spotkał się pierwszy raz z moją Mini i zrobiło mi się dziwnie smutno. Kiedy odeszła, westchnął Rahmun głęboko i usiadł na podłodze. Prawdopodobnie przyszło mu na myśl, że przez ten czas i jego córka musiała już dorosnąć i że teraz trzeba będzie nanowo zdobywać jej przyjaźń — w każdym zaś razie nie zastanie jej taką, jaką ją znał kiedyś. A prócz tego — mało to rzeczy mogło się zdarzyć w przeciągu tylu lat?
Zabrzmiały dudy weselne, a łagodne słońce jesienne zalało nas swem światłem. Ale Rahmun siedział wciąż jeszcze na podłodze, zapatrzony w duchu w nagie grzbiety Afganistanu.
Wyjąłem banknot i podałem mu go, mówiąc:
— Wracaj do swej córki, Rahmunie, i oby radość waszego spotkania się przyniosła szczęście memu dziecku.
Prawda, skutkiem tego podarunku trzeba było uroczystości weselne poniekąd okroić. Musiała odpaść iluminacja oraz muzyka wojskowa, co bardzo popsuło humor moim paniom. Zato mnie ucztę weselną znacznie radośniejszą robiła myśl. że w dalekim kraju tak długo nieobecny ojciec połączy się znowu ze swem jedynem dzieckiem.