Strona:Głodne kamienie.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


To rzekłszy, sięgnął do kieszeni swej luźnej szaty i wyjął mały, brudny skrawek papieru. Rozwinąwszy go bardzo starannie, rozłożył go obu dłońmi na mem biurku. Na papierze widać było odcisk małej rączki. Nie fotografję. Nie rysunek. Odcisk zasmarowanej atramentem rączki, którą położono płasko na papierze. Ten ślad swej córeczki on z roku na rok nosił na sercu, odkąd przyjechał do Kalkutty, aby handlować na ulicach swoim towarem.
Łzy stanęły mi w oczach. Zapomniałem, że to tylko biedny Kabuliwala, podczas gdy ja — ależ nie, czyż ja byłem czemś więcej od niego? I on był ojcem.
Ten odcisk rączki jego małej Garvati w dalekiej, górskiej ojczyźnie przypomniał mi moją własną małą Mini.
Natychmiast posłałem kogoś do apartamentów wewnętrznych i kazałem zawołać Mini. Robiono mi najrozmaitsze trudności, ale ja nie zważałem na nie. Wreszcie zjawiła się Mini w czerwonej jedwabnej sukni ślubnej, z namalowanym na czole sandałową pastą znakiem, ubrana jak panna młoda, i stanęła zawstydzona przede mną.
Pojawienie się jej zmieszało trochę Kabuliwalę. Nie wiedział, w jaki sposób odświeżyć dawną znajomość. Wreszcie zapytał z uśmiechem:
— Mała, więc idziesz do domu swego teścia?
Ale Mini rozumiała już znaczenie słowa „teść“ i nie mogła mu odpowiedzieć, jak za dawnych cza-