Strona:Głodne kamienie.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


chlowała me policzki. A potem zwolna chwytał mnie w swe zwoje bezlitosne jakiś tajemniczy wąż i z ciężkiem westchnieniem zapadałem w stan bez przytomności, który następnie przechodził w twardy sen.
Pewnego wieczoru postanowiłem przejechać się konno; ktoś błagał mnie, abym pozostał w domu, ale tego dnia nie chciałem słuchać żadnych próśb. Mój angielski kapelusz wisiał wraz z marynarką na wieszadle i właśnie chciałem te rzeczy zdjąć, gdy naraz wicher, zmieszany z piaskiem Susty i zeschłemi liśćmi z gór Awalli, pochwycił je i zaczął niemi rzucać wkoło; a wówczas rozległ się wesoły śmiech i, uderzając we wszystkie struny wesołości, stawał się głośniejszy i głośniejszy, póki wreszcie nie zginął w krainie zachodzącego słońca. Musiałem się wyrzec przejażdżki, zaś na drugi dzień raz na zawsze wyrzekłem się wymiętej marynarki i kapelusza. Tego znów dnia słyszałem późną nocą rozdzierające serce stłumione kanie, jak gdyby z pod mego łóżka, z pod podłogi, z pod kamiennych fundamentów olbrzymiego pałacu, z głębiny ciemnego, wilgotnego grobu głos jakiś wołał żałośnie i błagał mnie: „O, wybaw mnie! Rozbij te wrota okrutnego złudzenia, snu podobnego do śmierci i jałowych marzeń, usiądź za mną na siodle, przyciśnij mnie do swego serca, pędź wraz ze mną przez góry, lasy, rzeki,