Strona:Głodne kamienie.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Pełnym zachwytu oczom Nabendu wydała się niby krzak jaśminu w pełnym rozkwicie, lśniący od rosy w świetle porannem.
Nigdy w życiu nie czuł się Nabendu tak dobrze. Wzmożone poczucie zdrowia i podniecające towarzystwo pięknej szwagierki dawały mu uczucie takiej lekkości, że miał wrażenie, iż unosi się w powietrzu, nie dotykając ziemi. Zdawało mu się, jak gdyby Ganges, płynący tuż koło ogrodu, najszaleńsze jego fantazje unosił w nieznany kraj baśni, gdzie nabierały rzeczywistości.
Kiedy wczesnym rankiem wracał ze swej przechadzki nad rzeką, łagodne promienie słońca zimowego użyczały całemu jego ciału tego rozkosznego uczucia ciepła, jakie przenika kochanka w ramionach ukochanej. W domu zastawał czasem szwagierkę zajętą przyrządzaniem jakiejś smacznej potrawy. Czem prędzej ofiarował jej zwykle swą pomoc, przyczem na każdym kroku wykazywał zupełny brak zręczności i talentu kucharskiego. Nie starał się jednak wcale o to, aby dzięki uwadze i wprawie poczynić jakieś postępy, przeciwnie, bawiło go bardzo, gdy szwagierka go łajała i burczała. Zadawał sobie wiele pracy, by co dnia na nowo jej dowieść, że jest nieudolnym i nieporadnym jak nowonarodzone dziecię, o ile idzie o mieszanie korzeni, trzymanie patelni i uważanie, aby się coś tam nie przypaliło — za co otrzymywał należytą