Strona:Głodne kamienie.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


myśl, że mogłaby wchodzić w rachubę jako moja żona. A swoją drogą liczyłem na to, iż jednego dnia Kailas Babu z całą należną mi czcią, złoży ją w ofierze na mym ołtarzu. Ba, — i to było tajemnicą mej niechęci — czułem się poważnie dotknięty, iż dotychczas tego jeszcze nie uczynił.
Słyszałem, jak raz wyraziłsię wobec swych przyjaciół, że Babu z Najandżur nigdy nikogo o żaden dar nie prosili. Nawet gdyby dziewczyna miała z tego powodu zostać starą panną, onby się tradycji rodzinnej nie sprzeniewierzył. Ta zarozumiałość szczególnie mnie przeciw niemu podnieciła. Moja niechęć żarzyła się przez jakiś czas ukryta w głębi mego ducha, bo jako chodząca doskonałość, pozostałem na oko zupełnie spokojny i znosiłem wszystko z nadzwyczajną cierpliwością.
Jak błyskawica towarzyszy piorunowi, tak gniew mój nie był pozbawiony pewnej przymieszki humoru. Rozumie się, że nie mogłem swego gniewu na staruszka wylać; to też przez pewien czas nic nie robiłem. A naraz pewnego dnia przyszedł mi na myśl plan tak wesoły, że nie mogłem się oprzeć pokusie wykonania go.
Mówiłem już, że wielu przyjaciół Kailasa Babu miało zwyczaj bez miary schlebiać próżności starego. Jeden z nich, urzędnik państwowy na emeryturze, opowiedział mu, iż wice-gubernator za każdem widzeniem wypytuje go o Babu z Najandżur i że się