Strona:Głodne kamienie.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Nie ogłosimy twego nazwiska w dziennikach — rzek Nilratan uspokajająco.
Ale Labanja wtrąciła z poważną i zakłopotaną miną:
— Mimo wszystko to jest trochę niebezpieczne. Takie rzeczy trudno zachować w tajemnicy...
Nabendu odpowiedział gwałtownie:
— Nicby memu nazwisku nie zaszkodziło, nawet gdyby się znalazło w gazetach.
To rzekłszy, chwycił listę składek, którą Nilratan wciąż jeszcze trzymał w ręku i jednym zamachem podpisał tysiąc rupij. W głębi duszy miał nadzieję, iż pisma tego nie podadzą.
Labanja uderzyła się w czoło i zawołała przerażona:
— I — có — żeś — ty — zro — bił!
— Nic złego! — odpowiedział Nabendu, wypinając dumnie pierś.
— Ależ — ależ — mówiła z wahaniem — pomyśl tylko, co to będzie, jak ci wszyscy Sahibowie się na ciebie obrażą — portjer na dworcu Sealda, służba sklepowa u Whiteway’a, dojeżdżacz u braci Hart — jak wszyscy ci panowie nie zechcą przyjść na twój proszony obiad i pić twego szampana! Pomyśl tylko, jak cię następnym razem zobaczą, nie będą cię już życzliwie klepać po ramieniu!
— Płakać o to nie będę! — odpowiedział Nabendu krótko.