Strona:Głodne kamienie.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


uprzejmość byłaby tylko zupełnie zbyteczną rozrzutnością. Piasek pustyni jest pięknie biały i połyskujący, ja jednak wolę obsiewać czarną ziemię, która mi me ziarno zwróci.
I Nabendu, niepomny na przyszłość, zaczął żywić te same poglądy. Jego widoki na godność Bahadura kwitły tymczasem dalej na gruncie, przez zmarłego ojca i przez niego samego w ostatnich czasach starannie przygotowanym, i nie było potrzeba świeżo ich podlewać. Czyż nie ufundował niemałym sumptem placu wyścigowego w jednem mieście, które było najmilszem miejscem pobytu Anglików?
Kiedy zbliżał się czas Kongresu[1] otrzymał Nilratan z wydziału wezwanie do zbierania na ten cel składek. Niczego nie podejrzewający Nabendu siedział właśnie przy wesołej partyjce ze swoją szwagierką, gdy naraz zbliżył się do niego Nilratan z listą składek i rzekł:
— Proszę cię o podpis.
Ujrzawszy słowo „kongres“ Nabendu ze starej nawyczki przeraził się. Labanja zrobiła również bardzo przerażoną minę i odezwała się:
— Nie rób tego. Zmarnujesz sobie na nic swój tor wyścigowy.
Ale Nabendu wykrzyknął pogardliwie:

— Czy myślisz, że mi to może sen odbierze?

  1. Paninduski kongres.